Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

10
Nie pamiętam już dokładnie, od kiedy jesteśmy razem. Tak naprawdę chyba nie ma wyraźnego punktu, momentu, w którym spotkały się nasze dwie rzeczywistości. Nie dość, że się spotkały to i przeniknęły, dogłębnie spenetrowały. Nie obchodzimy rocznic, jakoś tak się utarło, że każdego dnia o każdej porze trwamy w sobie, jedno w drugim, jak gdyby to było nasze święto. Wieczory... wtedy najmocniej czuję, jak blisko mnie jest, nie opuszcza na krok, obserwuje każdy mój ruch, nie pozwala myśleć o niczym innym, niż o sobie. Nie powszednieje mi. Zawsze wymyśli coś nowego: wystukiwanie palcami słów w rytmie bijącego serca, planowanie kolejnych wspólnych wieczorów, beznamiętne przeciąganie palcami po strunach gitary, przepływanie przez krainę bezczasu i reanimacja ostatnich aniołów. Jest przy mnie, gdy płaczę.. zwłaszcza wtedy. Chyba nie zdaje sobie sprawy, że jest przyczyną tych łez. I tak właśnie trwamy ze sobą, każdego dnia, w każdej minucie, nierozerwalnie... ja i ta, która "rani oczy, światłoczuła, pulsująca jak krew". Ja i moja samotność.

9
Pamiętam za to doskonale dzień, w którym pierwszy raz zapragnęłam być kochana przez Ciebie. Zimny, deszczowy listopad. Jak dziś. Krople deszczu rytmicznie uderzały o szyby, łapały się jedna w drugą i razem spływały wąską strużką w dół. Wszystko zgodnie z prawem grawitacji. Nagle poczułam, że pragnę zatopić się w Tobie, poczuć zapach, ciepło. Pragnęłam tego jak nigdy niczego wcześniej i niczego później. Próbowałam przepędzić tę myśl, czułam się jak wariatka. Przecież prawie się nie znamy, wpadłam tu tylko odebrać moje cholerne notatki z biochemii. Poczułam, że się rumienię, ręce oblał zimny pot, serce biło szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Pomyślałam: uciekaj. Rzucając w pośpiechu „cześć” wybiegłam prosto w ten przerażająco zimny deszcz.


8
Nie potrzebowałam dużo czasu, by zrozumieć, że Cię kocham. Nazywałeś nas przyjaciółmi, nie przeczuwając nawet, jak wiele dla mnie znaczysz. Czułam, że każdy dzień zbliża mnie do Ciebie, że z każdą minutą znamy się coraz lepiej. Wspólne przygotowania do egzaminów- tak bardzo chciałam, by sesja trwała wieki, by móc cieszyć się z Twoich sukcesów bardziej niż z własnych, by znaleźć w sobie tę siłę, by powiedzieć Ci o tym, kim dla mnie jesteś.

7
Pierwsze promienie marcowego słońca. Miejski park. Zdezelowane ławki, rozbite latarnie, wulgarne napisy na ogrodzeniu. To nic. Napawałam się tą chwilą wolności, powoli wdychając świeże, wiosenne powietrze. Marzyłam o szczęściu, czując, że jest na wyciągnięcie ręki. Tyle czasu spędzaliśmy razem, coraz częściej spotykaliśmy się, by po prostu pobyć razem, to niemożliwe byś nie czuł tego, co ja. Wierzyłam, że już wkrótce będziemy razem, jak ta para namiętnie całująca się na zakręcie. Widziałam tylko ich plecy, ale obejmowali się tak czule, szeptali sobie coś do uszu. Kochają się. Uświadomiłam sobie, że nigdy wcześniej nie widziałam tak szczęśliwych ludzi. Podeszłam bliżej, nie często widzi się coś takiego. I wtedy… Pękło mi serce... Proch, miazga, pył... nic więcej... Kilka łez, Twoje szczęście, jej szczęście, moja rozpacz. Chciałabym umieć przestać Cię kochać, tylko tyle... Uciekłam stamtąd, na szczęście nie zdążyłeś mnie zauważyć. Nigdy wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że czyjeś szczęście może aż tak boleć.

6
Udaję, że nie istnieję. Chyba jestem dość przekonująca, bo Ty mi uwierzyłeś. Z dumą przyznaję, że jestem samoukiem, bo nie skończyłam ani wyższej, ani nawet niższej szkoły kamuflażu. Przemykam gdzieś bokiem szarych ulic, wtapiam się w bezkształtną masę, przestałam krzyczeć, błagać o choć jedno słowo, modlić się o cud. Jestem i mnie nie ma. Ciągle czekam, choć wiem, że nie ma na co. Nie zatęsknisz, przecież wiem, ale być może uda mi się oszukać samą siebie- że Cię nie ma, że nigdy nie istniałeś. Że to tylko sen. A każdy kolejny dzień, przeszywający na wskroś swą lodowatością, zimny byt- że to tylko złudzenia... Teraz już chyba tylko o tym mogę marzyć.

5
Próżne nadzieje, daremny trud, popalone mosty, chłód i cień, życie wcale nie jak poemat, w dodatku bez określonego tematu... Wszystko jakieś bezkształtne. Nawet marzyć już nie ma po co, wszystko i tak obróci się później przeciwko mnie. Ludzie? nie wiedzą jak to jest widzieć piekło, tam, gdzie inni mają swoje niebo. Spalać się co dzień w ogniu własnych pragnień, łzach i przekleństwach. Trwać w tym koszmarnym miejscu, z którego nie ma ucieczki. Mieć własnoręcznie stworzone piekło na ziemi.

4
Studencka impreza na zakończenie pierwszego roku. Oczywiście z osobami towarzyszącymi. Jak zwykle byłam sama. Na wszystkich weselach w ostatnim dziesięcioleciu byłam sama, wszystkie osiemnastki zaliczałam w pojedynkę, bale sylwestrowe omijałam szerokim łukiem, na studniówkę poszedł ze mną starszy kuzyn, któremu musiałam zapłacić dwie stówki, żeby udawał mojego faceta, więc już zdążyłam się przyzwyczaić do tej samotności wśród świergoczących, roztańczonych parek. Myślałam, że będzie mi łatwiej. Nie dałam rady. Po trzech godzinach wpatrywania się w Was wtulonych w siebie całkiem pękło mi serce. Płakałam. Po policzkach spływał mi rzekomo wodoodporny tusz do rzęs, z cieni zrobiła się złotawa papka. Wszystko to było nieistotne. Cierpiałam. Cierpię i teraz, w ten zimny listopadowy dzień, gdy sobie to przypominam. Nie wiem dlaczego, nie wiem po co, podbiegłam do Was i wykrzyczałam zachrypniętym głosem, że Cię kocham. Może za dużo wódki wypiłam, może ogłupił mnie papierosowy dym, a może moje serce już od miesięcy tak głośno krzyczało, że tym razem już nie byłam w stanie nad nim zapanować.
Wtedy też padał deszcz. Ale ciepły, czerwcowy. Biegłam donikąd przez kałuże, byleby dalej od niej, od Ciebie, od świata. Szkoda, że od samej siebie tak trudno uciec.

3
Piękny sen uplotłam sobie ze złudzeń. A Ty zamówiłeś mi budzenie na 2.50. Tak bardzo dalej chciałam śnić na jawie, upijać się własnymi kłamstwami, czuć, że do poranka skostniałej rzeczywistości jeszcze daleko. Nie pozwoliłeś mi marzyć, obdarłeś mnie z tego wszystkiego, co miałam, choć było tego niewiele- ot, kilka niewinnych złudzeń, iluzja. Teraz świecę nagością własnej naiwności. Wstyd mi, przepraszam, nigdy więcej.
Dziś już wszystko jest inaczej. Łzy tylko nadal mają słono-gorzki posmak. Nie pamiętam już, jak brzmi Twój głos, bo od tak dawna nie powiedziałeś niczego do mnie. Gardzisz mną, nic już dla Ciebie nie znaczę. Po co były te banały o przyjaźni, po co zwierzenia, po co te zapewnienia, że mogę Ci ufać? Pamiętam te nic nie znaczące minuty, które dla mnie były wszystkim. Dziś został mi tylko Twój numer w komórce, którego już pewnie nigdy nie wybiorę, Twój zapach, który ciągle czuję, ten ból, którego słowami opisać się nie da. Tylko tyle. Może aż... nie zapomnę, że byłeś, jesteś, zawsze będziesz. Przepraszam...

2
Mówią: w sen nie trzeba wierzyć... A co ze snami, z których nie ma przebudzenia? Co z tymi, które tak przeniknęły jawę, pożarły ją, rozszarpały na strzępy, nad którymi nawet przy ostrych promieniach słońca nie da się przejść do porządku dziennego? Które śni się co dzień, co noc? Taki niekończący się koszmar na jawie, który kiedy zdaje się, że już pozwoli się wybudzić powraca z jeszcze większą siłą? Olać ciepłym moczem? Co robić, kiedy rzeczywistość jest ciągnącą się w nieskończoność nocą?
Czuję pod skórą koniec epoki. Nie chcę, żeby się skończyła. Robię jej nieumiejętne operacje plastyczne, przedłużam to, co zmierza ku końcowi, podłączam do respiratora słów, sztucznie utrzymując ją przy życiu. Krzyczę: walcz! Oddycham za nią dźwiękami nut, które już do mnie nie trafiają...
Płaczę... bo Ciebie nie ma, zbliża się zima, a "wrzesień tego roku jakiś dziwny był". Płaczę... bo na mych oczach kona epoka, wali się świat, gaśnie nadzieja. Płaczę... bo widzę jak wszystko przemija, jak zmienił mnie czas... Płaczę... bo nie widzę przyszłości, drogi, spójności... Płaczę...

1
Mam dość swych ponurych myśli, pisania scenariuszy, w których brakuje Twego imienia... Pustka wypełniana stertą zdjęć, wenezuelskimi serialami, snami, w których pojawiasz się, by zaraz zniknąć, pamiętnikiem, którego nie mam siły pisać, który jedyny przyjmie wszystko, co tylko zechcę... Nie potrzebuję prawa jazdy, licencji na zabijanie, zgrzewki niegazowanej wody mineralnej, doktoratów, zaświadczeń, zdanych egzaminów, świadectwa dojrzałości, prostej drogi, wakacji na Hawajach, patentu sternika morskiego... Tylko Ciebie.. Ciebie nie ma.

0
Znowu deszcz uderza o szyby. Tak, jak wtedy, rok temu, pieprzonego 14 listopada, kiedy zaczął się mój koszmar. Cholerne pragnienie, które zasiało spustoszenie większe niż wszystkie huragany na zachodnim wybrzeżu Pacyfiku razem wzięte.
Przez uchylone okno sączy się struga księżycowego światła, z radia płynie cicha muzyka, a z moich nadgarstków brunatno-czerwona krew. Nie będzie happy endu. Kocham Cię!

Opublikowano

Plus za ciekawą konstrukcję. Plus za poprawność językową. Ogólnie poprawny. Może nie cud świata, ale poprawny.
Zastanawiam się tylko jaki masz wachlarz tematów.. jeszcze coś ciekawego masz z zanadrzu? ;>

Aha.. może pomyśl o tytule innym? Ten jest dobry na wiersz.. do prozy nie bardzo mi pasuje ;)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Migrena fajne te przemyślenia, czytam i odkrywam że życie nie może zniknąć
    • @Maciej Szwengielski Panie Macieju, to nie tak: 1. Pisze mi Pan, że KK mordował milionami po to, by przeżyć i zachować podstawowe nauki Mesjasza. A przecież podstawową ideą Jezusa było niezabijanie. No to jak to tak? ;) Przecież sam Pan sobie przeczy. A poza tym, to nie prawda. Ekspansja KK nie wynikała ani z obrony czegokolwiek, ani z woli przeżycia.  2. Nie ludy "barbarzyńskie" i "pogańskie", bo to są określenia pejoratywne i wręcz niestosowne, tylko ludy żyjące przed chrześcijaństwem, które chrześcijanie wymordowali. Razem z ich świątyniami, kulturą, wierzeniami, tradycjami, pomnikami etc.  To taka formalna uwaga. 3. Nic tu nie mają do rzeczy Kaligula łącznie ze Stalinem, Hitlerem i współczesnym poetą. Pan mnie  nie zagada, nie zarzuci historycznymi nazwiskami, bo nie rozmawiamy  relatywistycznie, tylko bezwzględnie. Jeśli na ścianie wisi czarny obraz, to bez względu na to, jaki kolor ma ściana, ten obraz jest czarny.  4. KK jest organizacją stricte polityczną. Czy tego chce, czy nie chce. Taki ma profil swojej działalności. Oczywiście jest jednocześnie organizacją religijną. Kiedyś na ten temat przegadałem pewnie dobrą godzinę ze śp. red. Turowiczem. I mimo, że hasaliśmy po wielu aspektach dot. KK, we wszystkim zgadzaliśmy się do do joty.  5. Dziś w obronie swojej ciemnej zaszłości KK stosuje retorykę, która sprawdzała się w średniowieczu, a nawet później. Niestety, podobne metody jedynie ten Kościół ośmieszają. 
    • Cierpienie   Dlaczego cierpienie wpisane jest w człowieczą egzystencję? Niektórzy, dawni miłośnicy mądrości mówili, że brak cierpienia (bólu) jest już pełnią szczęścia. Współcześni poeci śpiewają: „Po to by radość móc docenić; po to cierpienie; po to by dostrzec piękno Ziemi; po to cierpienie; po to by siebie w sobie zmienić; po to cierpienie; po to by w jasność wstąpić z cienia; po to cierpienie; po to by pojąć i docenić; po to cierpienie; po to by krzyż mógł świat odmienić; po to cierpienie”.   Pewien myśliciel powiedział: „Zło składa się na różnorodność, a więc i bogactwo świata; ponadto pozwala nam docenić wartość dobra; cierpienie jest niezbędne, żeby zaznać pełnego smaku radości.”. Inny filozof mówił: „Opatrzność Boża ma całościowy obraz naszego dobra i właśnie w imię naszego dobra całościowego dopuszcza na nas cierpienie”. Jeszcze inny filozof rzekł: „Źródłem większości cierpień jest nasze oddalenie się od natury.”. Był też i taki myśliciel, który postawił tezę: „Nawet głęboki ból (…) owiany jest specyficzną słodyczą.”. Dzięki cierpieniu można się czegoś nauczyć. Kto raz się sparzy ten na zimne dmucha. Kto doznał cierpienia w relacjach interpersonalnych, w uczuciach, ten będzie wiedział czego w przyszłości unikać.   Wielki poeta niemiecki pisał w swoim opowiadaniu o cierpieniach młodego człowieka (patrz. „Cierpienia młodego Wertera”) spowodowanych konwenansami i układami towarzyskimi. Nie mógł zrealizować w całej pełni swoich szlachetnych uczuć względem wybranki swego serca, ponieważ był niskiego stanu urodzenia, w przeciwieństwie do obiektu swoich uczuć. Czy i w dzisiejszych czasach takie cierpienie nie ma racji bytu? „Nie wyjdziesz za mąż za tego człowieka, ponieważ on jest pozbawiony jakiegokolwiek majątku...” - mawiają zatroskani rodzice panny na wydaniu. „Ale ja go kocham!” - protestuje córka. „A z czego będziecie żyli?” - pada riposta - „Gdzie będziecie mieszkać?”.   Cierpienie „niewinnych” dzieci często bywa argumentem w dialogu tzw. „ateizmu cierpiącego” z chrześcijanami. Skoro Bóg jest dobry, to dlaczego dopuszcza cierpienie „Bogu ducha winnych” dzieciaków? Argumentacja, że to odziedziczona konsekwencja „grzechu pierworodnego” (a więc szatana) jakoś nie trafia do przekonania. Ale cierpienie nienarodzonych dzieci podczas „zabiegu aborcji”, jak go eufemistycznie nazywają współcześni bojownicy złej sprawy, nie stanowi żadnego problemu.   Inną formą cierpienia było cierpienie ludzi w obozach koncentracyjnych, w czasie drugiej wojny światowej. „Po Auschwitz nie ma już Boga!” - krzyczą oponenci. A tymczasem Bóg cierpiał wraz z więźniami tych obozów zagłady. Ten Bóg miał niejedno imię i nazwisko! Na przykład ojciec Maksymilian Maria Kolbe. Zginął w bunkrze skazany na śmierć głodową. Ponieważ przeżył, dobito go zastrzykiem trucizny. Oddał życie za Franciszka Gajowniczka, głowy wielodzietnej rodziny. Dobrowolnie zgłosił się za niego na apelu obozowym.   W najważniejszej księdze ludzkości zwanej Biblią, jedną z sztandarowych postaci cierpiętniczych jest Hiob. To człowiek „prawy”, pobożny i taki, któremu dobrze się w życiu wiedzie. Miał żonę, dzieci, przyjaciół, liczne stada bydła. Jak mówi natchniony pisarz, Szatan nie mógł znieść Hioba i postanowił go zniszczyć. Zasugerował Bogu, że na pewno nie będzie czcił Stwórcy, jeśli ten pozbawi go rodziny, majątku, a wtedy ten będzie złorzeczył Omnipotentowi. Nie wiadomo dlaczego Bóg dopuścił cierpienie względem Hioba. Zginęła jego rodzina (dzieci), zginęło stado bydła. Hiob jednak przyjął cierpienie z pokorą i nie złorzeczył Absolutowi tak, jak spodziewał się tego Szatan. Wtedy diabeł zwrócił się do Boga i zaproponował dopuszczenie dalszego doświadczenia względem Hioba. Tym razem ciężką chorobą. Tą chorobą był trąd. I tak się stało, Hiob został dotknięty trądem. Żona Hioba była bliska obłędu: „Składałeś ofiary swemu Bogu, wielbiłeś go, a ten dobry Bóg doprowadził ciebie do takiego stanu”. Nawet wtedy biblijny bohater nie złorzeczył Bogu. Przeklinał jedynie dzień swoich narodzin. Jego cierpienie stało się cierpieniem ponad ludzką miarę, a wtedy człowiek ma prawo do takiego przekleństwa. Gdy jego przyjaciele dowiedzieli się o tym co spotkało Hioba, przybyli do miejsca jego odosobnienia i … zapłakali z bezsilności.   Najbardziej gorzką kartą literatury sakralnej przedstawiającą cierpienie, moim zdaniem, jest mord sądowy, jakiego dopuścili się ludzie na Jezusie z Nazaretu, zwanego Mesjaszem. Całe swoje dojrzałe życie głosił ludziom doskonałe nauki etyczne poprzez przypowieści, proste (ale niełatwe) analogie. Głosił miłość, pokój, braterstwo, szczęście możliwe do osiągnięcia jeszcze na tym świecie. Wskazywał na drogę, jaką musi przejść każdy mieszkaniec tej ziemi aby dojść do „niebieskiej ojczyzny”. Dokonywał cudów (rozmnażał chleby, wskrzeszał umarłych, uzdrawiał chromych). Okrzyknięto go nawet królem! I nagle nastąpiła zmiana nastrojów społecznych. Tego spokojnego i niewinnego człowieka pojmano, jak pospolitego przestępcę. Nauczyciela, mistrza, króla... . Jak bardzo musiał cierpieć z powodu utraty dobrego imienia? Został fałszywie oskarżony o niesubordynacje względem rzymskiego cesarza i bluźnierstwo. Uznano go za wichrzyciela społecznego, naruszającego ład społeczny. Zmanipulowane nastroje społeczne doprowadzono do zenitu. Toteż kara za rzekome zbrodnie Chrystusa była niewspółmierna do rzeczywistych czynów. Rzymski namiestnik, prokurator, Poncjusz Piłat nakazał wychłostać „samozwańczego” króla i chciał go puścić wolno, jako nieszkodliwego szaleńca. Chłostano jego wedle rzymskiej tradycji katowskiej specjalnymi biczami zwanymi „flagellum”. Wyrok wykonano tak skrupulatnie, że skazany ledwie uszedł z życiem. I było tak, że cierpienie niewinnego Boga-Człowieka sprawiało tłumowi ogromną przyjemność. Kiedy Poncjusz Piłat, zgodnie z niepisanym prawem, chciał uwolnić jednego ze skazańców, ludzie wybrali Barabasza, znanego wszem i wobec złoczyńcę, dobrego Człowieka posłali na okrutną śmierć krzyżową. Piłat umył ręce z krwi tego niewinnego, jak sam go określił. Rozochocony tłum zawył: „Krew jego na nas i na syny nasze!”. Ubrano skazanego na śmierć krzyżową w odpowiednią do tej tortury szatę. Włożono poprzeczną belkę krzyża na jego ramiona i rozpoczęto kaźń drogą wiodącą przez miasto, aż na wzgórze położone opodal zwane Golgotą. Pośród szyderstw i złorzeczenia szedł ten, który sam był Miłością, który tak ukochał ludzi, iż z rozkoszą podjął się nieść „krzyż”, dając tym samym miłości naukę. Upadał pod ciężarem „krzyża” aż trzykrotnie, zanim dotarł na miejsce męczeńskiej śmierci. Tam przybito jego do krzyża, a krzyż postawiono do pionu, aby konał w męczarniach. Szyderstwom i kpinom nie było końca, gdy umierał: „Jeśli jesteś Synem Bożym zejdź z krzyża, a uwierzymy w ciebie!”. Gdy wreszcie skonał, żołnierz rzymski przebił jego bok, z którego natychmiast wypłynęła krew i woda, wymowny znak śmierci „skazańca”.    
    • @andrewDziękuję Ci, od razu się uśmiechnęłam, a potem to skrobnęłam:   dziekuję za kawkę i deserek założe odświętny sweterk i wyjdę na spacerek   niech wiersze same się pisza ukołysane ciszą
    • @Alicja_Wysocka przeglądaj, ranking, cały czas, popularne
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...