Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*


Miał wrażenie, że w środku jego głowy przetaczają się lokomotywy. Cały dygotał. Za dużo ostatnio pił, prawie nie jedząc. Prędzej czy później dobra znajoma – „madame de Lira” - musiała wpaść w odwiedziny.
Zobaczył jakichś ludzi grających w karty na wiadrze stojącym pośrodku pokoju. Jeden miał głowę jaszczura, twarzy reszty nie widział. Dopiero gdy jeden z nich odwrócił się ku niemu, ujrzał, że zamiast twarzy ma etykietkę Vistuli, ogłupiającej wódki z lat osiemdziesiątych.
- Kim jesteście? – wybełkotał i nie wiadomo czemu dodał - Pociąg odjeżdża o czwartej.
Nie zwracali na niego uwagi. Grali.
Ledwie ustał na nogach, gdy powziął postanowienie, że sprawdzi czy w lodówce nie ma czegoś do picia. Dopił resztkę wódki i dopiero wtedy spostrzegł, że na łóżku śpią ciasno przytulone dwie dziewczyny.
Grający w karty na wiadrze zniknęli. Odetchnął z ulgą i przetarł zawilgocone czoło. Sięgnął po telefon.
- Krystian, jest czwarta nad ranem?! – wrzasnął rozespany Młody.
- Wybacz, Kubuś, że cię obudziłem. Chciałem ci powiedzieć coś ważnego,ale... to nie mogło być nic ważnego, skoro nie pamiętam.
- Człowieku, brzmisz jak ktoś kto się zerwał z terapii w Rybniku. Co się dzieje? Cały czas chlejesz, tak? Jeśli się nie weźmiesz w garść, zadzwonię do Edyty i powiem, że nie jesteś wiarygodnym partnerem do biznesu. Idę spać.
Krystian cisnął telefon w kąt pokoju.
Po powrocie z Tunezji odwiedził mamę, siostry i obie byłe żony. Odświeżony, pięknie ubrany, pełen energii i dobrej woli, już pierwszego dnia omal nie przeżył załamania nerwowego. Wydawało mu się, że wszyscy robią mu na złość, chcąc zdeptać rozbudzonego w nim ducha nadziei.
Mama, mimo olbrzymiego zagrożenia zawałem lub wylewem, popijała piwo, bełkocząc coś o ewentualnej wygranej w Totka, którą obdaruje każdego. Przytulił ją i ułożył do snu.
- Widziałam wczoraj tatę – wymruczała, zasypiając.
Tata Wilhelm zmarł piętnaście lat temu, a wciąż odwiedzał ją w śnie.
Krystian kochał go i nienawidził. Ojciec próbował wychowywać go twardą ręką, chciał zrobić z niego porządnego człowieka, lecz Krystian był na to zbyt leniwy i lekkomyślny. Kiedy pierwszy raz trafił do więzienia, ojciec odwiedził go tylko raz. Na zawsze zapamiętał jego słowa:
- Nie chciołeś schabowych mamy, musisz źryć czorny chleb...
Śmierć wiekowego starca, który spłodził go w wieku ponad pięćdziesięciu lat, zastała go w areszcie w Katowicach. Przeżegnał się ukradkiem i wrócił do picia czaju z kumplami z celi.
Siostry Krysia i Wanda też popijały. Cała rodzinka była popieprzona. A jeszcze Witek, jego rodzony syn, zostawił w domu żonę z dzieckiem i poszedł z kumplami w miasto, jak gdyby miał 14 lat. Czasem ktoś widział go zarośniętego, w brudnym ubraniu, jak przemykał ulicą. Dziwnie nieobecny, unikał ludzi. Krystian wiedział, że to z powodu narkotyków. Obiecał Wandzie, że go odnajdzie i zwyczajnie uciekł. Ze wstydu, z rozpaczu i upokorzenia.
Najgorzej jednak było w domu. Wysypał ze skrzynki stos listów z alarmująco czerwonymi pieczątkami. Poczuł się absurdalnie dumny, że zatrudnia tylu ludzi – sekretarki, windykatorów, komorników.
Otworzył ledwie kilka kopert, po czym wrzucił to wszystko do wanny i podpalił. Nie widział cienia sensu w rozdrapywaniu tej rany.
Stanął pośrdoku swojej klitki, rozejrzał się i zapragnął uciec. Będąc z powrotem na 17 metrach kwadratowych, miał uczucie, jakby wrócił do więzienia. Nie umiał ani przez chwilę być sam.
Trzasnął drzwiami i pobiegł ku schodom. Świeże powietrze natychmiast przywróciło mi lepszy humor.
Na ławce pod trzepakiem siedziało towarzystwo z bloku – dwie pudernice i bezrobotny górnik.
- Co cię tu sprowadza, Krystian? – spytał kąśliwie Zyga.
- Mieszkanie tu mom czy nie? – odparł zaskoczony.
- To się wie, ale tyś biznesy porobił.
- Zrezygnowałem...
Blondynka i ruda, mniej więcej dwudziestoletnie dziewczyny, przyglądały mu się z zaiteresowaniem. Uśmiechnął się krótko.
- Ty, Zyga, nie fandzol, tylko po flaszkę leć.
Poczernione węglowym pyłem oczy spojrzały czujnie. Między innymi dlatego Krystian pracował w kopalni tak krótko. Nie chciał wyglądać jak wąsata kobieta, która skończyła malować oczy, ale o resztę już nie umiała zadbać.
- A co ja twój pomagier jest? – burknął Zyga.
- To leć po trzi. Jedna mało, druga, w sam roz, trzecia z górką bydzie.
- No, jak tak mi godosz, to leca.
Krystian wyjął portfel i dał mu stówę.
Zyga ze zbolałą miną poszedł do sklepu.
- Co jest, laski? Chopów ni mocie?
- Chwilowo nie.
Rozmowa nie kleiła się do końca pierwszej flaszki. Już przy drugiej kwiliły jedna przez drugą, jak gdyby ktoś nagle zdjął niewidzialną blokadę. Właściwie nie miały nic do powiedzenia ani zaoferowania, lecz w jednej chwili stały się dla niego boginiami. Wysłuchał wszelkich prawd o szkole włókienniczej, skurczybykach z osiedla, co tylko o dupie myślą, o marzeniach o lepszym życiu. W sumie to zazdrościł im pewności siebie, klarownych pragnień i celów, choć miał powody przypuszczać, że i tak skończą jako grubawe matrony, wyciągające mężów z knajpy za rogiem. One też wiedziały, gdyby jednak w tej chwili ktoś odebrał im resztki marzeń, mogłyby nie osiągnąć nawet tego.
Krystian specjalnie polewał Zydze dwa razy więcej. Ciepła wódka kładła nie takich gigantów, a Zyga był tylko chłopakiem z osiedla. W połowie drugiej butelki grzecznie przeprosił i z zamglonymi oczami spróbował zmieścić się w drzwiach bloku.
Dziewczyny patrzyły w ziemię, przebierając udami. W tym momencie dżinsowe spódnice wydały mu się bardzo sexi.
- Chodźcie do mnie. Posłuchamy Dżemu.
- Co mosz?
- Wszystkie płyty z Ryśkiem. Reszta mnie nie obchodzi. Ten cały Rozwódzki czy jak mu tam, to ma dżem, ale na kanapce. Lubicie „Słodką”? Jak ten deszcz pada? No! A Sebek już dorósł. Też ma zespół. Idzie w ślady ojca...
Przypomniał sobie o swoim nieszczęsnym synu i zakłuło go w sercu. Jabłka nie padają daleko od jabłoni. Sebastian Riedel grał bluesa, a Witek Tymon ćpał. I porzucił rodzinę.
Zachciało mu się płakać. Potrząsnął głową, by odgonić wzruszenie i łyknął prosto z butelki.
- A ja chodziłem do „Jesionów”. Znałem Ryśka. Niejednego jabola się razem wypiło...
Dziewczyny nie chciały słuchać smutnych, pijackich historii. W rytm „Słodkiej” rozpięły bluzki i opuściły ciężkie spódnice. W bieliźnie nawet mu się podobały, chociaż kłęby włosów wystające im z majtek nie wróżyły za dobrze.
Dosiadały go na zmianę, a on tylko prosił, by uważały na głowy, bo półka meblościanki była o centymetr, o pół, o milimetry...
Nad ranem dopadło go delirum. Dużo łagodniejsze, niż kiedyś bywało, jednak przestraszył się nie na żarty. Zadzwonił do Młodego i nie otrzymał spodziewanej pomocy.
Przesiedział kilka godzin na krześle pod oknem, telepiąc się, niczym operator młota pneumatycznego podczas nadgodzin. Powoli wódka docierała gdzie trzeba, łagodząc skutki przepicia. Wychodził z dołka z przekonaniem, że nie weźmie alkoholu do ust.
Nie zauważył nawet, jak dziewczyny wymykają się cichaczem z mieszkania. Uparcie myślał, że musi jak najszybciej wdrożyć biznesplan z Edytą i Młodym. Najgorsze było jednak to, że żadnen biznesplan nie istniał.

Opublikowano

Jerrronie, nie nerwuj się tak asherku, ludziska mono nie zrozumiały. Padom Ci chopie, fajniście żeś sklecił tyn kąsek :-))). "Madam de Lira" - kurde, mom nadzieja, że jom nigdy nie poznom ;-). A biołe myszy najbardzij lubia oglondać w klotkach :D.
Co do Vistuli... to... jak by Ci to pedzieć, a nie ocyganić - przeżyłach wielko "trauma". Teraz mieszkom w Rybniku :D.
"chociaż kłęby włosów wystające im z majtek nie wróżyły za dobrze" - heheheheh, leża i kwicza. Proponuja skrobnąć coś w rodzaju "Opowieści z czarnej dziury" :D, albo "Ucieczka z buszu :-)))".

Ale teraz bardziej poważnie - tekst, jak wszystkie Twoje teksty to:
- ciekawa treść
- duża doza humoru
- Warszta, Warsztat i jeszcze raz Warsztat.
No, to by było na tyle, pozdrówka/B.

Opublikowano

Asher, jaka olewka? Nie posiadam komputera w domu nad czym ubolewam, jako skromny sklepikarz nie mogę sobie jeszcze pozwolić na ten luksus i nie zawsze mogę sobie zasiąść w domowych pieleszach z ciepłą herbatką i buszować w internecie, niestety muszę robić to w pracy (tylko nikomu nie mów! :) ) i nie zawsze mam na to czas.
Wzoruję się na Twoich opowiadaniach, czytam je i podziwiam jak są dopracowane, przemyślane, jak to już zostało wspomniane WARSZTAT , WARSZTAT I JESZCZE RAZ TALENT. W tym fragmencie prócz kilku literówek nie ma się do czego przyczepić, jest dobrze i wyobraźnia podpowiada obrazy stworzone w tych linijkach, tak jak powinno być w książkach nie tylko opowiadaniach.
Nie wiem jak z tą gwarą, bo ja z Dolnego ślaska, nie z Górnego, o to trzeba by spytać kogoś z Katowic i okolic, troszkę trudniej te fragmenty się czytało, ale gwara ogólnie jest trudna dla kogoś kto jej nie używa. Trudno oceniać, pytaj Bercika. :)
Jeśli chodzi o treść, tak, znajome klimaty, flaszka, marzenia półprzytomne i płacz po alkoholu z niudanego życia, to takie polskie i takie prawdziwe. Jestem na plus, bardzo realne oddanie klimatu. Dobrze sie Ciebie czyta.
Sam puściłem tu dwa swoje teksty, które króciutko skomentowałeś, (za co dzięki) na razie jednak poczekam trochę z pisaniem, poczytam, pośledzę i powzoruje się na innych. Sam siebie ocenić nie potrafię. Czy Ty masz to samo uczucie?
Nie opuszczaj nas!!! Jesteś za dobry, by zniknąć!

Opublikowano

A ja nie czytam Tymona od początku, więc raczej nie zaglądnę do następnych odcinków, bo głupio coś czytać od środka. Niestety nie mam tyle sił żeby czytać poprzednie kilkanaście odcinków z ekranu monitora, a fundusz na tusz mam bardzo ograniczony.
asher, ale ty nie pękaj, ja dostałem tylko jeden komentarz i jakoś nie płaczę. Większość osób olewa komentowanie i nic się na to nie da zrobić. Nikogo do tego nie zmusimy. Może jutro będzie lepiej. Ja dopiero w połowie lutego będę miał czas na komentowanie, ale czytam Twoje teksty (poza Tymonem). Więc spokojnie.

  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne. 

        W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba. 

        Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.

        Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.

        Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.

        Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.

        - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?

        - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy. 

        Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód. 

        - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty? 

        - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…

        - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.

        - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem. 

        Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną. 

        - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…

        - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.

        Ojciec roześmiał się ciepło.

        - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.

        Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.

        - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna! 

        Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.

        - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.

        - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.

        - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon. 

        - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie. 

        - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.

        Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.

        Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności. 

        Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...