Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Mam nadzieje, że znajdzie się chociaż jeden twardziel, który to przeczyta. Zależy mi na tym.

***

Pytasz o moje dzieciństwo? Nie ma o czym opowiadać. Gdy myślę o nim, to przypomina mi się potwór spod łóżka, bądź z szafy, którego boimy się mając 6, 7 lat. Wtedy odważni i dzielni tatusiowie starają się nam udowodnić, że tak naprawdę nic tam nie ma. Ale ja wiedziałam, że ten potwór istnieje i zaatakuje. Zaatakował kiedy miałam 11 lat. Był okrutny, bo pojawił się dokładnie 24 grudnia. Uśmiechnął się, przeleciał przez pokój i już go nie było. Zaczęło dochodzić do mniejszych, większych i ogromnych kłótni. I tak było już zawsze. Dziwny trafem ciągle byłam w centrum tych sprzeczek. Pogodziłam się z tym szybciej niż myślałam. Chyba dlatego, że nie miałam nadziei. Potem zaczęło mi brakować normalnej rodziny i żałowałam, że wtedy nie walczyłam. Trochę się winiłam, ale nigdy nie miałam skłonności do wielkiego masochizmu. Oczywiście, że pamiętam też te dobre dni. Wiesz, że chodziliśmy na spacery? Myślisz, że to normalne? A ile widziałeś rodzin chodzących na spacery? Pewnie, że mnóstwo. Ale my byliśmy szczęśliwi. Niesamowite, prawda? Nadal się uśmiecham, gdy o tym pomyśle. Chyba wtedy było mi lepiej niż kiedykolwiek. Miałam te swoje 8 lat. Posiadałam tatę, mamę, brata i psa. Nie mieszkałam w domku, ale ten szary i brzydki budynek sprzed 100 lat w zupełności nam wystarczył. A przynajmniej wystarczał. Dlaczego mówię akurat o domu? Bo właśnie z nim kojarzy mi się szczęśliwa rodzina. Potem tata zaczął mówić, że prawdziwy mężczyzna powinien zasadzić drzewo, spłodzić syna i zbudować dom, a mama mówiła, że mamy przecież takie piękne mieszkanie. Było duże, ale czy piękne? Mało kto wie jak bardzo nienawidziłam tego mieszkania. Wiem, że to ludzie tworzą atmosferę, ale mimo wszystko gdzieś gdzie jest tak dużo pomieszczeń nie można być szczęśliwym.
Bo samo to moje imię. Od małego byłam skazana na wszelkie porażki. Kilka osób kiedyś gdy im się przedstawiałam mówiło: ‘Znałem/am wiele Mart, ale nigdy nie wychodziło z tego nic dobrego.’ Cholera jasna i jak myślisz, że się czułam? Bo to takie zwykłe imię. Można je tylko zdrobnić. Nie ma nawet żadnego oficjalnego brzmienia. Wiesz o co mi chodzi? Ola, Aleksandra, Oleńka... rozumiesz? Wyolbrzymiam, tak? Pewnie i masz racje. Na wszystko chciałabym zrzucić winę, ale nie na siebie. Jakie to trudne, przyznać się do tego, że spieprzyło się własne życie.
Szczerze powiedziawszy, to już od małego byłam skazana na samotność. Zawsze mówiłam za dużo. Tak dużo, że obrywałam za to. Ludzie często w moim przypadku mylili szczerość z wulgarnością. Fakt faktem, lubiłam wtedy i lubię do teraz używać mocnych słów. Lubię sobie czasami kogoś wyzwać, ot tak, bo robi mi się wtedy lepiej. Tylko z mojej strony nie zawsze to była zwykła złośliwość. W większości przypadków chodziło mi o zmobilizowanie danej osoby. Ale ja, zawsze wybierałam ludzi, którzy byli albo za głupi na to żeby zrozumieć, albo po prostu dobrze im się patrzyło na siebie w lustrze. Nigdy w życiu nie chciałam być dla nikogo autorytetem, ponieważ być mną nie jest wcale fajnie. Mój brat, który miał widoczne problemy z wysławianiem się, często ode mnie obrywał za swoją głupotę, ponieważ przez większość swojego życia używał neologizmów, tym samym tworząc własny słownik języka polskiego. Oj.. strasznie byłam dla niego niedobra. Ale ja tylko chciałam, żeby zrozumiał parę podstawowych spraw. Niestety został wychowany przez dwie kobiety: mamę i babcię, które zawsze i wszędzie wszystko za niego robiły.
Kiedy miałam około 14 lat poznałam tych ludzi. Znajomych- jak to się mówi. Ludzi, z którymi można było pogadać, po imprezować, a nawet zapić się w trupa. Żadne z nich nie wniosło nic do mojego życia. Jeden, który nazywał mnie siostrą nawet mnie okradł. Następna była tak bardzo zakochana w sobie, że uważała, że należy jej się więcej niż innym. Następna była ode mnie uzależniona i nie wyobrażała sobie życia bez mojej osoby. Ktoś inny się ciął. Następny był uzależniony od marihuany. Wymarzone towarzystwo, co? Pochłonęli mnie. Na bardzo długo. Szukałam jakiegoś sposobu by ich zostawić, ale już nie mogłam. Samotność, to najgorsze co może spotkać człowieka. Ale, może ona w porównaniu z nimi nie była taka zła?
Mniej więcej w tym samym czasie zakochałam się. Tak, tak. Zakochałam się razem z tymi wszystkimi objawami. Uginaniem kolan, drżeniem rąk i biciem serca. Jedynie zawsze wiedziałam, co mam powiedzieć. Był świetnym kompanem do rozmowy i wymarzonym partnerem do kłótni. Gdy spędzałam z nim czas nic więcej się nie liczyło. Chłonęłam każdą minutę i sekundę. Wszystkie nasze rozmowy odtwarzałam po tysiące razy. Pamiętałam każde słowo, które do mnie wypowiedział. Kochałam w nim wszystko, jednak on nie kochał we mnie niczego. Nie patrz tak. Byłam już wtedy dużą dziewczynką i poradziłam sobie. Myślę, że dość dobrze. Przez długi czas był jedynym jasnym elementem w moim życiu. Nawet kiedy już go nie było, to właśnie on potrafił powstrzymać mnie przed cholerną jednostajnością dnia. Mógł mnie uratować, ale tego nie zrobił. Miłość, która dech zapiera. O tym marzyłam. Małe, głupie, romantyczne spojrzenie na świat. To się zdarzało każdemu tylko nie mi. Bo ja po Filipie już nie umiałam się zakochać.
Później było chyba tylko gorzej. W końcu ich zostawiłam gdy szłam na studia. Pamiętam, że na studiach się uśmiechałam i to nawet bardzo często. Poznałam trochę ludzi, ale się nie przywiązałam. Nie umiałam się przywiązać. Nawet teraz. Może dlatego nie wyszłam za mąż, nie urodziłam dzieci, poświęciłam się karierze zawodowej i...
-...rozmawiam tylko z tobą.- spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem. Jakby był oszołomiony szybkim skrótem mojego życia. Pomyślałam, że przecież sam chciał tego od dłuższego czasu, ale czasami po prostu lubiłam udawać, że zapominam.- Cholera, mogłeś uprzedzić, że nie chcesz tego słuchać. Równie dobrze mogłabym wziąć butelkę whisky, pójść do przedpokoju i mówić do lustra. Tym samym nie musiała bym tkwić w tym fotelu od paru godzin.- uśmiechnął się, wiedział jak bardzo uwielbiam ten fotel. Siedziałam w nim godzinami. Ktoś kto mało mnie znał mógłby powiedzieć, że zawsze. Sebastian- tak go nazywałam, bo nigdy mi się nie przedstawił zbliżył się i powiedział:
-Pamiętasz jak się poznaliśmy?- jak mogłabym zapomnieć. Było to jakiś rok temu. Od rana się chmurzyło, a ja postanowiłam zrobić szybkie zakupy w najbliższym supermarkecie. Planowałam wyjść dosłownie na 15 minut i wierząc ślepo w swoje szczęście nie wzięłam parasolki. Oczywiście zmokłam. Wpadłam na niego gdy rozpędzona wbiegałam do klatki. Potrąciłam go. Upadł, a ja na niego. Niesamowity był kolor jego oczu. Jakby zieleń otoczona mocno zarysowaną czernią. A może to była czerń zarysowana zielenią?
-Pamiętam.
-Pamiętasz co wtedy powiedziałem?
-„Moja duma uległa naruszeniu. Zapomniałem, że w takich przypadkach trzeba mocno stać na nogach i złapać biegnącą osobę. Zwłaszcza jeśli to kobieta.”- odpowiedziałam.
-A ty na to: „Parasolki zapomniałam”- uśmiechnął się.
-Zawsze potrafiłam wybrnąć z sytuacji, nie sądzisz? A przy tym zrobić z siebie ofiarę.- spojrzałam na zegarek. Była 5 nad ranem. Czyli mieliśmy jeszcze godzinę. Czułam, że dziś jest to nasze ostatnie spotkanie. Zaczęło świtać, a Sebastian jak zwykle podszedł do okna by odsłonić kotarę.
- Nie rób tego, chociaż dziś- odwrócił się, spojrzał na mnie i westchnął. Wiedział jak bardzo nienawidzę dnia, a widok słońca wpadającego do pokoju doprowadzał mnie do szału. Może dlatego rozmawialiśmy tylko w nocy i tylko przy zasłoniętym oknie. Przeczesał palcami swoje długie, ciemne włosy i usiadł obok mnie.
-Aż rok musiałem na to czekać?
-Wiesz, że najpierw musiałam ci zaufać- popatrzył na mnie z rozbawieniem. To zdanie było nie na miejscu. On był moim osobistym, prywatnym Sebastianem i z nikim innym nie rozmawiał.- Znowu popełniłam błąd. Przywiązałam się do ciebie.
-Ktoś jednak mógł z powrotem cię tego nauczyć. Cieszę się, że to byłem ja.
-O czym Ty mówisz?- ze zdenerwowania wstałam i zaczęłam krążyć po pokoju- Ja tak bardzo nienawidzę ich wszystkich. Ludzi z mojej przeszłości i teraźniejszości. Każdego z osobna. A najbardziej nienawidzę siebie, za to, że kiedyś byłam i teraz znów jestem naiwna. I jedyna osoba, która mogę nazwać..- w tym momencie się zacięłam. Nie, nie przejdzie mi to przez gardło. Usiadłam, pochyliłam się i wtuliłam głowę w kolana.
-Przyjacielem?- dokończył. Nie mogłam tego słuchać. Zakryłam uszy rękoma i poczekałam aż nagły napad paniki minie. Po chwili powiedziałam:
-Sebastian, nie możesz. To słowo powinno być zakazane, wszędzie. Takich rzeczy się nie mówi, nie wolno.- zaczęłam się kołysać. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że zaraz nastąpi coś gorszego.
- Kocham Cię, Marto. I mimo, że znam tylko Ciebie jedną nie uważam, żeby to mogło źle się skończyć.- wstrzymałam oddech. Nie jestem uodporniona na tego typu wyznania. Łzy popłynęły mi po policzkach. Nie wiem dlaczego. Może to bliska świadomość rozstania tak mnie rozkleiła, bo naprawdę od wielu lat nie płakałam.
-Chcesz mnie zranić, tak? Sprawić ból. Wiesz, że gdybym mogła wypisałabym ci mandat za użycie tych słów. – rozejrzałam się po pokoju w poszukiwaniu kartki i długopisu, gdyby dalej chciał mówić takie rzeczy.
-Nigdy nikomu nie powiedziałaś, że go kochasz?- o nie. Posunął się zbyt daleko. Nie można o to pytać, przynajmniej nie mnie. Milczałam, a on w tym czasie czekał na odpowiedz. Nie wiem po co, bo w efekcie i tak wszystko wiedział. Pomyślałam jednak, że to nasze ostatnie spotkanie i chociaż dzisiaj nie powinnam się zamykać.
-Długo tak będzie?- zapytałam.
-Już mnie nie potrzebujesz. Wiesz jak się usamodzielnić. Jeszcze nie bardzo umiesz wybrać między dobrem, a złem, ale myślę, że nikt tego nie potrafi. A poza tym było by nudno gdybyś chociaż od czasu do czasu nie uderzyła kogoś w twarz.- uśmiechnęłam się. Kiedyś permanentnie wymierzałam komuś policzek. Po prostu bawiła mnie mina ludzi tuż po takim zdarzeniu. Ale oczywiście w moim otoczeniu wszystkie te osoby na to zasługiwały.
-Nie wypominaj mi, proszę.- dochodziła szósta. Stanął tyłem do mnie. Już myślałam, że chce jak zwykle koło 6 odsłonić okno, ale odwrócił się i zapytał:
-Marta- nie, nie teraz, nie byłam gotowa- czy jest jeszcze coś co mógłbym dla Ciebie zrobić?
-Tak...mógłbyś mi zrobić zakupy w najbliższym supermarkecie, wiesz wystarczą podstawowe produkty. A poza tym pamiętaj o mnie.- teraz patrzyliśmy sobie w oczy.
-To da się załatwić.- powiedział i zniknął. Już nigdy go nie zobaczyłam. Pewnie uznał, że dość dobrze poukładałam sobie dalsze życie. Uwierzyłam w to, że mogę sobie poradzić sama. Długo nie mogłam się otrząsnąć po jego stracie, ale jednak swoim odejściem pozwolił mi zrozumieć coś bardzo ważnego. Mianowicie to, że nigdy niczego i nikogo nie ma się na stałe. Mówiąc: ‘zawsze będę przy tobie’ stajemy się kłamcami. A ja nie zawsze mogłam mieć szanse ułożyć sobie jeszcze życie i być szczęśliwą. Czasami potem płakałam w nocy. Bałam się istnieć bez niego. Bałam się, że nie dam rady. Był moją odskocznią. Z nim wszystko było prostsze. Kiedyś w Małym Księciu przeczytałam: „Wiesz, kiedy jest smutno to kocha się zachody słońca”. Kiedy jest się samotnym, opuszczonym i nienawidzi się wszystkich dokoła kocha się nawet tych nieprawdziwych i wymyślonych przyjaciół.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...