Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Decyzja przyszła z wewnątrz, niczym nagłe oświecenie. Poruszyła moimi ustami, układając je w grymas przypominający uśmiech. Walczyłem z nią, nie dając ponieść się emocjom. Umysł wziął serce i potrząsnął nim energicznie. Mówił coś o rozsądku, zupełnie bezsensownie.
Poszedłem więc, po śladach cudzych butów odciśniętych na śniegu. Po śladach spadających łez, zamarzniętych na chodniku. Poszedłem tam gdzie mi mówiono, w miejsce, skąd wraca się innym. Ale podjąłem tą decyzje sam. Tygodnie i miesiące taplania się w prozaiczności wszystkiego co mnie otacza wytworzyły we mnie obrzydzenie zarówno do tego co pięknie, jak i tego co obrzydliwe. Wypite litry, w znamienitym towarzystwie, za każdym razem działały tak samo. Z każdym łykiem czułem smród i wstręt, a osoba z drugiej strony stolika oddalała się ode mnie z taką szybkością że, można by odnieść wrażenie że kiedyś musiała być blisko. Nigdy nie była, obojętnie kim była.
Jednakże to oni wszyscy mówili mi o tym miejscu. Widzieli moją ucieczkę. Darli się niedosłyszalnym przez mnie głosem: "idź tam". A ich oczy dopowiadały "i nie wracaj".
Poszedłem. Prawdę mówiąc, spodziewałem się czegoś monumentalnego. Najlepiej wielkich dębowych drzwi, zimnego wnętrza pachnącego mądrością i doświadczeniem, czyli po prostu grzybem. Nic z tych rzeczy, było jasno i ciepło, a szklane drzwi otwarły się przede mną same. Wtedy już zawracałem. Momentalnie zmieniłem kierunek, wyzywając się od konserwatywnych głupców. Ale nie zawróciłem, jak sądzę z powodu wzroku jaki wlepiła we mnie stara kobieta siedząca na krześle. Gdy już zwalczyłem zmieszanie i niepewnie ruszyłem do wnętrza, przestała się mną interesować. Wróciła do niezidentyfikowanej lektury, schowanej skrzętnie, w starannie wykrojonej okładce zrobionej z gazety.
Byłem więc sam. Pomieszczenie było podłużne i dość szerokie. Na jednej ścianie znajdowały się automaty, różnej wielkości. Na drugiej były stoły, kosze i powieszony na ścianie automat do rozmieniania pieniędzy. Podszedłem do niego i zacząłem czytać instrukcje, wiszącą obok na ścianie. Punkt za punktem, dowiadywałem się o tym aby nie wkładać palców gdzie nie trzeba, ubrania trzymać w koszach i że w tym oto miejscu...
Ktoś szturchnął mnie ramieniem! Musiał stać za mną już dłuższą chwilę. Wyglądał na osobę spokojną i anemiczną. Jego wątły oddech był niemal niewyczuwalny. Jedynie oczy zdradzały niepokój. Bez słowa odepchnął mnie od blaszanego urządzenia i włożył do niego dziesięciozłotówkę. Zazgrzytało. Po czym na dole pojawił się plastikowy kubek, który z brzękiem wypełnił się dziesięcioma złotowymi monetami.
Tego jeszcze nie doczytałem, chcąc jednak uniknąć kolejnej niemiłej sytuacji, związanej z blokowaniem maszynki do rozmieniania pieniędzy, zrobiłem to co nieznajomy. Po chwili stałem z kubeczkiem pełnym złotówek. Podpatrywałem dawnego agresora, starając się ukryć moje niezdecydowanie. Ten nie zwracał na mnie uwagi, byłem dla niego tylko chwilową, łatwousuwalną, przeszkodą na drodze do... no właśnie do czego?
Nieznajomy powoli się rozbierał. Po kolei kolejne części garderoby lądowały w koszu, składane starannie, lecz bez pietyzmu. Gdy zdjął slipy zastygł i popatrzył na mnie. Zdałem sobie sprawę że, od kilku minut w bezruchu przypatruje mu się uważnie. Każdy kawałek mojego ciała poczuł jednoczesny napływ wstydu. Nieznajomy, do dziś nie wiem co chciał mi przez to przekazać, uśmiechnąć się tylko i odwrócił do swojej maszyny.
Pomyślałem że powinienem zrobić to samo. Automaty były w różnych rozmiarach, pełne pokręteł, przycisków i różnorakich lampek. Kątem oka oceniłem wzrost i budowę ciała nagiego towarzysza. Był chudszy, aczkolwiek niższy. Koniec końców byliśmy podobni. Podczas gdy ja oceniałem wielkość automatu on kilkoma zwinnymi ruchami znalazł się w swoim.
Pozwoliłem sobie podejść do jego pralki. Obracał się w niej powoli a na jego twarzy malował się coraz wyraźniejszy uśmiech. Miał zamknięte oczy, nie krępowałem się więc stanąć centralnie przed automatem. Bęben obracał się teraz szybciej, szumiąc uspokajająco. Podpatrzyłem na tablicę rozdzielczą. Temperatura 25 stopni. Czas 15 minut. Wilgotność 20%. Eliminacja: ból, wspomnienia, uczucia - z wyszczególnieniem dokładnego wyprania uczucia miłości.
Uznałem że to jest to! Szybko wróciłem do swojej pralki, powciskałem kilka przełączników, oprócz wcześniej podpatrzonych ustawień zapaliły się także: przywiązanie współczucie i dobroć. Ta ostatnia miała jeszcze dodatkowe pokrętło stopnia eliminacji. Podkręciłem maksymalnie. Koniec z dobrocią.
Z podnieceniem zacząłem zdejmować kolejne ciuchy, w międzyczasie wrzucając złotówki aż znajdujący się na pralce licznik poinformował mnie że: "już wystarczy". Chcąc ukryć podekscytowanie, starałem się robić to wszystko jak najwolniej i najspokojniej. Koszule i spodnie złożyłem nawet w koszu. Później już nie wytrzymałem a reszta ubioru wylądowała w nim ciśnięta z furią.
Najpierw jedna, potem druga noga wylądowały w gorącym wnętrzu. Jeszcze tylko ręce, swobodny unik głową i drzwiczki się zatrzasnęły.
Uczucie gorąca stawało się coraz milsze a bęben sycząc wprawił się w ruch. W tym samym momencie do pralni wpadł tęgi jegomość. Ze łzami w oczach podbiegł do pralki obok. Zapadałem w sen. Umysł coraz śmielej oddawał się jawie zwiastującej odpłynięcie na głębokie wody. Ostatnim co usłyszałem, było łkanie przybysza, brzęk wpadających do pralki monet i strzykanie raptownie naciskanych przycisków.
Płynąłem w krainie ekstazy, ciesząc się swoją nagością. Bawiłem się otaczającymi mnie wstęgami kolorów, wypływających ze mnie. W rytmicznym tańcu pełnym obrotów, oddałem z siebie wszystko wysysającej toni. Czułem się piękny i czysty, z każdą chwilą bardziej upajając się wewnętrzną pustką. Sen trwał nieskończenie długo, kończył się zaś bajecznie beznamiętnym dryfowaniem w czarnym bezmiarze pustki.
Ubierałem się energicznie! Stałem wyprostowany i napięty, gotowy na kolejną bitwę z raniącą rzeczywistością. Odchodząc, zauważyłem porozrzucane ubrania sąsiada. Pełen wścibskości, tak, tego uczucia wyprać zapomniałem, spojrzałem na jego opuchniętą z bólu twarz, obracającą się w kojącym wirze. A na tej twarzy, uśmiech.
Patrząc dziękczynnie na moją pralkę zauważyłem też że zapomniałem wyzbyć się miłości... zapomniałem albo nie miałem odwagi, przecież wiedziałem że ona odnowi we mnie wszystkie inne uczucia. Spuściłem wzrok wiedząc że tylko ona się dla mnie jeszcze liczy. Automatyczne drzwi wypuściły mnie z powrotem na świat.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Witam

A propos Langsuyar'a. Jest to malazyjski wampir pożerający niemowlęta. Fernando nie wziął swojego nicka z nikąd. Tak szybko z resztą jak go przybrał to porzucił, tuż po nagraniu SP Under The Moonspell. O czym świadczą jego wypowiedzi "nie chce się z tą nazwą już identyfikować". Zważywszy więc na znajomość historii Langsuyara (wampira) moją slabość do Moonspella i fakt porzucenia nicka przez Fernando postanowiłem takowy przybrać... a nie jest to rzecz powszechna o czym świadczy nikła ilość polskich i zagranicznych Langsuyarów .... tak więc jest to mój nick od wielu lat i nie zamierzam zaprzestać się nim identyfikować.

Pozdrawiam

Opublikowano

Dzięki za wyjaśnienie swojej motywacji, w sumie przeczytałem mój post i brzmi
on dość agresywnie (może to przez słowo perfidny :D). To miał być apel
o oryginalność, a wyszło na oskarżenie. Chodziło mi tylko o to,
że ludzie rzadko kierują się kreatywnością jeśli chodzi o swoje
pseudonimy. Powielamy wciąż standardy, narzucając
skojarzenia, które sprowadzają naszą twórczość do jednego,
powielonego słowa. Dla przykładu: kiedy zobaczyłem Twój nick
od razu do głowy wskoczyły mi różne skojarzenia
związane z Moonspellem i Fernando. Zdaje się to być niepotrzebne.

Ale oczywiście nie chodzi mi o to, że MASZ przestać identyfikować się
z tym nick'iem :).

Ogólnie temat wpływu pseudonimów, autorów i tytułów na tekst
jest bardzo ciekawy...

Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...