Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

posłuchaj: już zapomniałem, jak wyglądasz
w programie graficznym i jak się czułem
szukając słów lub innych połączeń,
najlepiej bez przesiadki. jednak
sypie się ze mnie jakiś pył, popiół.
suchy płacz? nie warto się rozwodzić,
kiedy można się rozstać. po co chodzić
po wodzie, kiedy przęseł wokół więcej
niż rzęs na mojej poduszce? dziwny,
dziwny wypadek. ofiary żałują,
że były zbyt trzeźwe, jednak nie proszą
o replay.

Opublikowano

Marcinie - wiersz ciekawy - odnoszący się do jednego konkretnego zdarzenia - według mnie - wymazania jakiegoś pliku - jakiegoś zdjęcia z komputera - stało się to na trzeźwo - nie przesyłasz jednak sygnału o powtórkę - o jeszcze raz

Wypadek - godny poety przy pracy

serdeczne pozdrówko W_A_R
ps. dałem wylew swej wyobraźni - interpretację pozostawiam na widelcu jak schabowego do wymrożenia mysli

Opublikowano

Wypalony poeta tracący połączenie z wyobraźnią, obrazem?
"nie warto się rozwodzić,
kiedy można się rozstać. po co chodzić
po wodzie, kiedy przęseł wokół więcej
niż rzęs na mojej poduszce?"
rozwodzić (rozwlekać lub rozwodzić) - nie warto cudować, wymyślać, męczyć się, rozpisywać, lepiej być "normalnym", iść na skróty - zrzędzenia wypalonego poety.
ofiary żałują, że się sobą nie upajały, lecz z obawy lub braku wiary w siebie nie proszą o replay.

A możliwe że to ja teraz chodzę po wodzie i cuduję zamiast po moście przejść.
Pozdrawiam
[sub]Tekst był edytowany przez Tommy Jantarek dnia 19-04-2004 02:51.[/sub]

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...