Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jak weszło się do pokoju oczom ukazywały się po kolei trzy łóżka. Najpierw widać było to ostatnie, stojące najbliżej okna. Potem Jego łóżko, a na końcu to trzecie, stojące najbliżej drzwi. Bałam się strasznie wejść w ogóle do tego pokoju. Klamka przytrzymywała mnie przed drzwiami obawą przed nieszczęściem. W końcu jednak weszłam.
On leżał na tym drugim, środkowym łóżku, wciśnięty w nie jak dziecko w łono matki, z nogami podkurczonymi, w szpitalnej pidżamie, pod szpitalnym kocem, na szpitalnym zimnym łóżku. W ogóle nie przypominał mężczyzny, którego był – silnego, zaradnego Siebie. Myślę, że wtedy wcale nie był mężczyzną. Zresztą, przez całe te długie dwa miesiące nie był mężczyzną, ani nawet człowiekiem, był jakimś nieistniejącym bytem, którego ucieleśnienie leżało na łóżku.
Miał takie duże oczy. Przestraszony był strasznie. Jakby nie wiedział co się stało, jakby myślał, że to już koniec… Nie powiedział mu przecież nikt dlaczego, ani po co. Przypominały mu się pewnie straszne chwile z dzieciństwa, kiedy widział skulonego pod szpitalnym kocem swojego ojca, on wtedy na zawsze został na tym łóżku. Zresztą leży tam pewnie do dziś, ale tylko w nas. Sam w sobie to leży już, ale w innym, podziemnym łóżku... pod nami… Miał jakieś czterdzieści lat, kiedy jego ojciec został na zawsze w szpitalu. Jego dzieciństwo wtedy się skończyło. Nie miał już ojca, matką musiał się zająć i wszystkim innym też, i nami…
Tak leżał na tym łóżku, jak biedne małe dziecko i popłakałby sobie pewnie wtedy, gdyby nie ja. Płakałby, ale nie mógł przeze mnie. Nie pozwoliła mu na to jego wrodzona odpowiedzialność za mnie i za nią.
Ona była z nami, ale krzątała się obok, a to kapcie, a to dres, a to inne coś. A ja patrzyłam i widziałam jak on patrzy i odpowiadał nawet, ale tak tylko, aby odpowiedzieć, żeby jej przykro nie było, bo się starała i kochał ją przecież,. Teraz będzie musiała znieść dużo więcej. Zwali się na nią przeogromna ilość obowiązków, których nie będzie mogła udźwignąć…może ktoś jej pomoże…
Leżał i nie mógł uwierzyć, ze jego rzeczywistość zamieni się teraz w szpitalną codzienność. I pytał wokół każdego jak długo i kiedy, ale nikt nie wiedział. Patrzyli tylko na niego takim pobłażliwym wzrokiem, z uśmiechem że oni też tak kiedyś, i że długo tu się zostaje. A niektórzy to nawet na zawsze. A potem chodzą po korytarzach i czekają aż ktoś ich odwiedzi, ale nikt nie przychodzi, bo ci co przyjść mogli to pochowali ich w grobach… a oni tego nie wiedzą. Przeszli z życia do śmierci i nie zauważyli kiedy, bo ich szpitalne życie było jak śmierć. Jak stan nie bycia, jak nic…
Pytał więc ich jak długo już leżą, ale wszyscy mówili, że oni to w sumie krótko, że dłużej się tu zazwyczaj leży, że mieli szczęście. To nie ważne zresztą, najważniejsze aby zdrowym być i już tu nie wrócić… Jego oczy robił się wtedy takie duże, jakby chciały zobaczyć na raz ten cały czas, który będą oglądać tutaj. Jakby mogły przewinąć za pomocą obrazów ten czas, który on tu będzie…
I został…sam…

Potem przywieźli tam do niego, na to pierwsze łóżko, takiego starca spod mostu. W nocy krzyczał zawsze, że matka, że ojciec i tatusiu i mamusiu… On nam to opowiadał, a ona mu mówiła, że jak ktoś tak ma to zejdzie niedługo.
On opowiadał jak w nocy zaczął schodzić, ale go odratowali, dali mu kroplówkę z życiodajną wodą, ale wody zwykłej mu pić nie wolno bo się dusi i zadławić się może. Prosił siostry o śmierć, bo już w życiu wszystko widział i wszystko co miał przeżyć przeżył, że dość tego życia, bo i na co mu one i tak pod most wróci. Niema przecież gdzie iść, ani dzieci, ani zwierząt co by za nim tęskniły.
Minął czas jakiś i starzec się poprawił. Przytył trochę i chciał nie widzialnego pasztetu od salowej. A ona śmiała się z niego.
Nie widywał się już ani z ojcem ani z matką.

Przyszliśmy kiedyś i On mówi, że starzec zostanie na tym pierwszym łóżku na zawsze. W nocy miał zapaść, wyszła z niego cała krew razem z duszą chyba… po podłodze pływała, ale się utopiła w tej ludzkiej jego niewoli.
Został tak starzec co nie miał dokąd iść na szpitalnym łóżku, niewidzialny dla nikogo.

On wracał do zdrowia. Zyskał policzki najpierw, potem ręce. Powoli zaczął się pojawiać. Wracać z niebytu w byt. I pytał co u nas, mówił że go nic nie boli, że chciałby już wrócić, bo i po co ma leżeć na tym łóżku szpitalnym, koło sąsiada co w niebycie się zadomowił i starca co zostanie tu na zawsze…

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Sukces to jest moje drugie imię. Pisane z dumą zaraz przed pseudonimem. Jaki sukces? To że opublikowałeś kilka wierszy  w porannym wydaniu miejskiego szmatławca. To ma być sława autora? Zresztą kogo tak naprawdę? Po ki czort Ci ten pseudonim? Nie znam człowieka a tym bardziej autora. Dostałeś od redaktora  choć po pięćdziesiąt złotych za wiersz?     W głównej sali kafeterii,  unosił się piękny zapach czarnych ziaren,  liści herbaty, aromat maślanych ciastek  i perfum bogatych dam. Poeci zawsze okupowali najdalszy, najciemniejszy kąt. Wykluczeni poza obręb towarzystwa, dobrej zabawy i życia miasta. Ale nadal uporczywie  trzymali się powierzchni, jak zaschły, przypalony brud, nie dali się zmyć, zetrzeć, wymazać. Trwali, choć sami nie wiedzieli po co.     Urażony poeta, ściągnął przechodzącego obok ich stolika właściciela kafeterii. Obcesowo i niegrzecznie, przysunął go za łokieć ręki w której ten trzymał tacę z zamówioną przez kogoś kawą i cukierniczką. Drogi Jonaszu  czy Wy mnie znacie i poznajecie? Stary Żyd oburzył się mocno na takie zachowanie gościa ale odrzekł. Oczywiście, że znam.  Stary Jona zna wszystkich i wszystkich wita  z radością w swych skromnych progach. Pan jest klient mój złoty i zawsze wypłacalny. A czym się prawie wiesz? Pan jest inteligient jak i reszta tu przy stoliku. Poezyje mażesz do kajetu  i sprzedajesz do gazet. A pseudonim mój znacie i poezyje czytacie? Ja prosty Żyd co tojrę studiuję i boskie prawo  a nie poetów salony. Dla mnie poezją miłą  jest solidny utarg i interes  a nie krągłości niewieście. Gdzież Żyd do sztuki innej niż pieniądz, przepraszam panów wołają mnie. Uciekł wręcz między krzesłami  do stolika zajętego przez  parę jakiś młodych kochanków.     Trzeba mieć pseudonim. To podpis i alter ego artysty. Zresztą w cieniu jest nasze miejsce. My wolimy dym świec niż syk lamp gazowych. Widzisz sam zresztą  po pseudonimie nikt mnie  nie rozpozna na ulicy. Ani ja król ani żebrak. Szybciej szczur kanałowy.     Znów zalegasz z czynszem. Hrabini Cię wywali na pysk zbity, jeśli długu nie spłacisz do końca tygodnia. I nie pomogą słowa sprośne i lubieżne co się w ciało zamieniają  w jej sypialnianych piernatach. Wszystko się pójdzie chędożyć, jeno nie Ty więcej. Wszystkie plany i marzenia wrócą pod most. To nie Ameryka i sen o dolinie, gdzie dolary padają jak deszcz  rzęsiście z nieba. I można się w nich kąpać i tonąć. Tu Cię galicyjski upiór  trzyma w pręgierzu nędzy i chłosta po gołej rzyci batem  a Ty tylko kwiczysz jak zarzynane prosię.     A w radiu mówili, że w Hameryce głód,  nędza i bezrobocie większe niż u nas. Giełda się posypała. Nie mają na suchy chleb i omastę teraz. Zatem niech jedzą ciastka  jak my biedota inteligencka. Jona! Talerz maślanych dla nas jeszcze. Zostawię napiwek podwójny.     Po kawie i ciastkach  przyszedł czas na wieczorne piwo  a potem całonocną przepalankę. Bo dla nich jutra miało nie być. A sukcesem było to  by dojść jakoś do łóżka  i zasnąć pijackim snem. Bo kto widział by poeci, spali jak psy w zaułkach kamienic. Skuleni na ławkach w parku, lub nieprzytomni i zarzygani  na schodach klatek. Ale kto by się przejmował  skoro jutra dla nich nie ma.            
    • zerkamy w gwiazdy potem logujemy się w mętnej ciszy las ma kolor nocy taki nijaki ostatnia przyczajona butelka czeka na polanie   na Facebooku bez zmian obserwujemy przez lornetkę sarny i siebie
    • Węgry  Piszą, że wreszcie odblokują unijne pieniądze  Co się z nimi stanie  U nas zniknęły.  Mamy największe długi od 1945 roku.  Nawet unia to wytknęła. Teraz lada dzień pożyczka 160 miliardów.  W Rumunii już ją...rozbierają  Pozdrawiam.    Życzę Węgrów i Polsce wszystkiego dobrego.  Pozdrawiam 
    • ~~ Marcinek i Zbysio jakąś norę lisią chcą zająć .. Węgrzy - choć bratanki z Polską - nawalanki dość mają .. Znajdą inne kraje, które będą rajem - dlań bronią .. Tą nadzieją żyją; że pod Polską ryjąc - ich schronią .. ~~
    • Nowe okulary   Napiszę wiersz i co Lepiej nie będzie Nieostro Szaro i buro Ekran ugina się od wspomnień Wszystko się kołysze Litery skaczą, wywijają fikołki Ruch im szkodzi Połamane nogi suszą się na lampie Brzuszki ocierają o klawiaturę Szyja tkwi bezradnie w powietrzu Nie ma nikogo Kto dałby klapsa Całej tej zbieraninie Słów Spojrzeń i rozpacz W liczbie mnogiej skrzecząc odchodzę bez okularów sobie  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...