Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wyszedłem z domu, zimne powietrze uderzyło mnie w twarz. Dopiero wrzesień, a wiatr smaga jak szalony. Postanowiłem przejść się do lasu. Szedłem wolno, wolniej niż zwykle. Zaciągałem się zimnym powietrzem, leniwie patrząc przed siebie. Spokojny chód pozwalał mi zebrać myśli, pozwalał bardziej się skoncentrować. Co chwila do głowy przychodziły mi nowe pomysły, jednak nie wydawały się zbyt realne. W końcu doszedłem do mojego ulubionego miejsca, usiadłem na pieńku, podkuliłem nogi pod brodę i zagłębiłem się w myślach.
Sprawa, którą rozważałem męczyła mnie od dłuższego czasu. Zbliżał się czas niepewności, strachu. Wszyscy oczekiwali teraźniejszego Monachium, nie wierzyli w wybuch wojny. Nadzieja matką głupich – dało się słyszeć z ust ludzi. Miałem wybór. Zostać tutaj albo uciekać. Uciekać…to słowo brzydziło mnie od zawsze. Nigdy nie chciałem uciekać. Miałem coś, co trzymało mnie w miejscu dorastania, co kochałem bezgranicznie i z największym oddaniem.
Las hodowany od niepamiętnych czasów przez moich pradziadków, potem dziadków. Wszystko przechodziło z pokolenia na pokolenie, teraz kolej na mnie. Uciec stąd? Stracić własne dziedzictwo, które było budowane w wielkim trudzie? Dziedzictwo, które widziało dwie wojny światowe, które co roku budziło się do życia? Na które wylewali poty moi przodkowie? Od najmłodszych lat opierałem się indoktrynacji rodziny, która widziała we mnie namiestnika naszych ziem. Cóż, jednak siła wyższa wygrała i zostałem tutaj. Sam jak palec. Reszta rodziny rozjechała się po Polsce, po świecie... Zapomnieli o mnie i o tym lesie. Ja jednak z biegiem lat coraz bardziej się do niego przyzwyczaiłem. Aż trudno mi było uwierzyć, jednak zżyłem się z tym miejscem. Dawniej nienawidziłem, teraz kochałem. Nie mogłem przetrwać dnia bez krótkiej przechadzki do lasu, musiałem zobaczyć mój pieniek, na którym spędzałem od niepamiętnych lat długie godziny, na którym pisałem pierwsze wiersze, na którym siedziałem myśląc o przyszłości, o miłości.
Las sprawił też, że stałem się inną osobą. Decyzje podjęte podczas wpatrywania się w korony drzew zaważyły wiele razy nad moim życiem. To miejsce było wszystkim. Znaczyło więcej, niż wszyscy moi znajomi, niż cały świat! Las był zawsze moim doradcą. Tu rodziły się decyzje, pieniek na skraju lasu był moją osobistą ostoją. Ileż to razy przychodziłem tutaj, aby oczyścić umysł, zebrać myśli, szukać rady. Nie mogłem tego zliczyć.

Pamiętam ten dzień jak dzisiaj. Byłem na życiowych rozstajach. Wszystko we mnie się plątało, walczyło ze sobą. Moja teraźniejsza sytuacja niewiele się różniła od tej, którą wspominam.
Siedziałem na pieńku, kiedy zbliżyła się ona. Wolnym krokiem, z brodą zadartą do góry kroczyła przez polanę. Uśmiech królował na jej twarzy.
Zacząć… ale jak? Postanowiłem, że uderzę prosto z mostu.
- Tak wcześnie tuta….
- Nie, przestań.
Wypowiedziałem te słowa i spojrzałem w drugą stronę. Potem znowu skierowałem na nią wzrok. Jej oczy… zastygłe w niepewności, w strachu.
- Wiesz kobieto…
- Powiedziałeś do mnie kobieto. Nigdy tak nie mówiłeś. Nadciągają zmiany, prawda?
Wydało mi się, że już wie o co chodzi. Znała mnie przecież na wylot. Jej przenikliwość spowodowała u mnie cień uśmiechu.
- Prawda. Wszystko co ma początek, ma i koniec.
- Wiem o tym doskonale.
Nie traciła swojej pewności. Była niczym pomnik ze spiżu, opierający się wszystkiemu złu na ziemi.
- Związki również.
- Również.
- Wiesz o co chodzi?
- Domyślam się. Tylko bardzo mnie dziw…
W jednej chwili runęła niezachwiana postawa. Przyzwyczajenie połączone z miłością jest rzeczą straszną i bolesną. Z jej oczu popłynęły łzy, najpierw jedna, potem następne. Płacz zapanował nad nią. Bardzo przykry widok.
- Ale… co ze mną będzie? Jak mam żyć? Jak?!
Nie chciałem robić jej zbędnych nadziei, nie chciałem jej pocieszać. Nie miało to sensu. Nie może żyć żywiąc się tym, że będzie jak dawniej. Tak się nie da.
- Wstań i idź. Zaczynasz nowy rozdział w życiu.
Starałem zachować spokój. Jedna część mnie walczyła, chciałem rzucić się do ku niej, przeprosić, pocieszyć, zapomnieć.
- Słyszysz?
- Nie mogę, nie mogę…
Zbliżyłem się do niej, podniosłem delikatnie, postawiłem przed sobą i jeszcze raz powiedziałem:
- To koniec.
Ruszyła. Była inną osobą. Inną, niż ta, która tu kilka minut temu przyszła.
Spokój umknął. Usiadłem na pieńku, dłoń wsadziłem za odstającą korę. Wyjąłem starą, zakurzoną butelkę calvadosu. Pociągnąłem spory łyk.

Wróciłem w to miejsce wieczorem.
Znowu usiadłem na pieńku, znowu zacząłem myśleć. Spuściłem głowę i patrzyłem w ziemię. Zobaczyłem dziwnie ułożone igły, kształtem przypominały…
Nie zdążyłem pomyśleć, nie zdążyłem się im przyjrzeć. Rzuciłem się biegiem w stronę jej domu. Biegłem najszybciej jak mogłem. Powietrza zabrakło mi już dawno, nogi zdrętwiały, jednak opłaciło się.
Uratowałem życie.

Wspomnienia uleciały. Znowu siedziałem na pieńku, starszy, zahartowany pracą w lesie. W moich myślach pojawiło się zgoła inne spojrzenia na rozważaną sprawę. Wyjąłem pamiętną butelkę calvadosu. Spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się. Przypominała mi tamten dzień. Schwyciłem calvados i podążyłem pod największy dąb w lesie. Stał wielki, dumny, pomógł mi wraz ze swoimi braćmi. Niczym przyjaciel. Odkręcając nakrętkę zacząłem monolog. Mówiłem o wszystkim, co mnie tutaj trzymało, co dzięki mojej niewielkiej puszczy się ziściło. Łyknąłem trochę. To ostatni calvados, prosto z Normandii. Doskonały i mocny w swoim smaku.
Przechyliłem butelkę… trunek powoli zaczął spływać na ziemię. Wylewałem i patrzyłem na dąb.
- To dla ciebie przyjacielu! Nigdy cię nie opuszczę! Tak jak i ty mnie! Przetrwamy każdą zawieruchę!
Odpowiedział mi niewyraźny szum gałęzi. Nie starałem się wychwycić słów, dźwięków. Po prostu czułem, co las próbuje mi przekazać. Czułem, że jest wdzięczny i pełen radości.
Przyjaciół w końcu się nie opuszcza.










Człowiek nie opuścił swojego przyjaciela. Wygrał ze zmorami, niepewnością i strachem. Codziennie odwiedzał go, spędzając długie godziny w lesie. Siadywał na pieńku, słuchał piosenek Kultu, upijał się rumem albo calvadosem. Cieszył się lasem, cieszył. Chwytał te chwile, nim wybuchnie wojna. Czuł wojnę. Obawiał się, że gąsienice czołgów, bomby i pociski mogą zranić jego las. Przed oczami przelatywały mi ośnieżone konary, spadające na ziemię z hukiem, zranione dęby. Widział to przed oczyma codziennie i nie mógł tego powstrzymać. Zdarzyło mu się, że wstając rano wydało się, że las jest niszczony przez bomby samolotów. W jego głowie kołotał się huk, okrzyki żołnierzy.
Po chwili zorientował się, że nikt jego lasu nie niszczy, a huczenie w głowie jest raczej skutkiem wczorajszej libacji. Podniósł się z łóżka i włączył radio. Jego uszom dobiegły słowa… „wojna wybuchła”.
To co działo się tamtego dnia, trudno opisać. Namiestnik po usłyszeniu wiadomości wpadł w strach. Było to bez porównania z tym, co działo się przez ostatnie tygodnie. Z samego ranka pobiegł do lasu, żeby tam wypłakać się przy swoim dębie. Osiadł wolno, osuwając się plecami o korę drzewa. Ręce opadły bezwładnie, oparł głowę o barek i siedział tak przez kilka godzin. Oczy jego wpatrzone były w korony drzew. Wsłuchiwał się w piękny szum liści, śledził oczyma przechylające się na wietrze strzały drzew. Co jakiś czas po policzku spływała mu słona łza. Zaczął szlochać na cały głos, gdy na twarz spadł mu liść. Mały listek, wilgotny i delikatny przykleił mu się do policzka. Sięgnął dłonią po listek, delikatnie zdjął go i położył obok siebie.
- Nie wiem, co zrobię, gdy was stracę – powiedział, ocierając łzy z policzków.
Miłość to nie tylko piękne chwile. To też strach, obawy, płacz i męczarnie.

  • 6 miesięcy temu...
Opublikowano

Fajne opowiadanie o przyjaźni, sile przyjaźni dokładniej mówiąc, i o... Lesie. Tak, ja kocham lasy. Podoba mi się, zdecydowanie podoba. Nie rozumiem jednego, choć się domyślam: w jaki sposób bohater uratował życie innej osoby? Można było napisać. Ale i tak jest OK.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • RONDO ALLA POLACA

      Jeśli Twój majestat żąda, bym
      Zamilkł jak po zachodzie ptak,
      Ciemności nie skalam głosem mym,
      Nie ubliżę nim urodzie dnia.

      Nic nie powiem już,
      Będę tylko trwał, aż
      Policzony będzie każdy oddech mój,
      Jeśli taka wola Twa.

      By głos nie zadrżał mi,
      Gdy z kurhanu złych sław
      Będę śpiewał Ci

      Z tego kurhanu lat,
      Śpiewał Chwałę Twą,
      Jeśli tylko dasz
      Wciąż śpiewać ją 

      Z tego kurhanu dni
      Twa chwała będzie grzmieć,
      Jeśli pozwolisz mi
      Mą śpiewać pieśń

      Na sam rozkaz Twój,
      Lub gdy wybór dasz,
      Rzekom daj nabrać wód,
      Wzgórzom radość wskaż.

      Niech łaska Twa udzieli się
      Sercom zgorzałym w piekielny czas
      Jeśli tak Pan chce -
      Chce uzdrowić nas

      I zgarnąć do rąk,
      Na rękach zacieśnić więź,
      Twym dziatkom tu,
      Jeśli Ty tak chcesz.

      W tych z lumpexu snach,
      Wszystkie w na zabój sznyt
      I dać, by śpiew pokonał strach,
      Jeśli zechcesz Ty.

      W Twych w szmaciankę grach
      I w strzelankach, gdzie każdy to wróg,
      I dać by odszedł strach,
      (Jeśli tak zechce Bóg...).

      Jeśli Twój majestat chce,
      bym nie mówił nic,
      Mój głos skryje się
      Jak w ciemnościach widz

      Nic nie powiem już
      Będę tylko trwał, aż
      Policzone będą me dni
      Jeśli taka wola Twa

      Jak pan Władza chce,
      Żebym zamknął ryj,
      Z chęcią zamknę się
      Jak w komórce stryj

      Jak tak, to tak
      Jak mam być twój błękitny ptak,
      Jak chcesz, zamknę się
      W klatce, jak papug ten

      To co?
      Stul pysk, bo....
      Z tulipana ci....
      Ci, ci, ciuciubabko,
      Won

      Casino Royale

      Wciąż pamiętam, w Chelsea Hotel, jak ty 
       Mężnie i słodko piałaś jak grecki chór 
      Na rozebranym łóżku dobrze robiąc mi
       A na ulicy czekał limuzyn sznur...

      To był powód, to był Nowy Jork
      W kolejce po szmal i po szał ciał
      To zwali miłością do mas śpiewających ten song
      Pewnie wciąż ją tak zwą, dla tych, co  jeszcze są...

      Lecz ty  uciekłaś jej, więc po co ten szum? 
      Po prostu poszłaś w drugą stronę, niż tłum,
      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Potrzebuję cię: nie, nie potrzebuję. Cię
      Nie potrzebuję; nie: jednak potrzebuję."
      Wiesz, całe to paplanie mnie denerwuje

      Pamiętam cię z  Chelsea Hotel wciąż:
      Podawano  z ust do ust twe serce wiecznieżyjące...
      I mówisz, że wolisz, jak przystojni są,
      Ale, że dla mnie zrobisz wyjątek...

      I twardo bierzesz w dłoń takich jak ja,
      Co jęczą pod jarzmem piękna,
      Po wszystkim ogarniasz się, i mówisz: „No tak:Urody nam brak, ale mamy pieśni dźwięki”...

      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Nie potrzebuję cię: nie, potrzebuję. Cię
      Potrzebuję; nie, nie potrzebuję."
      Twoje paplanie mnie wciąż denerwuje...

      Nie mówię, że kochałem najbardziej cię 
      Nie  zliczę ile razy wróbli trup padał gęsto 
      Dobrze cię pamiętam, z Chelsea Hotel 
      To wszystko, nawet nie myślę o tobie zbyt często...

      Pamiętam cię, z Chelsea Hotel, lecz jak przez mgłę,
      Brałaś wszystko, co leci, do ust, twoje wdzięki już gasnące...

      Wciąż biorą do ust twój biust więdnący...
      Wciąż mówisz, że wolisz, by przystojny był,
      Ale ten jeden raz zrobisz wyjątek... 

      "Potrzebujesz mnie: ja nie potrzebuję Cię
      Nie, potrzebuję; nie: nie potrzebuję."

      Ja też miałem w ustach smak 
      Na życie pieśnią tętniące..
      Też wolę, jak ładne są pół tak 
      Lecz dla ciebie zrobiłem wyjątek... 

      "Wcale nie żałuję: nie, jednak żałuję. 
      Trochę żałuję; nie: mi cię nie brakuje.
      Tango Anus

       

      TANGO ANUS 


      Tańcz mnie, poprzez strach,  po schronienia próg
      Wznieś mnie, gdzie mirtu gałązkę będę nieść,
      Gdy będę gołąbkiem, co leci, gdzie chce Bóg,
      Stańcz mnie w piękna płonących skrzypiec piec
      Stańcz mnie, gdzie miłość nie wytrzyma prób,
      Wtańcz mnie, gdzie miłości s grób..

      Pokaż mi swe piękno,
      Gdy świadczyć miał nie będzie kto
      Daj  poczuć, jak tętni
      W tobie Babilonu noc 
      Pokaż to, czego tylko granice znam, chodź,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość traci swą moc..

      Tańcz mnie tam, gdzie nasz ślub, wciąż i wciąż
      Wytańcz mnie czule, zatańcz mnie po krag,
      Jesteśmy oboje mniejsi niż ta miłość, lecz też ponad nią 
      Wtańcz mnie, gdzie miłość ma granicę swą,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość wie że koniec to...

      Dotańcz do tych dzieci, którym rodzić się nie dał czas,
      Przetańcz przez zasłony, które  starł pożegnań żar,
      Wznieś namiot azylu, choć pękła ich nić,
      Odtańcz  mnie tam, gdzie miłość nie znaczy już nic...

      Tańcz mnie poprzez strach,  po schronienia próg
      Wtańcz mnie w płonących skrzypiec piec
      Dotknij nagą dłonią lub łachmanem choć
      Tańcz mnie tam, gdzie miłości kres


      Tańcz mnie, gdzie miłość wchodzi w noc
      Wtańcz, gdzie zechce Bóg
      ""Tańcz mnie, po miłości kres..."


      z POPULARNE


      Wszyscy wiemy, że kości tu chrzczone
      Lecz rzucamy, zaciskając kciuk
      Wiemy, że wojna jest skończona;
      Wszystko świetnie: wygrał wróg...

      Wszyscy wiemy, że ta walka to sztos
      Biedni bez grosza, bogatym pęcznieje trzos
      Już taki los. Tak chce populi Vox...

      [Zwrotka 2]
      Wszyscy wiedzą, że łajba bierze wodę
      I myślą, że kapitan to łgarz
      Lecz w tych okolicznościach przyrody
      Zawsze tak, jakby ojciec lub pies ci zmarł....

      Wszyscy zapatrzen są w konta stan:
      Każdy na bombonierkę z dyskontu ma smak 
      I bukiet że stu róż
      Tak tu jest już...

      [Zwrotka 3]
      I wiedzą, że mnie kochasz niezmienne
      Wszyscy wiedzą, że tak dokładne jest
      Wiedzą wszyscy, że mi byłaś wierna
      Wyjąwszy tysiąc nocy +/- dwie

      Wiedzą, że Święty ci małżeński próg
      Lecz tak monitują do Twych ud
      Że przyjmujesx jak cię stworzył Bóg
      Taki masz drobny druk

      [Refren]
      Wszyscy wiemy, że taki klimat jest tu
      Taki razem ciągniemy drut
      Tak czytamy z nut
      Maestra Ubu
      Taki hołd składamy mu
      Nie licz więc na cud

      [Zwrotka 4]
      Oboje wiemy, że nigdy, jak nie teraz
      Wiemy, że na dwoje: albo ja, albo ty
      I wiemy, że jak żyć, to nie umierać
      Gdy wciągnąć kreskę Biała Śmierć, czarny film..

      Wszyscy wiedzą, że układ jest zamknięty
      Że murzynek Bambo zrobił swoje, jak z Nel Staś
      Nawet Kali ma nieswoje momenty
      I wszyscy odkładają wszystko na zaś

      [Zwrotka 5]
      I wszyscy wiedzą, że nadchodzi pandemia
      Wiemy, że po kościach rozeszła się, lecz...
      A nadzy on i ona na planecie Ziemia
      To dziś niezwykle niezwykła rzecz

      Wszyscy wiemy, jaki rozkład ról
      Lecz przy twoim łóżku będzie siedział mól,
      Który zaksięguje jak wół
      To, co wiemy już

      [Zwrotka 6]
      I wszyscy znają ten twój zapaszek
      I się zakładają, jak wcielasz im cel,
      Od krwawego krzyża na Górze Czaszek
      Do plaży na półwyspie Hel

      Wszyscy wiedzą, że przemija ten świat, 
      A Najświętsze Serce jest pełne łat
      Zaraz pęknie jak Albert brat,
      Totus Eium już od lat..

      [Refren]
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Och, wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą

      ŚNIEŻYNKA I STRACH
      (Dialog na cztery kopyta)


      [STRACH]
      Przyszłaś do mnie dziś rano
      I obrobiłaś jak sztukę mięs.
      Tylko facet ci powie, jaki to
      Delikatny, jaki czuły gest.


      Tyś w lustrze jest odbiciem mym,
      Krwią z mojej krwi, poznam cię we स्नेह,
      Bo kto inny by mnie zechciał wziąć
      W tysiąca swych pocałunków toń?


      (Dla tych, którzy przywitali mnie)
      Nieważne, że droga nam dłuży się,
      Nieważne, że pod górę wciąż,
      Nieważne, że księżyc już zszedł
      I zapanował mrok.


      Nieważne, że gubimy szlak,
      Spisane jest, że spotkasz mnie.
      Na pewno mi mówiłaś tak
      Na pocałunków dnie.


      I kocham cię, gdy na słońca blask
      Jak lilia otwierasz płatki swe,
      A ja – to na wróble strach,
      Którego smaga deszcz.


      Strach, co strachliwie kocha cię,
      Choć ma z lumpeksu twarz,
      Ciało i wszystko, czym był i jest,
      Aż do pocałunków dna.


      Wiem, że znasz ten kłamstwa smak
      I oszustw bez zbędnych słów:
      Nauczyłaś się operować tak
      Na kolanach ojca i u matki stóp...


      Ale czy musiałaś się bić,
      By ulicę w ogniu przejść,
      Jeśli całe to nasze mieć i być
      Wisi u pocałunków tajnych miejsc.


      Numerki, odwyk i jasna rzecz:
      Wracam na Square du Blues.
      Chciałbym rzucić już tę robotę, lecz
      Podchodzi mi już do ust.


      Lecz o tobie myśl daje mi nabrać tchu,
      A akta sprawy twej kompletne są,
      Brak tylko w nich tego, czego nie zdziałałem tu
      Płynąc w pocałunków głąb.


      Nieważne, czy masz moc sił i dóbr,
      Czy opuściła cię moc,
      Czy napiszesz te kilka słów,
      Które słowiki cytują co noc.


      Nieważne, czy masz zaszczyt robić w HR,
      Czy nieregulowany czas,
      Rzucasz życie w kąt, bo masz
      Przeżyć pocałunków tysiąc pięć.


      Biegną poszły, a dziewczyny młode są,
      Bieg ten jest szansy wart.
      Los bierze stronę twą,
      Lecz szybko kończy się fart.


      Wezwanie: masz być jak widz
      W kinie, co twą pyrrusową klęskę gra,
      Lecz żyjesz, jak gdyby nigdy nic,
      Odbijasz się od pocałunków dna.


      Słyszę głosy ich na kufla dnie,
      Co czasem tak woła mnie.
      Jak ta orkiestra, co cover gra – czyżby to moja pieśń?


      Lecz gwardia nie cofa się;
      Gdy woła to, co kochasz, serce odpowie na zew,
      Choćbyś oddał tu swój życia skok,
      Tak świadczą nasz czas, nasza krew
      I tysiąca pocałunków twych mrok.


      Tak wiem: musiałaś kłamać
      I oszukiwać bez słów:
      Tak jak gdy ojciec na kolana cię brał,
      A matka tuliła do stóp...


      Wiem, że musisz tak kłamać im,
      By system ograć, zamiast się położyć na wznak,
      Lecz majątek nic nie gwarantuje ci,
      Gdy Cnota i Podstęp zerwą pakt.


      Prawdę wpędzili w szok, piękno wypędzili na bruk,
      Styl dawny ma dziś naftaliny woń,
      Bo Duch przeszedł przez próg
      W tysiąca pocałunków toń.


      A Wewnętrzne Światło twe, co
      Nie ma równych i ma gest?
      Garbię się w kolejną noc,
      Po tysiąca pocałunków kres


      Zaklinam los, nastrajam głos,
      I wracam na Avenue du Blues.
      Chciałbym rzucić to, lecz nie mogę, bo
      Jestem za cienki tchórz.


      Lecz czasem, gdy noc grzeczna jest,
      A my potulnie zapijamy żal,
      Burzymy się, zbieramy zabawki serc
      I odchodzimy w pocałunków dal.


      Tym pachnie ta o tobie myśl,
      Mam o tobie komplet akt –
      Poza tym, co mi nie umknęło dziś
      W pocałunków niski takt.


      Grałem z Dizem raz i z Dantem też –
      Brak mi było tego ich „coś”,
      Lecz raz czy dwa przygarnęli mnie,
      Wciągnęli w pocałunków blues.


      Odstawić wino chcę, jak Bóg chciał,
      Wchodzę w parkietu tłum gęsty jak w dym.
      Zespół wpadł już w weny twórczy szał,
      Serce nie cofnie się przed morzem win.


      Może musiałem jechać drogi szmat
      I obietnic tysiąc złamać, lecz
      Rzuca się wszystko, ot tak,
      By przeżyć twych pocałunków treść.


      Teraz jesteś jak Anioł Śmierć,
      Potem jak Parakleta szał,
      Czasem jak Zbawiciela Dech,
      Potem – w Belsen stos ciał.


      Nie ma odwrotu już od miłości gróźb,
      Czy meta to skoku w bok –
      Jak zaświadczono czasem i krwią
      W pocałunków równy krok.


      Przyszłaś do mnie tu skoro świt,
      Przyniosłaś słowo jak ciała strzęp.
      Tylko człowiek powie ci, że to nie wstyd,
      Tak delikatnie, czule zrobić wstęp.


      Tak delikatnie, czule w materię wejść.
      Tylko mężczyzna wie, nawet bez przejść,
      Że przynieść miłość jak kwiatu pąk –
      To przyjść bez pustych rąk.


      [ŚNIEŻYNKA]
      Tyś mój brat z lustra, krewny mój
      Z najczarniejszych snów.
      Kto, jak nie ty, by dał mi znój
      Podróży w tysiąc pocałunków znów?


      Czekałam, aż otworzysz się
      Na ulic skwar. Jeden z wielu tak...
      A ja jestem jak kula śnieżna łez,
      Tocząca deszczu z deszczem ślad.


      Topniejącą miłością wciąż kocham cię
      I fizis tą z drugiej ręki –
      Całą sobą, wszystkim, czym chcesz,
      Tysiącem pocałunków namiętnych.


      Cała ja, aż do granicy mórz,
      Przeniknięta przez seks,
      Widzę, że oceany tu wyschły już
      Modliszce, co we mnie jest...


      Docieramy na dziób,
      Syreną daję znak, że twej floty wrak
      Ma mi się rozbić tu
      Na tysiąc pocałunków. Odzewu brak.


      Przychodzisz do mnie co noc
      I ubijasz jak stek,
      Lecz baba powie ci, że większą moc
      Ma czułych obelg stek.


      Tyś mój w krzywym lustrze wizerunek jest,
      Jesteś jak koszmar śniony dzień w dzień,
      Jak zapomniany chrześniak, co już wchodząc w sień,
      Woła na ratunek i składa ci
      Na czole obśliniony pocałunek.


      (Dla tych, którzy mnie powitali w tym...)
      Weszliśmy tu nie do siebie jak w dym,
      Wgryźliśmy się w seks jak w steak tartare.
      Sami, choć dwoje nas jest, bo chce nam się wbić
      W ten słodko-kwaśny smaku czar...


      Mój bliźniaku z lustra, mój bliski krewny,
      Poznałbym cię przez sen.
      Kto, jeśli nie ty, przyjąłby mnie
      W tysiąc pocałunków namiętnych?


      Wzdychamy na los; poprawiamy włos
      I wjeżdżamy na Autoroute du Blues.
      Próbowaliśmy rzucić to nasze coś –
      Cóż, na inny rejs sił nie mamy już.


      Lecz śnieżynka i strach wciąż mają to... cóż,
      Miast miłości – z wyprzedaży twarz,
      Miast szału ciał – goryczy czar,
      A pocałunków czar dna dosięgł już.


      Lecz gonitwa trwa, wieczór młody wciąż,
      Śnieżynka i Strach wciąż nie są bez szans.
      Za chwilę wygramy, a potem raut –
      Dzisiaj zacznie się nasza passa pass!


      A kiedy wezwą nas, byśmy zdali rzecz,
      Jaką im odpowiedź dasz?
      Jakie życie? Życie poszło precz.
      Pocałunki? Ważne, co w kieszeni masz...


      A kiedy mnie wezwie On, bym spowiadała się
      Ze stanu, w jakim jest cały ten kram,
      Odpowiem: życie? Życie przeszło w cień,
      Lecz tysiąc pocałunków w kieszeni mam.


      Przyszliśmy tu w ostatnie dni,
      Podtarliśmy się o Twego Słowa strzęp.
      Skalaliśmy wszystko, to co dałeś Ty,
      Na Twą czułość ogarniał nas śmiech.


      Lecz delikatnie chcemy wciąż w tę materię wejść.
      Wiemy, przeszedłszy przez ucho Twych przejść,
      Że miłość trzeba nieść jak kwiatu pąk –
      I do Ciebie przyjść bez pustych rąk.

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...