Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Miałam zły sen.
Kiedy wyszłam z domu porządkować ogród, moje dzieci rozeszły się w różne strony. Tylko Alma go nie opuściła, pomimo, że została w nim zupełnie sama.
Zaraz za mną wyszedł ich ojciec, nienaturalnie uszczęśliwiony, że może reperować samochód i obdzielić domokrążców odpadami na złom. Właśnie przyszli. Żadne szumowiny, młodzi uczniowie, znajomi moich córek, którzy na wieść, że mają co wziąć, zaniechali odwiedzin, zaczęli biegać po działce przekrzykując nawzajem i w takim galopie zabrali się z towarem.
Nie wiedziałam, że mężczyzna cieszy się z tego co robi najstarsza - Iga, która wyszła na inną część ogrodu, przedzieloną domem.
Za chwilę na podwórko wybiegł najmłodszy - Emilian, i w jakiejś dziwnej złości, ignorującej obecność ludzi zaczął wspinać się na drzewo. Babcia, która wybiegła w pogoni za nim, nie miała nic do powiedzenia ani wnuczkowi, ani swojemu synowi, tylko do mnie zaczęła wyśmiewać zachowanie Emiliana. Nie to ją jednak śmieszyło, że dziecko ucieka na drzewo, ale skąd mu mogło przyjść do głowy, że rodzice go opuścili...
Jego udało mi się zawrócić.
Podeszłam do drzewa i wydając proste komendy nakłoniłam dziecko do opuszczenia się. Było bose i w samych majtkach, więc z umożliwiającej to wysokości zdjęłam je z drzewa i na rękach zaczęłam nieść do domu. Rozmawialiśmy krótko. Do ustalenia, że wszystko jest w porządku, wystarczyło przytulenie.
Dopiero tuż przed drzwiami zauważyłam, że na dworzu jest jeszcze Iga. Nie wyglądała niepokojąco, tylko ta trudność ustalenia, co ona właściwie robi... Stała nieruchomo, odwrócona plecami, jakby coś oglądała. Powiodłam wzrokiem w kierunku wynikającym z jej sylwetki. Niebo. W istocie niezwykłe - czerwone. Pewnie zachód słońca... Jakoś nie zastanowiłam się, że to strona południowa. Tym bardziej nie przyszło mi do głowy, że córka jest zajęta wsłuchiwaniem się w głos skrzeczącej wrony, którą było słychać. Jakby zniecierpliwiona moim zagadywaniem po imieniu: "Igusiu, Igusiu..." Zaczęła zbliżać się w moją stronę. I zobaczyłam. Ona nie umiała mówić. Skrzeczała identycznie jak ptak, którego przed chwilą słuchała... A może żadnego innego ptaka nie było? Twarz czerwona, wzrok błędny, dziki, wpatrzony równo w moje oczy.
To było straszne.
Potem wróciła do przytomności, ale nie wierzyła, że taki stan jej dotyczył. Zrobiła się oschła i nieufna, jakbym wymyśliła sobie pretekst do nieakceptowania jej.
Nie wiedziałam jak powstrzymać straceńca. Wiedziałam tylko, aczkolwiek ze snu nie wynikało - skąd, że regularnie opuszczała dom, nie potrafiąc nazywać do kogo idzie. Zakradłam się za nią, żeby zrozumieć, jakich ludzi córka nie umie identyfikować jako osób, tym samym - przez co tak skutecznie przestawia się jej percepcja i zupełnie zanika tożsamość. To były kobiety nazywające siebie Buddystkami. Wdałam się z nimi w rozmowę, czego chcą od mojego dziecka. Zdążyłam usłyszeć tylko przykazanie, że nie mogę Idze ograniczać wolności... Potem ich mowa stawała się coraz cichsza, aż pomyślałam, że znowu zatkały mi się uszy, co mi się czasem zdarza.
Iga biernie przysłuchiwała się tej rozmowie siedząc na krześle, jak jej nauczycielki. Wcale nie widać było, żeby umiała wysnuć wniosek, iż zarzuty pod moim adresem pochodzą tylko z rozstrzygnięć, których dokonuje sama. Nikt poza nią ich nie stawiał, bo wygłaszano nie mające potwierdzenia truizmy. Wiedziałam, że będę musiała ją z tymi kobietami zostawić, żeby mogła rozpoznać źródło swojej wolności sercem, skoro rozumem już nie potrafiła.
Z jej oczu zaczęło wyzierać zatrzymywanie się pamięci, więc nachyliłam się jeszcze nad nią zacałowywując jej twarz i przypominając jej własne Imię. Pomogło. Teraz nie stała się wroną. Ale i tak nie zrozumiała, że stoczyłam walkę o jej wolność. Została z trzema kobietami.
Kiedy odeszłam, mogłam już tylko płakać nad tym co się z nią stanie. I płakałam. Tyle też pomogło, wiedziałam, chociaż nie widziałam dziecka.
Tylko że ja nie mogłam płakać bez końca, tak jak bez końca całować. Natchnęło mnie, że powinnam jeszcze urządzić sąd tym kobietom w obecności Igi. Wygarnąć im co one z nią robią i czego pozbawiają. Mój sąd byłby oparty na konkretach i osobowy, więc to nie Iga musiałaby w nim roztrzygać, tylko Buddystki znaleźć sobie usprawiedliwienie. Zasłonić się jej wolą przy niej, dopóki jeszcze umiała słuchać, a nie tylko słyszeć hałas ludzkiej mowy.
Wróciłam do kobiet opowiedzieć Im co robią, jakie szkody wyrządzają.
Po moich pierwszych słowach zwarły szyk siedzących przy sobie ściśle jedna obok drugiej, aż ich sterczące loki na głowach, zaczęły się ze sobą stykać.
Gdy zgodnie wytrzeszczyły oczy na mnie, pomyślałam, że chcą tak uważnie słuchać, żeby dobrze przygotować własną mowę. Niepotrzebnie mierzyłam podług siebie. Ledwo powiedziałam coś o ich przeznaczaniu Igi na śmierć, a już musiałam zweryfikować swoje mniemanie - to nie były spojrzenia słuchaczek, tylko mówczyń. Nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Nie mogłam ubiec trzech jędz w tym co miałam do powiedzenia, bo najpierw układałam to w myślach. Im niczego nie miałam do powiedzenia wprost z serca. W ogóle nie do nich przyszłam. Przegrałam przyjmując ich strategię.
W okolicy krążyła opowieść o starcu, który kiedyś uratował chłopca przed nimi, chowając go w schowku zamaskowanym kasetonem na ścianie. Pewnie opowiadano tak o moim pierwszym dziecku, już dorosłym, chociaż we śnie nie zastanawiałam się nad tym. Jakiś znajomy zaprowadził mnie na uczelnię, żeby ów schowek pokazać. I okazało się, że jestem studentką owej uczelni, tak samo jak kobiety-Buddystki, i w zasadzie wszyscy mieszkańcy miasteczka, a starzec jedynym jej nauczycielem, rektorem. Należało tylko poinformować go, że Iga jest w niebezpieczeństwie, żeby te kobiety same uciekły... Ale napięcie wyczekiwania na jego obecność na sali wykładowej obudziło mnie i nie osiągnęłam celu.

Opublikowano

Szczerze?
Za dużo zaimków, słów używanych w złym kontekście, gdzieniegdzie powtórzenia... Trudno zrozumieć, o co Ci chodzi.
Faktycznie zły sen. Ale jak dla mnie - raczej na minus, niestety. :(

Pozdrawiam, R.

Opublikowano

Najczesciej nie obchodzi mnie ilosc zaimkow, kontekst i inne techniczne pierdoly, ale sam "wyglad" i tresc. Na poczatku zapowiadalo sie ciekawie, ale jesli faktycznie byl to sen, to moglas troche go przeredagowac, zeby mialo glebsze przeslanie. Od srodka do konca nie chce sie czytac, jezyk jest mniej literacki. Dla mnie srednio, przecietnie, a to gorzej niz zle.

Opublikowano

Chodziło mi wyłącznie o definicję słowa - proza. Skąd się wzięło, że jest ono identyfikowane z fikcją literacką? O przerobieniu tego rzeczywistego snu w beletrystykę najpierw myślałam, a potem odpóściłam. Jest w tym coś frapującego, że sny rzeczywiste idzie identyfikowć.
Z Tian tian jeszcze nie przeczytałam nic, ale jeśli będę wolniejsza, to napewno to zrobię, jak niejedną zaległość, chociaż z komentarza czytam, że to fantazy, a więc coś do czego serca nie mam... Jednak głębsze przesłania mnie pociągają i jeśli tylko nie przeszkadza im forma, to niechby były i z wampirami w tle, i od człowieka, a nie - Pana Boga.

Opublikowano

AJ nie pisze fantasy, tylko umieszczam moja filozofie w narkotycznych klimatach:) Z jakiego komentarza to wywnioskowalas? Proza to cos, z czego przeslanie mozna wyciagnac bezposrednio, czego nie mozna rozumiec inaczej niz jest, nie wiem jak to powiedziec:) Mowie, na poczatku opowiadanie fantastyczne, a potem... Ale ja krytykiem dzieki Bogu czy tam komu nie jestem.

Opublikowano

Nie zawsze można wyciągnąć przesłanie od razu.
Mam jeden tekst, którego ktoś nie zrozumiał. Kiedy mu wytłumaczyłam na spółkę z Oxyvią, o co w nim chodzi i na jak wiele sposobów można go odczytać, to się obruszył i ze złością powiedział, że "można się tu doszukiwać i dwdziestu den. Tylko po co?" Nie pamiętam, jak ta wypowiedź brzmiała w oryginale, ale taki miała sens.
Wniosek - bywa i tak, że prozy nie odczyta sie za pierwszym razem. :)

Te zaimnki i inne pierdoły to właśnie wygląd utworu. Jego przejrzystość i czytelność. Zgadzam się, że dobrze by było ten sen nieco przeredagować i pogłębić.

Pozdrawiam, R.

P.S. Swoją drogą - dobra fantasy nie jest zła. A jeśli jeszcze dzieje się w naszym świecie, lekko podkoloryzowanym przez dodanie utopców, wampirów, czarnej magii i innych takich... Miodzio!
I - wbrew pozorom - czasem tam też można się doszukać głębszych przesłań.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Już jestem po zaznajomieniu z twórczością Tian tian i widzę, że powinnam być z siebie dumna, iż udało mi się pogodzić dwujkę niezawodnych krytyków w tej witrynie. Jeszcze jakby Wam starczyło wyobraźni do kreowania takiej literatury, której satysfakcjonujące ramy tak sprawnie określacie (głównie Rhianion), to przynajmniej byłoby się na czym uczyć...

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Znaczy - do pisania fantasy? A nie starcza mi wyobraźni? Nie piszę fantasy? Wczytaj się głębiej. Nie jest to na poważnie, ale ewidentnie da się to umieścić w tych ramach. No, chyba, że źle Cię zrozumiałam...
A czemu głównie ja?
W sumie - wyczuwam w Twoim komencie pewną wrogość... Jakbys nam powiedział "może się jednak odwalcie. Najpierw zacznijcie sami pisać takie rzeczy, bez takich błędów, jakie mi zarzucacie, a potem się produkujcie pod innymi twórcami!"...Ale może się mylę?

Pozdrawiam i niecierpliwie czekam na odpowiedź...
R.
Opublikowano

Ależ ja Cię bardzo cenię jako komentatora i właśnie o tym napisałam, podkreślając Twoje zasługi w stosunku do Tian tian. Jesteś ożywczym elementem tego adresu, swoistą gospodynią na swoim podwórku, która bankowo odezwie się do każdego. Da się wyczuć, że bardziej lubisz zawierać tu znajomości i dyskutować, niż pisać.
Rozumiem, że masz poczucie humoru, aczkolwiek ono mi się nie udziela.
Co to odbioru mojego przesłania, to kwestie indywidualne i jeżeli widzisz moją wrogość, to tak powinno zostać. Najważniejsze, że uważasz, że umiesz pisać tak, że łatwo "zrozumieć, o co Ci chodzi" i nie powtarzasz słów (jak np. ja tutaj - że), a przy tym padają one we właściwym kontekście...

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

A, tu się mylisz. To, że mało wstawiam, nie wynika z tego, że nie lubię pisać, tylko z tego, że nie mam na to ani czasu, ani weny. I wychodzę z założenia, że nie ma sensu wstawianie tu czegokolwiek, byle było.
A nie jest tak? Jeśli jest - uświadom mi to. Postaram się poprawić.

Pozdrawiam, R.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
    • @Charismafilos  wiersz nie jest o tym:)) .Zaskakujące skojarzenie ;) Dziękuję  @Marek.zak1

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Dziękuję, nie znałam tego. Sprawdziłam i rozumiem aluzję . Spokojnej nocki;))  @Mel666 Bardzo trafne odczytanie.  Serdecznie dziękuję.  Uściski.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @wiedźma nie wiem czy się nie mylę, ale dla mnie jest to wiersz o przemocy. Psychicznej, fizycznej....ale ukrytej. Tak o nim mysle po pierwszym czytaniu. Jest świetny!
    • ?trwałość pamięci*   upłynnij wymowę cz chupa chups w kwiatek czy chmurkę   od lat podnosi  poziom serotoniny staś dla nel zdobyłby chupsa zamiast chininy    logo zbyt  późno powstało avida słodycz salvadora dolar   galowe logo którego nie czupiają się zegary co zostało  osiemdziesiąt dziewięć    przełom zabrał malarza cukierek poszedł do kosza  papierek pozostał  w dłoni   * Nawiązanie do tytułu jednego z obrazów S.Dalego.
    • @Poet Ka i dziękuję za wszystkie lajki i komentarze. Wiele dla mnie znacza
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...