Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dnia pewnego przyszedł do mnie Wen, zanim sobie poszedł powstał poniższy tekst. Zachęcam do przeczytania.

Świat magii przeplata się ze światem realnym. Opowiadanie przypomina trochę baśń, gdzie jest odwieczna walka dobra ze złem. Niczego nie należy traktować dosłownie. A teraz zapraszam do mojego świata.



Za betowanie tekstu dziękuję Filoty Evans [Forum Mirriel].



Tylko dobrzy umierają młodo

Ciężki, terenowy Hummer skręcił z Puławskiej w Rakowiecką. Młody, czarnowłosy mężczyzna siedzący za kierownicą nucił pod nosem melodię płynącą z radia. Na przednim fotelu, obok kierowcy, siedział potężnie zbudowany pasażer, a rozparta na tylnym siedzeniu kobieta uśmiechała się do siebie.

- Ciągniemy za sobą ogon - mruknął kierowca. Nie wiadomo skąd w rękach pasażerów pojawiły się czeskie skorpiony. Samochód przyśpieszył, zmierzając prosto do bezpiecznego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Nagle jakiś wóz dostawczy zajechał im drogę. Seria z kałasznikowa przejechała po oponach Hummera i samochód stanął w poprzek ulicy. Pasażerowie usiłowali wydostać się z wozu. Jeszcze łudzili się, że dopadną bramy. Seria z AK 47 rzuciła pasażerkę z tylnego siedzenia na bok samochodu zaraz po tym, jak udało jej się wysiąść. Umarła, zanim upadła na ziemię. Pasażer z przedniego fotela miał utrudnione zadanie, bo musiał wysiąść z tej strony, z której strzelano. Po kilku głębszych oddechach otworzył drzwi. Krótka seria z trzymanego w rękach skorpiona przeleciała po dostawczym busie, skutecznie uciszając karabiny napastników. Obiegł samochód i, chowając się po drugiej stronie, szybkim ruchem wymienił magazynek. Kierowca też trzymał w ręku pistolet. Chociaż nigdy nie lubił nosić przesadnie dużo broni, teraz pluł sobie w brodę, że nie wziął nawet uzi albo skorpiona. Wychylił się zza maski samochodu i oddał kilka strzałów w środek grupy napastników. Niestety żaden z mężczyzn nie zauważył innych postaci zachodzących ich z boku.

Dwóch atakujących przekradło się do zniszczonej terenówki. Ukryci za potężnymi kołami spojrzeli na siebie. Krótko skinęli głową i szybko obiegli samochód. Usłyszawszy szelest ich kroków kierowca odwrócił się i, widząc głowę napastnika wynurzającą się zza maski samochodu, oddał dwa strzały. Jego towarzysz nie zdążył. Seria z kałasznikowa prawie przecięła go na pół. Po chwili jednak iglica uderzyła w pustkę. Magazynek był pusty. Kierowca wykrzywił wargi w złośliwym uśmiechu i pociągnął za spust. Ciało bandyty upadło bezwładnie na jezdnię. Upojony zwycięstwem mężczyzna zbyt późno się obrócił i nie miał żadnych szans na ucieczkę ani obronę. Napastnik strzelił z bliskiej odległości prosto w pierś. Człowiek osunął się powoli na ziemię. Z daleka słyszał odgłos syren. Poczuł przejmujące zimno. W oddali zobaczył światło, które z każdą chwilą przybliżało się i przybliżało. Zobaczył w nim znajomą postać. Gdyby ktoś znalazł się teraz obok niego, usłyszałby, jak z błogim uśmiechem szeptał imię ukochanej - Madeline. Świetlista istota uśmiechnęła się do niego. Nie czuł już bólu. Znalazł się po tej drugiej, szczęśliwszej stronie.


**** Kilka godzin później ****


Młoda, wysoka blondynka o kształtnych biodrach i pełnych piersiach krzątała się po mieszkaniu, zadowolona. Już od dawna czuła coś do Michaela, a dzisiaj on zapytał, czy dziewczyna ma ochotę się z nim spotykać. Z rozmarzeniem sięgnęła po pilota i włączyła telewizor. Akurat nadawali wiadomości. W miarę słuchania głosu spikera jej oczy stawały się coraz bardziej przerażone. - Nie, to nie możliwe, nie on, proszę - szeptała do siebie.

Wiadomości faktycznie były przerażające. Jeszcze raz usłyszała powtórzony komunikat:
– Dzisiaj w godzinach rannych pod gmachem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji zostało zamordowanych trzech współpracowników oddziału wydzielonego Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który jest odpowiedzialny za przechwytywanie i rozszyfrowywanie łączności pomiędzy ugrupowaniami terrorystycznymi mogącymi zagrażać Polsce. Dwóch mężczyzn i kobieta współpracowali z ABW przy łamaniu szyfrów. Byli najlepsi w swoim fachu. Jest to duża strata dla Agencji. Komuś zależało na tym, aby ich uciszyć. Dzisiaj śmierć ponieśli Michael van der Erst, Agatha Simons i Thomas LaVey. Łączymy się w żalu z rodzinami, które straciły swoich bliskich.

Blondynka starała się za wszelką cenę powstrzymać drgającą szczękę, ale po chwili poddała się i po prostu wybuchnęła głośnym, spazmatycznym płaczem.


**** Kilka dni później, Cmentarz Wojskowy na Powązkach ****


Przybywali z różnych stron świata. Znali zamordowanych bardzo dobrze, wiele razem przeszli. Od strony głównej bramy do miejsca ceremonii kierowała się grupa ubrana w średniowieczne stroje. Wydawali się trochę nie na miejscu, ale gdyby w pobliżu znalazł się ktoś zorientowany w symbolach zakonów rycerskich, rozpoznałby w przybyłych gościach członków Zakonu Kawalerów Maltańskich. Zaraz za nimi przybywali ludzie w mundurach różnych oddziałów.

Obserwujący wszystko dziennikarz, który miał relacjonować uroczystość, przyglądał się ze zdziwieniem pojawiającym się wojskowym. Widział mundury Marines i spadochroniarzy ze Stanów Zjednoczonych. Domyślał się, że w tych ostatnich kryją się członkowie amerykańskiej Delty. Obok nich stali Francuzi w wyjściowych mundurach, spadochroniarze i Legia Cudzoziemska. Rozejrzał się. Brytyjczycy z SAS, Rosjanie z Alfy, Hiszpanie, Włosi, Grecy. Zawirowało mu przed oczami, ale jego wzrok przyciągnął ostatni, stojący trochę na uboczu oddział. Jako jedyni byli ubrani w polowe mundury. Przyjrzał się bliżej i zobaczył błyszczące, pułkownikowskie orły na kołnierzu munduru. Wciągnął głęboko powietrze. Oto miał przed sobą osławiony oddział pułkownika Aleksiejewa, najlepszych najemników obecnych czasów, nazywający siebie "psami wojny". Dziennikarz wiedział, że ta ceremonia będzie niezwykła.

Od strony cmentarnej bramy do miejsca uroczystości zdążały trzy armatnie lawety, każda zaprzężona w czwórkę karych koni. Na lawetach stały okryte flagami trumny. O każdą oparto tarczę z namalowanym herbem. Towarzyszący orszakowi żołnierze przestawili trumny na przygotowany cokół i stanęli obok nich na baczność. Ksiądz podszedł do ołtarza.

- Kochani, zebraliśmy się tutaj, aby pożegnać naszych przyjaciół, kolegów, rodzinę. Wszyscy straciliśmy kogoś bliskiego. Ale nie możemy się poddawać. Osobiście miałem zaszczyt znać całą trójkę. Nigdy nie odwracali się od potrzebującego, zawsze chętni, aby nieść pomoc. Opowiem wam pewną sytuację najlepiej oddającą ich zdolność do poświęceń. Działo się to dawno temu. Byliśmy wtedy z misją pokojową na Kaukazie. Nasz konwój został ostrzelany pod Gudermesem. Z obozu sił pokojowych KFOR wyjechała odsiecz, ale nie było żadnych nadziei na to, że zdążą na czas. Nagle nasz radiowiec odebrał wezwanie od niezidentyfikowanej radiostacji z żądaniem podania koordynat GPS. Po konsultacji z dowódcą konwoju 'radzik' podał namiary tajemniczemu rozmówcy. Tymczasem nam kończyła się amunicja. Napastnicy podchodzili coraz bliżej. Wtedy zza wzgórza wyskoczyły dwa śmigłowce Hind i transportowiec Osprey. Stojący koło mnie dowódca konwoju zmartwiał. Właśnie przybywały posiłki dla atakujących. Jakież było nasze zdziwienie kiedy Hindy przeleciały nad nami i otworzyły ogień do napastników. Transportowiec wylądował. Otworzyły się luki i wyskoczyło kilkanaście postaci z bronią automatyczną. Mężczyzna w lotniczym kombinezonie zaczął nas zaganiać do samolotu. Kiedy wszyscy weszliśmy, usłyszałem kobiecy głos wzywający oddział do powrotu. Po chwili wpadli do transportowca, a ostatni zatrzasnął za sobą właz. Ogromne rotory na końcach skrzydeł Ospreya obróciły się do pionu i samolot wzniósł się w powietrze. Odstawili nas do obozu. Ta sama kobieta rozmawiała chwilę z dowódcą obozu. Niebawem odlecieli. Dopiero znacznie później, kiedy po powrocie do kraju składaliśmy wyjaśnienia w ABW i Agencji Wywiadu, spotkałem ich ponownie. Szli po prostu korytarzem rozmawiając między sobą. Stałem do nich plecami, dyskutując z jakimś oficerem na temat wydarzeń w Gudermesie, kiedy usłyszałem kobiecy glos łudząco podobny do tego, który pamiętałem. Odwróciłem się błyskawicznie i wtedy poznałem całą trójkę. Oficer, z którym rozmawiałem, zauważył moje zachowanie i uśmiechając się powiedział do mnie, że to właśnie Michaelowi zawdzięczam, iż rozmawiamy. Nikt miał nie wiedzieć o ich przelocie, ale zdecydowali się narazić siebie, żeby nas uratować. To dzięki im jestem tutaj z wami i obiecuję, że zrobię wszystko aby tych, którzy to zrobili, spotkała zasłużona kara.

Kiedy ksiądz zakończył swoją przemowę, na mównicę ustawioną koło ołtarza wszedł jeden z rycerzy będących na pogrzebie. Przez chwilę stał, nic nie mówiąc, a potem jego głos potoczył się po okolicy.

– Największą cnotą rycerza i szlachcica jest honor. Cała trójka odznaczała się nim w sposób nadzwyczajny, co zresztą mogliśmy usłyszeć w poprzedniej opowieści. Michael i Thomas należeli do Zakonu Kawalerów Maltańskich. Obydwaj byli Mistrzami Miecza. Na taki tytuł trzeba długo pracować. Oni byli w tym najlepsi. Nauczyli nas pokory, studiowali też z innymi członkami średniowieczne traktaty, dzięki którym mogliśmy poznawać szkołę szermierczą tamtych czasów. Dzisiaj leżą przed nami w trumnach i choć niedługo pochłonie ich ziemia, to pamięć o całej trójce będzie wiecznie żywa w naszym stowarzyszeniu, a zaginie dopiero, kiedy ostatnich kawaler maltański zamknie swoje oczy, aby przejść na drugą stronę – tam gdzie znajdują się teraz nasi przyjaciele. Ból mój i moich współbraci jest tym większy, że wraz z nimi urwały się trzy rody szlacheckie - mężczyzna zszedł z mównicy i stanął koło trumien. Podniósł do góry tarczę przedstawiającą złotego gryfa na niebieskim tle. - Wraz z twoją śmiercią, Agatho Simons, zakończył się szlachetny ród rycerski, którego szlachectwo potwierdził Henryk II. Przez prawie tysiąc lat członkowie twojego rodu stawiali się na bitwy zawsze, kiedy król wzywał. Dziś nadszedł ten mroczny czas, w którym po raz ostatni możemy oglądać herb twojego rodu. Wraz z tobą, Agatho, pochowamy tarczę herbową twej szlachetnej rodziny.
Mężczyzna mówiąc to, przełamał tarczę i odłożył na trumnę.

Przesunął się kawałek dalej. W jego rękach znalazła się tarcza o złotym tle. Namalowany był na niej herb przedstawiający czerwonego smoka, symbol LaVey'ów.
- LaVey'owie byli rodem sięgającym swoimi korzeniami do mrocznych czasów średniowiecza. Mówiliście zawsze, że to Artur nadał wam prawa szlacheckie. Nieraz spotykaliście się przez to z szykanami, ale dzisiaj wiemy, że była to prawda. Od piątego wieku po narodzeniu Chrystusa stawialiście się na królewskie wezwania. Kiedy umarli twoi rodzice, Thomasie, mówiliśmy Ci, żebyś znalazł żonę, która urodzi syna mogącego zapewnić kontynuację rodu. Nie posłuchałeś nas. Dziś z przykrością to robię, ale takie jest Prawo i tak nakazuje Tradycja. Żegnaj, Thomasie LaVey, Mistrzu Miecza, kawalerze maltański, który zawsze pokazywałeś, że Cnota, Męstwo i Honor są najważniejsze - mężczyzna przełamał kolejną tarczę i odłożył ją na trumnę.

Stanął przy ostatniej. Do ręki wziął granatową tym razem tarczę z trzema złotymi liliami. W jego oczach pojawiły się łzy. Dziś żegnał troje przyjaciół. Co prawda tylko dwoje należało do Zakonu, ale kochał ich wszystkich tak samo. Po chwili opanował się. Zaczął mówić mocnym głosem. – Ród LaVey był bardzo stary, ale ten sięga swoimi korzeniami starożytności. Co prawda ich szlachectwo zostało potwierdzone dopiero w czwartym wieku, ale już wcześniej był to klan bogaty i znamienity. Dzisiaj kończy się przedostatnia z jego gałęzi. Michael van der Erst zginął tak jak zawsze pragnął, w walce. Przez całe swoje życie pokazywałeś wszystkim co jest najważniejsze. Nieraz mówiłeś o tym, jak sobie wyobrażasz Drugą Stronę. Zawsze powtarzałeś, że ona będzie tam na ciebie czekać. Nie wiem, czy w chwili śmierci przyszła po ciebie, aby pomóc w przejściu przez niewidzialną granicę pomiędzy światem żywych, a światem umarłych. Nie wiem, który z nas miał rację na temat tego, co zastaniemy po drugiej stronie. Czy ty, mówiąc o Wielkiej Światłości, do której wszyscy kiedyś dołączymy, czy ja mówiąc o Bogu, który wita wszystkich w Niebie. Dowiem się tego, co ty już wiesz, kiedy umrę. Dzisiaj mogę tylko powiedzieć: żegnaj, Mistrzu Miecza, żegnaj kawalerze maltański, żegnaj Michaelu van der Erst. - Kiedy mężczyzna skończył mówić, przełamał tarczę herbową i odłożył na trumnę. Dwóch zakonników podeszło do niego i pomogło mu usiąść.

Na mównicy pojawiali się kolejno dowódcy oddziałów przybyłych na ceremonię. Wszyscy opowiadali, jak wspaniałymi osobami byli zmarli, wszyscy obiecywali zemstę odpowiedzialnym za zamach. Wreszcie przed tłum wyszedł mężczyzna ubrany w polowy mundur. Na kołnierzu błyszczały pułkownikowskie orły. Aleksiejew zaczął swoją przemowę.

- Całą trójkę znałem bardzo dobrze. Nieraz spotykaliśmy się w różnych częściach świata, z reguły po przeciwnych stronach. Oni, pilnujący porządku i my, najemnicy, którzy chcieliśmy ten porządek burzyć. Aż do naszego spotkania w Kolumbii. Była noc. Wystawiłem warty wokół obozu. Następnego dnia mieliśmy zaatakować składowisko z narkotykami kartelu z Medellin. W nocy obudził mnie jeden z moich ludzi, mówiąc, że wartownicy zniknęli. Natychmiast zarządziłem alarm. Ukryci za drzewami i w wykrotach przeczekaliśmy do rana. Kiedy słońce zaczęło się podnosić, usłyszałem okrzyk: 'Poddajcie się, bo inaczej was zabijemy!'. Radiowiec wywołał nasze śmigłowce. Miały pojawić się najszybciej jak to było możliwe, jednak lot musiał zająć około trzech godzin. Potrzebowaliśmy pomocy i nadeszła ona z najmniej spodziewanej strony. Usłyszałem warkot śmigłowców, które nadlatywały z południa. Znaczyło to, że nie jest to żaden z naszych. Przez radio usłyszałem komunikat, który zmroził mi krew w żyłach. Pilot jednego ze śmigłowców zgłaszał komuś, że jest nad celem i zaczyna zrzut. Helikoptery jeszcze przez chwilę wisiały nad naszymi głowami, a potem przesunęły się nad naszych przeciwników. Na ziemię spadły bomby z napalmem. Po chwili usłyszałem nowy odgłos. Nadlatywały śmigłowce innego typu. Pojawiły się nad nami zwykłe, pamiętające czasy Wietnamu Huey' e, ale dla nas były najpiękniejszymi maszynami na ziemi, zwłaszcza, kiedy spadły z nich liny, po których mogliśmy wciągnąć się na górę. Wchodziłem jako ostatni. Kiedy dotarłem do helikoptera, ktoś podał mi rękę i pomógł wsiąść. Uniosłem głowę i spojrzałem na mojego wybawcę. Jakież było moje zdziwienie, kiedy spojrzałem prosto w twarz Agathy! Rozejrzałem się po śmigłowcu i zauważyłem Thomasa, który pokazywał mi uniesiony kciuk, wychwyciłem wzrokiem kpiący uśmieszek na ustach Michaela. Od tego czasu – przerwał na chwilę, rozpamiętując to zdarzenie, po czym rzekł - jestem wam winien życie. Zarówno ja, jak i ci którzy byli wtedy ze mną. Nie wiedzieliśmy o zamachu – mówił tonem usprawiedliwienia - nie mogliśmy wam pomóc ani was ostrzec, ale przyrzekam, że ci, którzy to zrobili, odpowiedzą za swoje czyny - mężczyzna zszedł z mównicy.

Ksiądz odprawiający ceremonię ponownie stanął przy ołtarzu. Po chwili wzniósł ręce do nieba. Ze smutkiem popatrzył na zebranych. - Minął czas na przemowy. To wasze ostatnie pożegnanie. Żegnaj Agatho, żegnaj Thomasie, żegnaj Michaelu. Wszyscy tutaj zebrani modlimy się, aby Bóg przyjął was do Królestwa Niebieskiego. Swoimi czynami na ziemi jak nikt zasłużyliście na miejsce w Domu Ojca.

Po słowach księdza do trumien zbliżyli się żołnierze. Stanęli po obu stronach i zaczęli składać flagi. Stojący wśród zgromadzonych oficer w polskim mundurze pułkownika rozejrzał się po przybyłych. Jego oczy spotykały się po kolei z oczami innych oficerów zza granicy. Wzrok każdego z nich mówił mu, że sprawcy długo już nie pożyją, ale kiedy spojrzał w oczy pułkownika Aleksiejewa, szybko zrozumiał, że ich śmierć to kwestia kilku godzin.


**** W tym samym czasie, ale gdzie indziej ****


U wrót Doliny Bekaa wylądował nieoznakowany śmigłowiec. Wysiadło z niego kilkanaście osób i skierowało się do stojącego najbliżej obozu. Wartownicy przepuścili ich bez żadnej kontroli. Po chwili z głębi kontynentu nadleciał helikopter z oznaczeniami izraelskimi. Ten również wylądował i po wysadzeniu swoich pasażerów odleciał w tym samym kierunku. Ukryty na wzgórzach obserwator widział podobną sytuację jeszcze kilkakrotnie. Ojciec kazał mu obserwować obóz "psów wojny", bo spodziewał się, że będą chcieli wziąć odwet na sprawcach zamachu w odległej Warszawie. Zaczęło się zmierzchać, kiedy obserwator postanowił się wycofać. Nie wiedział, że kilka metrów od niego czekają przyczajeni ludzie, których jedynym zadaniem jest dopilnowanie, aby wrócił do obozu ojca, nie ostrzegając nikogo po drodze.

W tym samym czasie w obserwowanym obozowisku kończono sprawdzanie broni i oporządzenia. Po chwili z zaciemnionego obszaru wyjechał konwój terenówek. Samochody skierowały się w głąb doliny. Po kilkuminutowej jeździe znalazły się na środku suchej pustyni, gdzie się zatrzymały. Na masce jednego z aut ktoś rozłożył mapę. Z głębi pustyni do konwoju podjechał piaskowy land rover. Wysiadło i podeszło do reszty troje ludzi. Na zakończenie rozmowy jeden z dowódców powiedział do stojącego obok kierowcy piaskowego land rovera: - Wszystko już przygotowane, Mike. Ty, Tommy i Agatha zaatakujecie z ludźmi Aleksiejewa od południa. Potem było już słychać tylko strzały.


**** Tymczasem w Warszawie ****


Na warszawskich Powązkach pogrzeb dobiegał końca. Na zamkniętym już grobie składano kwiaty. Nagle na ramieniu górującego nad pomnikiem krzyża pojawił się malutki bukiecik stokrotek. Po chwili w tym samym miejscu leżały już trzy bukiety, stokrotek, a oprócz tego także niezapominajek i najmniejszy bukiet z polnych kwiatów. Ludzie ze zdziwieniem obserwowali niezwykłe zjawisko. Stojący na uboczu pułkownik Aleksiejew odezwał się do swoich ludzi:
- Dopadli wszystkich.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...