Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Przedział jest pusty. Pośpiesznie rzuca płaszcz na jeden z foteli, na drugim stawia sporą walizkę. Domyśla się, że szczebiot siostrzyczek zakonnych, które podążały za nim ścisłą gromadką przez wąski korytarz, może być jego podróżnym utrapieniem. Tak jak się spodziewał równy rządek biało-czarnych dziewic zatrzymuje się i słodki chórek anielski milknie na moment. Wszystkie cztery wyglądają raczej komicznie kiedy oczekująco zaglądają do jego kabiny. Nie da się ukryć, pięć miejsc siedzących świeci pustką. Są wolne, są wliczone w cenę biletów, które uczciwe siostrzyczki, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości, posłusznie zakupiły w dworcowej kasie grzecznie oczekując w kolejce. Są one również własnością kolei, a więc nie jego własnością. A jednak czuje, że ma pewne niepisane prawo rozporządzać pokrytymi bordowym zamszem fotelami. Jakby ten, kto pierwszy zjawiał się w pustym przedziale, obejmował tym samym tyrańską władzę na dalszym etapie podróży.
Ta najstarsza, której z pewnością podlegają pozostałe, ta z twarzą surową i bladą, z dłońmi wciąż splecionymi jakby do modlitwy obrzuca go spojrzeniem pełnym nieszczerej życzliwości. Nie ma zamiaru wysilać się na pokrętne wyjaśnienia. Patrząc prosto w jej lodowate oczy, jakby pokryte delikatnym bielmem, bezczelnie zasłania kotary od wewnątrz. Teatrzyk zamknięty, role świętych męczennic już obsadzone, życzymy miłej podróży.
Dlaczego kobiety nigdy nie wybierają pustych przedziałów, dlaczego zawsze dosiadają się tam gdzie ktoś pragnie świętego spokoju? Powtarzają ten niezrozumiały proceder w każdym publicznym miejscu, w szkolnych i uniwersyteckich ławach, w autobusach, tramwajach, pociągach, we wszystkich poczekalniach. Od swojej przyjaciółki dowiedział się, że męska część populacji zmuszona jest dokonywać podboju na każdym kroku, w każdym etapie swojego życia. Czy dlatego wszyscy oni wybierają miejsca puste, nie skalane niczyją obecnością, aby wziąć je we własne, absolutne posiadanie? Być może wypiera się swych podświadomych dążeń, ale jedyne czego szukał w pustym przedziale, to święty spokój, święty pomimo nieobecności poczciwych siostrzyczek.
Rozparłszy się wygodnie obok okna, wyobraża sobie jak białe, lśniące w niewinnym uśmiechu ząbki nieskalanych grzechem dziewcząt znikają pod wydętymi, wiecznie nabrzmiałymi wargami. Z uśmiechem domyśla się jak rumianą mgłę na ich gładkich, pulchnych policzkach pożera trupia bladość płynąca z niezrozumienia, być może zakłopotania, a z pewnością rozczarowania. Perspektywa podróży w jednym przedziale z niestarym, zadbanym mężczyzną musiała być najciekawszą z możliwych dla tego stadka, nawet jako sprawdzian oddania świętej misji czystości.
Może należałoby powiedzieć wprost - pożądanie? Zbyt duże słowo? Czy kobieta rozpalona żądzą mogłaby wpędzać się świadomie w męczeństwo? Z drugiej strony jak inaczej określić pozorne odcięcie tego fragmentu życia, które w tak jasny sposób dręczy ciało i popycha konsekwentnie w jednym kierunku? Te zdrowe na pierwszy rzut oka dziewczęta, rumiane, czasem wręcz rozpalone, mogły być po prostu niedookreślone. Czy to właściwsze słowo? Tak czy inaczej, wspomnienie podróży z pewną zakonnicą, która zważywszy na dojrzały wiek, powinna być już określona, mogłoby obalić ten pogląd. Kiedy w mroku przedziału, delikatnie obudzony monotonnym stukotem kół, otworzył oczy w bezruchu ciała, widział wyraźnie jej spojrzenie zdradzone światłem mijanych lamp. Widział oczy utkwione w jego własnym rozporku, i kiedy oszołomiony dostrzegł delikatne ruchy jej ud pod nieskazitelną czernią habitu, nie zdołał powstrzymać tego, nad czym tak bardzo chciał zapanować.
Czy dlatego za wszelką cenę chciał uniknąć podróży w niewątpliwie słodkim towarzystwie nieśmiałych dziewcząt? Czy dojrzały facet może bać się takiej przygody bardziej niż one same? Jest zmęczony, ma również ochotę popracować w ciszy kiedy trochę się zdrzemnie. Poza tym poprzednią noc w mieście spędził z Rebeką. Ma wrażenie, że zrzucił z siebie cały ten ciężar miesięcznej nieobecności. Tak, Rebeka jest na wskroś pociągająca, chociaż często ciśnie mu się na usta słowo „rozleniwiona”. Po raz pierwszy dostrzegł w jej spojrzeniu zaskoczenie, być może delikatny lęk, i mimo woli opanował się, nie uważał jednak, że zachowuje się szczególnie dziwnie. Do tej pory sądził, że sporadyczne przekraczanie barier w łóżku podnieca ją na swój sposób, a jednak jest niesmacznie poukładana, w każdej sferze. Kolejny akt dokończony w milczeniu.
Jeszcze przed Junketown zasypia z otwartą książką na kolanach. Budzi go drażniący gwizd konduktora. Na stacji niewielka grupka młodych mężczyzn otacza półkolem dwóch starszych policjantów. Jeden z nich notuje coś zerkając na dworcowy zegar, drugi gestykulując stara się uspokoić wyraźnie wzburzonych chłopców. Nawet z daleka widać, że to jeszcze dzieci. Z zaciekawieniem obserwuje, jak bezczelnie wykrzykują niezrozumiałe, z pewnością jadowite słowa prosto w twarz zniecierpliwionego funkcjonariusza. Nic dziwnego. Stróże prawa w podeszłym wieku. Czy może być coś czego młodość nienawidzi bardziej od chorych, bezużytecznych osobników w stadzie, tłumiących ich młodzieńcze rozpasanie, obfite pokłady energii bliskie eksplozji, bezustannie szukające ujścia?
Pociąg rusza, postacie znikają za szerokim filarem. Patrzy jeszcze przez moment na kurczący się budynek stacji. Kiedy odwraca się od okna, zauważa, że nie jest w przedziale sam. Na przeciwległym fotelu, obok uchylonych nieco drzwi siedzi starszy mężczyzna, w czarnym, idealnie skrojonym garniturze. Zaczytany, a może tylko zamyślony czuje na sobie jego wzrok i unosi głowę znad opasłej książki. Obdarza go miłym uśmiechem, ale nic ponad to, żadnego pozdrowienia, żadnego skinienia. A jednak podczas snu tyrana, ktoś zdołał przysiąść na poręczy tronu.
Jego twarz wydaje mu się znajoma, ale to częste wrażenie, nigdy się nim nie sugerował. Pierwszym skojarzeniem jest oblicze Rasputina zapamiętane z fotografii carskiej rodziny, ale te oczy w odróżnieniu od oczu rosyjskiego szarlatana mają w sobie dziwne pokłady ciepła. Patrzy jeszcze przez moment na jego cienkie, tłuste włosy spływające z ramion. Przez płowiejącą czerń przebija już gdzieniegdzie wyraźna siwizna, to włosy starca. A jednak twarz tego człowieka zdaje się mówić coś zupełnie innego.

  • 1 miesiąc temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Arsis ponura, poruszająca wizja  niecodzienna rozbudowana metafora...
    • @Stukacz a dlaczego źle? inaczej:)
    • @Bożena De-Tre Wszystko możesz, Poetko - na przykład w jednym wersie uśmiercić i Boga i Nietzschego (obu po raz drugi).
    • Czekają. Stłoczone ciasno w zastygłej procesji, w urojonych widmach bezmiernej nocy. W pokoju. W tym pokoju stłoczone aż po brzegi. Wchodzą na ściany, na to drzewo wyrastające z podłogi. Stojąca w kącie plątanina martwych rur. Poskręcane gałęzie, odrosty. Żeliwne. Milczące artefakty...   Pełzną wysoko w swojej nieruchomej kreacji. Te zwidy rozczapierzone. Złapane w krótkim ujęciu. W milisekundowym błysku wypalającym oczy.   Są jedne na drugich. Obok siebie. Tuż obok. Bądź wyrastają z siebie bez jakiejkolwiek koncepcji, jakiegokolwiek sensu.   Ciasno. Bardzo ciasno…   Jak niezliczone polipy w jelicie. Zrakowaciałe. Całkowicie obce, nawet dla siebie samych. Całkowicie obce ciała rosnące w swojej i tak obcej egzystencji.   Mnożą się bez ustanku, wyrastając z siebie w nieskończonych powtórzeniach. W szmerze nieskończonego wzrostu...   Zasuszone widma. Kreatury pajęcze… Których odnóża… - Boże, jakże ich wiele!   Sięgają nimi, poprzez grzybnię pleśni, sufitu, jak nieba… Wspinają się. Wspinają, ku wielkiej mistyfikacji, ku tajemnicy największej.   Albowiem rozpościera się z wysoka coś, co jest niepodobne do niczego.   Co to takiego? Jakaś iluzja, deliryczna ekstaza…   Stając u stóp tego gigantycznego konstruktu podobnego do krzyża... - z kamienia, ze stali. z drewna…   Z żelbetonu poznaczonego brunatnymi plamami nuklearnej reakcji. Zmartwychwstania?   Być może samego Boga...   Słychać jeszcze echo. Pogłos pędzącego wiatru. Wtedy, co pędził w ogromnym huku totalnej anihilacji.   Tuż przede mną mur nieskończonego wzniosu. Rozpostarte ramiona (odnóża?) Rozwarte szeroko. Szeroko… - czegoś, co już dawno skonało, mimo że jest wieczne. mimo że żyje, pomimo ewidentnej śmierci.   Jakieś truchło. Zasuszone. W szacie pajęczej.   W powiewających płachtach. W czarnych od kurzu. Od pyłu. Od brudu zionących ciszą zatęchłych katakumb…   W przeciągu, w powiewie.   W półmroku…   Spogląda z wysoka wielookie oblicze. Czarne oczodoły w zdeformowanej czaszce.   I coś jeszcze.   Coś, co przeczy fizycznemu istnieniu.   Spod sufitu spada na mnie absolutna martwota, kiedy klęczę, kiedy leżę, kiedy pełzam jak wąż, jak dżdżownica, jak wielonoga skolopendra…   Co tu jest mną, a co kim innym? Albo czym?   Kto tu jest?   Mnoży się coraz więcej tej całej bezgranicznej iluzji, która we mnie. Która wszędzie…   Odchylam głowę do tyłu. Odchylam. Odchylam… … aż trzeszczą kręgi w szyi...   Wykrzywiając twarz w morderczym grymasie, w potęgującym się orgazmie trupiego rozkładu...   … moje oczy...   Te czarne otwory. Te czarne. Bezkreśnie czarne…   … jak noc lodowata…. jak noc…   (Włodzimierz Zastawniak, 2026-06-07)      
    • @hollow man

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...