Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
Gdy myślał, że nic dobrego nie może go spotkać w życiu, na wystawie zauważył luksusowy samochód i kobietę przymierzającą się do zakupu. Przystanął i patrzył na scenę jak patrzy się na scenę w teatrze. Jedyna różnica - pomyślał - między tymi dwoma miejscami to powtarzalność. Ta kobieta nie będzie przez dłuższy czas równie namiętnie zerkać na nic ani na nikogo a w teatrze emocje wirują co wieczór.
Mylił się, kobieta jeszcze tego samego popołudnia poszła na kawę z koleżankami i łapczywie razem z kawą pochłaniała atmosferę spotkania. Zdając sobie sprawę z kruchości chwili pożądała każdej kropli życia.




śniada wiosenna sukienka
nasypane popiołem włosy
i drzwi stale zamknięte od zewnątrz
nogi
na schodach buty na obcasach
wybijające niepewność zapałek
w zmęczone czekaniem oczy

godziny w zapomnieniu blade
rumieńce wizytują dzisiaj okna na parterze
i deszcz na szybach wymienił uszczelki
wierzysz
wiara nieprzewidywalna jak orzechy zimą
ale wierze
otwierając kolejną łupinkę wierze
Opublikowano

Wiersz jest uroczy. "Łupinka orzecha" - pomaga w wyrażeniu miłości. Nie rozumiem jednak słuszności umieszczenia nad nim narratorskiego expose , choć do końca nie wiem: narrator jeszcze czy już podmiot liryczny?
Pozdrawiam i proszę o ocenę moich wierszy (np. Wieczności historia we fragmentach ).

Opublikowano

Dziękuję.

Zadziwiacie mnie, gdy usłyszałem o tym portalu mówiono mi, że operacja wycinania wątroby bez znieczulenia jest niczym w porównaniu z krytyką publikowanych tu utworów.
Cóż jak to zwykle bywa z plotkami są tylko echem w rurze czyichś doświadczeń.

oczywiście, że będę komentował Wasze utwory :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...