Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Stary, smutny człowiek na ławce w parku siedzi,
Uśmiecha się miło, porozmawiać chce,
Przechodzi Pan z teczką, lecz go nie widzi,
Stary, smutny człowiek tak samotny jest.

Stary, smutny człowiek na ławce w parku siedzi,
Nadeszła już wiosna, słychać ptaków śpiew,
Kobieta z dzieckiem idzie, ale go nie widzi,
Stary smutny człowiek tak samotny jest.

Stary, smutny człowiek na ławce w parku siedzi,
Jesień przyszła szybko, liście spadły z drzew,
Zakochana para tylko siebie widzi,
Stary, smutny człowiek tak samotny jest.

Przyszła ostra zima i biały spadł śnieg,
Wszyscy ludzie patrzą, rozglądają się,
Kogoś im brakuje....
Ławka z drewna w parku pusta dzisiaj jest.

Stary, smutny człowiek w trumnie już leży,
Przyszedł Pan z teczką, matka z dzieckiem też,
Choć zawsze był samotny,
Dziś każdy z nim jest.

Tylko ławka w parku ciągle pusta stoi,
Ludzie patrząc na nią pamiętają, że
siedział na niej kiedyś stary, smutny człowiek,
Stary smutny człowiek już szczęśliwy jest.

Opublikowano

i tu również ciekawy wiersz. Interesująco oddzielona część pierwsza od drugiej

z osobistych uwag to chyba tylko do jednego mam zastrzeżenie

piszesz... "Stary, smutny człowiek w trumnie już leży," a następnie "Stary smutny człowiek już szczęśliwy jest." wydaje mi się że ten stary człowiek już w chwili w której leżał w trumnie powinien być szczęśliwy, ale to tylko moje osobiste zdanie które może być mylne.

Pozdrawiam
Wilkołak

Opublikowano

Piękny wiersz !
Kiedyś napisałam podobny ale gdy Twój przeczytałam pomyslałam,że Twój jest ciekawszy i wykasowałam swój :):)


Pisząc o smierci nie zawsze trzeba pisać wprost i nazywać słów po ich imieniu


Pozdrawiam Klara

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...