Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Znam gościa, który swego czasu zakładał się ze wszystkimi, że nie ma rzeczy której nie jest w stanie zdefiniować nieograniczenie dokładnie - tak że nie dałoby rady bez straty wyciąć lub dołożyć do jego wywodu jedno choćby słowo. Ot, taki jego dar - wykorzystywał, że nikt w sumie o tym nie wiedział.

Taki przykładowy oponent, co miał zrobić, jak nie wymyśleć w głowie jakiegoś podchwytliwego hasła i rękę do zakładu podać.

Gdy ten oficjalnie zostawał potwierdzony, mój znajomy zaczynał rzucać uśmiechem na lewo i prawo, jakby miał zwycięstwo w kieszeni. Wytrącał tym innych z równowagi.

Chodząc po świecie natykał się na różnych ludzi różnych profesji.
Spotkał kiedyś naukowca, poszedł zakład, że nie zdefiniuje całej głębi wszechświata.
Długo musiał opowiadać, ale kropkę postawił w odpowiednim momencie.

Naukowiec kiwnął obojętnie głową, coś w notesie zapisał. Kolega wygrał 50 złotych, kupił sobie za to wódkę finlandię.

Ledwo spotkał romantyka - romantykowi od razu wyrwało się pytanie o istotę milości (potem dopiero przywitał się jak człowiek)

Mój znajomy nawet się nie zająknął - to było kilka słów - romantyk oczy ze zdziwienia wybałuszył i zamarł z wrażenia. Przegrał 50 złotych, mój kolega postawił mu za nie wódkę finlandię

Spotkał innym razem księdza / filozofa / rabina - ci jako jedyni wodę w usta nabrali i nie chcieli o nic pytać.

Po paru dniach wyłamał się rabbe, ale tylko żeby podłożyć się byle tematem (w dłoni miał odliczony plik bankotów w różnych walutach). Mojego kolegę zaciekawił taki obrót sprawy - specjalnie więc odpowiedział źle i nie wziął forsy.

Odchodząc zaczepił kapłana.
- Dlaczego nie chcesz, żebym ci >To - Blablabla.

Niewiele zrozumiał. Ale wkrótce potem przestał pałętać się po świecie i osiedlił na stale w jakimś miasteczku, sam już nie pamiętam nazwy. Był bogaty - za pieniądze kupil sporą działkę, wybudował dom; nie miał w sumie co robić, to wziął się za naukę. Zatargnął się na sporą biblioteczkę trudnych lektur i środowiskowych pozycji. Po jakimś czasie zaczął głowić się nad ścisłymi problemami - wymiarami, kwantami, ogólnie fizyką i chemią - nie mógł przez to spać przez wiele długich dni i nocy. Raz dopiero otrząsnął się, wstał, walnął dłonią w czoło (przypomniał sobie definicję, którą sam sporządził kiedyś przed naukowcem) i już go te problemy nie tykały.

W niedługim czasie zaczął wątpić w naturę istnienia - w istnienie boga i boże miłosierdzie. Sam sobie na to przepisał lekarstwo - pierwszy raz skierował ucho w stronę teologów i filozofów, którzy mieli ukoić jego poszarpaną problemami duszę. Poza tym programem regularnie uczęszczał do przeróżnych kościołów (wystarczyło pokazać mu palcem jakiś i już tam siedział dzień w dzień po kilka godzin). Po ulicach przechadzał się jak szalone trójstronne wahadło - raz ateista, raz agnostek, raz losowo wierzący. Nie mógł przez to usiedzieć na miejscu, uspokoić się i żyć jak człowiek. Niedługo, całe szczęście. Spadła mu z nieba definicja, której nie chcieli usłyszeć niegdyś rabbe i paczka - i już wiedział wszystko, odzyskał równagę. Znowu miał poukładane w głowie.

Rabbe, który od jakiegoś czasu trzymał z nim w komitywię - i ze szczegółami znał jego zwyczaje, charakter, ekscezy, założył się pewnego wieczoru z księdzem (oboje słynęli z czarnego humoru), że nie minie pół roku, jak biedaczysko się powiesi.

I dlatego to ksiądz przygotował potem mowę.

Co tam jeszcze.. na przykład Rabbe

żył długo i szczęśliwie.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. czy wtedy, gdy furtka zgrzytnęła w środku nocy, jakby ktoś szukał wejścia nie na posesję, ale do mojego ciała. czy wtedy, gdy znalazłem pod wycieraczką zardzewiały gwóźdź, wygięty na końcach, gotowy wbić się w dłoń, w serce, w sen, jakby już wiedział, gdzie trafić. a może wcześniej. gdy jego córeczka biegała po ogrodzie i krzyczała do pustego powietrza: - nie ruszaj mamy. - nie ruszaj mamy. jakby ktoś stał tuż obok, dokładnie tam, gdzie nic nie powinno stać. robert był idealny. punktualny. pomocny. uśmiech miał gładki jak szkło polerowane w laboratorium cieni, tak czyste, że nie zostawiało odbicia. ale oczy… gdy w nie patrzyłem, zimno zaczynało się we mnie poruszać, powoli, jakby znało drogę. w źrenicach coś było - nie ciało, raczej miejsce po nim. głód bez kształtu, po czymś, co już zjadło swoje imię i nauczyło się patrzeć dalej. jego cień czasem nie nadążał. spóźniony o ułamek sekundy, jakby musiał się zastanowić, czy jeszcze chce za nim iść. kiedy mówił, odbicie w szybie nie otwierało ust. jakby coś z jego wnętrza słuchało osobno. pierwsze ciało we wrześniu. drugie w październiku. trzecie w grudniu, tuż przed świętami. kolejne w marcu. zawsze młotkiem. zawsze kobiety. zawsze noc. ostatnia, trzynaście lat. media pisały o „fryzjerze”. o tym, że wkładał im włosy w dłonie, jakby chciał, żeby coś jeszcze miały przy sobie po śmierci. ja wiedziałem wcześniej. widziałem go nocą z czarną torbą, spokojnego, jakby wracał z miejsca, gdzie wszystko było już załatwione. zacząłem dziennik. czasem kartki były ciepłe. jak skóra po czyimś dotyku. znały mój charakter pisma, zanim nauczyłem się go pisać. atrament pachniał metalem, zanim dotknąłem pióra. każdy krok. każdy oddech. każdy cień. śniłem o nim. za niego. czułem chłód żelaza, puls dłoni tuż przed śmiercią, serce drugiej osoby sekundę przed tym, jak świat przestaje się do niej odzywać. czasem nie wiedziałem, czy zapisuję, czy tylko pozwalam, żeby przechodziło przeze mnie. wysłałem anonim do policji. zdjęcia. cisza, która nie miała końca, tylko głębokość. potem list. w środku zdjęcie mojej córki. jej twarz - zamarznięta w półuśmiechu, jakby ktoś kazał jej nie oddychać. na odwrocie odcisk błotnistego buta. ciężki. pewny. tej nocy córka nie spała. chodziłem, zapalałem i gasiłem światła, sprawdzałem zamki, jakby dom mógł się jeszcze obronić. - tato? jej oczy patrzyły jak okna do innego czasu, takiego, który już się wydarzył, ale jeszcze nie dotarł. - tato… czy to, co patrzy przez twoje oczy, też śni? poszedłem do roberta. drzwi otwarte. on w kapciach. dziecko przy nodze. kolęda w tle. jabłka z goździkami. zapach, który powinien być bezpieczny. - potrzebujesz czegoś? zapytał. - nie. tylko… porozmawiać. uśmiechnął się. nachylił, jakby mówił nie do mnie, tylko do mojego odbicia: - trudno jest być tylko niewinnym, prawda? zamknął drzwi. zbyt cicho. zbyt dokładnie. jakby zamykał nie dom, ale proces. od tej nocy nie śpię. palę, bo dym zagłusza coś słodko-mdłego, jak gnijące jedzenie w ustach, jak obietnica, która już się psuje. czasem czuję coś obcego na dłoniach, jakby pamiętały pracę, której nie wykonałem - jeszcze. w szafie młotek. obok różowy bucik. nie od mojej córki. nie od nikogo, kogo znam. w dzienniku zapiski, które nie są moje: „nie krzyczała.” „skóra pod paznokciem.” „kolor włosów: ciemny blond. zbyt młoda.” litery są równe. spokojne. jakby pisane bez pośpiechu. pod poduszką pukiel włosów. idealny. zimny. jakby jeszcze o czymś pamiętał.   nie córki. nie wiem czyj. w nocy śniłem, że śpię. we śnie śniłem, że wstaję. obudziłem się w łazience. nóż do tapet w ręce. lustro zaparowane. ktoś narysował na nim odwróconą trójkę. znak, który wyglądał, jakby zawsze tam był, tylko czekał, aż zacznę patrzeć. coś drgnęło za mną. - tato? córka stała w drzwiach. czerwone plamy na jej palcach pulsowały, jakby nie były plamami, tylko miejscami, przez które coś oddycha. jej spojrzenie było spokojne. rozumiała więcej, niż powinna. - nie wychodź,  szepnęła. rano młotek w kieszeni. zardzewiały. ciepły. jakby oddychał wspomnieniami poprzednich nocy. trzymałem go jakby był mój od zawsze, pamięta mnie dłużej, niż ja pamiętam siebie. na ścianie nowe lustro. odbicie nie moje. przechodzę obok. moje oczy patrzą na mnie, jakby znały coś, czego ja jeszcze nie wiem. moją przyszłość. czuję już. coś we mnie patrzy przeze mnie. coś śni przez moje dłonie, przez moje ciało, przez moje dziecko. coś, co nie jest tylko innym. coś, co jest mną, zanim ja sam będę. coś, co ma więcej wspomnień z przyszłości niż ja z przeszłości.                
    • mam życiorys spisany na kolanie popruty profil z facebooka mechanizm iluzji i zaprzeczeń opancerzony wokół dendrytów mam gumę turbo i młodość za sobą   schowałem niewypowiedziane w równaniach bez reszty drobne nieścisłości zaliczone zostaną w błąd pomiaru   czarne poranki gdy nic nie trzeba chcieć czyste życie hemoglobiną wypełnia krew   podmiot nie jest dany podmiot stwarza się   patrzy na mnie kriszna w kołysce w całej osobie liczby pojedynczej tuż przed podziałem przed brakiem zanim rachunek zdań nazwie pierwszą rzecz    
    • Alana za siksą wąski sazan. Ala
    • Jem sód od ósmej   Ech, cmokam! Sód ósmakom chce   I namakam. Sód od ósmaka Mani   Sód ułud. Ós!
    • Ano Kai lana kanalia kona
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...