Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wokoło jak komety fruwają, fruwają,
wirują zwiędłe trawy i liście.
A w drzew koronach wiatry zagrają, zagrają,
nim zima zmrozi wszystko srebrzyście.

I o czym ty tak dumasz kochanku, kochanku,
gdy stoisz tu zziębnięty, skulony.
Czy jutro się spotkamy znów na tym przystanku,
by przeciw wiatrom znaleźć osłonę.

A kiedy rzeczywistość zawieje, zawieje,
zamąci w głowach, dusze wypali,
gdzie szukać mają miejsca, co znów ich ogrzeje,
ci wszyscy ludzie skromni i mali.

Za chwilę będą święta, choinka, prezenty
a karpie jeszcze w stawie pływają.
Zasiądą za stołami rodziny i wszędy
kolędę do wieczerzy zagrają.

I będą znów szczęśliwi, na chwilę zapomną
o troskach, gdy ucieszą swe dzieci
prezentem pod choinką, choć nawet i skromną,
gdy gwiazdka na niej jasno zaświeci.

I tylko to jest ważne, a jeśli nie, po co
pochylać się nad życiem od nowa.
Szaliki na przystankach łopocą, łopocą.
Włóż czapkę, bo pogoda grypowa.

Opublikowano

Joanno - troszkę na tak i na nie - boć opowiedziałąś wszystko o świętach, które ... ech
tak jakoś smutno zostawiłaś te trawy - a choinka? toż to drzewo, nie żal Ci ścięcia?
ale - dobra - wracam do wiersza - te powtórzenia jakby czasem nie potrzebne - są jakimś echem, jakim? w wierwszu wszystko winno grać - a tu bierzesz zabawkę i odrzucasz - zastanów się jeszcze - i szybciutko zmień
z ukłonikiem i pozdrówką MN

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Mówiąc szczerze nie bardzo wiem co Ci odpisać Nagietku.
Nie rozumiem co ma wspólnego ścinanie choinek z moim wierszem. Wycinanie choinek w lasach zdarza się oczywiście i to należy ganić, ale świąteczne choinki są głównie wycinane na plantacjach, gdzie posadzone, przez kilka lat rosną właśnie po to, aby można je było kiedyś ozdobić świątecznie. Czy kwiatów też kobietom nie dajesz, bo się je ścina i więdną. A może lepsze są choinki plastikowe, które wprawdzie służą kilka lat, ale też w końcu trzeba je wyrzucić i nie zamienią się na wysypisku w próchnicę. Będą tam leżały wieki całe.
Smuci mnie też sposób w jaki odebrałeś sam wiersz.
Powtórzenia w wierszu są celowe i nic zmieniać w nich nie będę. Nie ja się tak bawię tylko wiatr. To wiatr jak zabawki rozrzuca liście i kręci nimi młynka.
Wiersz nie jest też o świętach, chociaż jest w nim taka nutka. To wiersz o potrzebie ciepła, bliskości i bezpieczeństwa, które daje dom . W święta najmocniej można to odczuć. To taki przystanek w drodze przez życie, gdzie wieją wiatry, padają deszcze, ale nie są one groźne, jeśli mamy się gdzie schronić, tak jak tych dwoje ludzi w wierszu, ukrytych pod wiatą, w drodze do pracy. I choćby dlatego warto brnąć przez życie.
Pozdrawiam już chyba świątecznie
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Masz rację, że ten wiersz jest jak piosenka. Jeśli dla Ciebie jest to zbyt ckliwe, to bardzo mi przykro. Niektórzy nie lubią świąt, być może jakieś złe doświadczenia z dzieciństwa, nie wiem. Dla mnie święta są zawsze piękne i wzruszające.
Opublikowano

Czuję i myślę dokładnie to, co Ty - i w wierszu, i w odpowiedziach na komentarze pod nim. Ani chwili się nie wahałam - to jest właśnie to, co czuję.
Piękny wiersz. Nic nie zmieniaj, oczywiście. Te powtórzenia i te rymy - tzw. "częstochowskie", co i mnie często zarzucają - to właśnie jest klimat tego wiersza: jego muzyczność, wirowatość, wietrzystość, zimowość...
Bardzo serdecznie pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Fajne, Messa. Podoba mi się wierszyk. No to zamów śnieg jakimś zaklęciem - przecież to Ty jesteś tu głównym i nadrzędnym językowcem!... No przestań się wałkonić! ;-)
Pozdro i ukło.
Opublikowano

Rymy częstochowskie - nazwa pochodzi od rymów "banalnych, tudzież oklepanych" - a używa się takiego zwrotu, gdy są one (rymy cz.) rażące - czyli widac, że autor nie radzi sobie z materią językową i pisze bez słuchu i bez sensu, co jest prymitywnością tekstu. Dlatego uważałbym o podpisywaniu akurat tego tekstu jako "częstochowa" - szczególnie, że jest on daleki od prymitywizmu. Tyle od strony technicznej, chcąc nie chcąc wdaje sie w dyskusje, azali chętnie, bo można w tym tekście znaleźc kilka rozwiązań dużo głębszych rozwiązań stylistycznych niż "częstochowa" - której tutaj raczej nie ma.
Tyle techniki- co do treści - nie jest to niestety - jak dla mnie - najlepszy tematycznie tekst w Twoim dorobku. Zresztą same święta nie są zbyt wdzięcznym tematem, wolałbym o tym "kochanku" bez tej ekstensyfikacji świąt. No ale - jak to się mówi - co ma byc, to będzie (czyli święta :)
Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Masz rację, że ten wiersz jest jak piosenka. Jeśli dla Ciebie jest to zbyt ckliwe, to bardzo mi przykro. Niektórzy nie lubią świąt, być może jakieś złe doświadczenia z dzieciństwa, nie wiem. Dla mnie święta są zawsze piękne i wzruszające.

tak, miałem bardzo trudne dzieciństwo, rodzina patologiczna i 3 lata w kryminale:/ ech!
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


No właśnie. To właśnie miałam na myśli.
I tak samo jest w moich wierszach "muzycznych, wirujących".
Tzw. "częstochowa" nie zawsze jest uzasadnionym zarzutem.
Dzięki, Michale.
Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Masz tu jakiś błąd językowy, nie da się Ciebie dokładnie zrozumieć.
W każdym razie powtórzenia w wierszu "muzycznym, dźwiękowym" - jak ja to nazywam - zawsze mają uzasadnienie i nie są błędem ani zapychaniem żadnych braków w pomysłowości metaforycznej. Bynajmniej.
Nie mniej ten krytyczny komentarz pocieszył mnie, bo to znaczy, że przynajmniej niektórzy krytycy na tym forum nie rozumieją funkcji i uroku powtórzeń w wierszach "muzycznych". To mnie pociesza, bo i mnie bardzo często stawiano takie zarzuty, a ja właśnie świadomie stosuję ten zabieg w moich "muzycznych" wierszach. (Podobnie zresztą, jak i rymy gramatyczne, nazywane przez niektórych "częstochowskimi", choć są stosowane świadomie).
Pozdrowienia. :-)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Fajne, Messa. Podoba mi się wierszyk. No to zamów śnieg jakimś zaklęciem - przecież to Ty jesteś tu głównym i nadrzędnym językowcem!... No przestań się wałkonić! ;-)
Pozdro i ukło.

śniegu, śniegu
jeden szczegół
abyś z brzegu
legł wpół biegu
przebóg!

z ukłonikiem i pozdrówką MN
ps. i co?
Opublikowano

Ładne. :)
Niezłe. :))
Podoba mi się. :)))
Przpomina mi nieco wiersz Mirona Białoszewskiego "Karuzela z madonnami":
Wsiadajcie, madonny
madonny
Do bryk sześciokonnych
...ściokonnych!(...)

Lubię katarynkowość, powtórzenia i rytmiczność. Piosenkowość.
Faktycznie, piszesz podobnie jak Oxyvia. I dobrze. Właśnie takie wirowanie lubię. Wirowanie bez końca.
Jednak mogę się poczepiać?
I nie czekając na odpowiedź dopisuję:
"Czy jutro się spotkamy znów na tym przystanku,
by przeciw wiatrom znaleźć osłonę." - nie lepiej byłoby zamiast kropki dać przecinek? Bo to w sumie pytanie jest i ta kropka mi nie gra...
"I tylko to jest ważne, a jeśli nie, po co
pochylać się nad życiem od nowa." - nie wiem, czy między nie, a po co nie lepiej pasowałby myślnik zamiast przecinka...
Poza tym - ale to już tylko taka luźna dygresja - nie wszyscy są szczęśliwi przy wigilijnym stole. Dużo ludzi myśli o tym, co na niego położyć. A jeśli już położy - co dać rodzinie jutro jeść?
Drudzy nie mają rodziny.
A jeszcze inni ją mają...
;)
Pozdrawiam, R.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


No to zamów śnieg jakimś zaklęciem - przecież to Ty jesteś tu głównym i nadrzędnym językowcem!... No przestań się wałkonić! ;-)
śniegu, śniegu
jeden szczegół
abyś z brzegu
legł wpół biegu
przebóg!

z ukłonikiem i pozdrówką MN
ps. i co?
Ładne. Ale tak sobie patrzę za okno i...
...śnigu ni mo...
;)
Może to zaklęcie trzeba jakoś specjalnie odmawiać? Specjalna intonacja, udziwnianie, pełnia księżyca, dziewicza krew, włosy ropuchy spod pachy, bryła lodu, rondelek włóczęgi...?
I czarne świece. Śnieg jest [u]biały[/u], a czarne świece służą do [u]czarnej[/u] magii. Wszak podobno przeciwieństwa się przyciągają?
;)
Pozdrawiam, R.
Opublikowano

Messalin Nagietka
Dzięki za wierszyki. Śnieg spadnie i jeszcze nam się da we znaki. W tamtym roku zasypało wszystko na biało, aż się boję, że znowu będę musiała wykopywać się z zasp. Daleko mam do drogi z pierwszeństwem odśnieżania :)

Oxyvia J.
Dziękuję za komentarz i cieszę się, że się podobało. Rozumiem oburzenie krytyką rymów w ogóle. Nie jest prosto pisać z rymami. W dodatku taki wiersz bardzo łatwo ocenić. W rytmicznych wierszach tym bardziej, bo słychać potknięcia przy czytaniu. A i głoski można policzyć. To jakie wiersz ma rymy, też jest ważne i lepiej aby banalnych i gramatycznych, do których najczęściej przypina się określenie “częstochowskie”, było jak najmniej. Ale i tak najważniejsze jest aby użyte słowa nie znalazły się w wierszu przypadkiem. Już to gdzieś pisałam, że można napisać zły wiersz, gdzie będą same dobre rymy.
Pozdrawiam.

kyo
Masz rację, moje słowa o nieudanym dzieciństwie, źle zabrzmiały. Nie miały dotyczyć Ciebie osobiście, jeśli tak to odebrałeś, to przepraszam. To taka ogólna uwaga, a przyczyny mogą być różne.

M. Krzywak
“Zresztą same święta nie są zbyt wdzięcznym tematem, wolałbym o tym "kochanku" bez tej ekstensyfikacji świąt. No ale - jak to się mówi - co ma być, to będzie (czyli święta :)”

Tematem wiersza nie są święta, raczej samo życie, którego święta są barwnym i ciepłym elementem. Słowo “kochanku” w wierszu jest użyte w sensie: “mój kochany”, mój drogi”, “mój miły”. Choć niewykluczone, że w końcu się ta osoba kochankiem stanie. Nie na darmo mu panienka przecież szalik poprawia pod tą wiatą i czapkę każe włożyć :))))

Mirosław Butrym
Już pisałam o celowości powtórzeń w tym wierszu. Mogłabym go bez trudu napisać bez tych powtórek i zarówno ilość głosek jak i rytm wiersza byłby prawidłowy. Nie rozumiem zarzutu o brak formy. Zrozumiałabym gdybyś napisał, że Ci się nie podoba. O gustach trudno dyskutować. Słowo “rymowankość” nie brzmi dobrze. Ja takie wiersze właśnie lubię.
Napisałeś poniżej, że potrafiłbyś napisać wiersz z powtórkami. Jeśli Ci się to uda i wkleisz go, bardzo proszę o wiadomość. Mam mało czasu niestety i mogłabym go przegapić. Bardzo chętnie przeczytam, ale pod warunkiem, że potraktujesz to poważnie i nie sklecisz czegoś przypadkowo.

Rhiannon
Bardzo dziękuję. Do Mirona Białoszewskiego jeszcze nikt mnie nie porównywał :)))
Aż mnie w fotel wgniotło z wrażenia. Nawet jak trochę na wyrost to porównanie, nie powiem żeby mi się nie podobało. Jestem próżna okropnie :)))
Z podejściem do świąt jest różnie. Też miałam okresy w życiu gdzie nie lubiłam tych rodzinnych spotkań i całego zamieszania ze świętami związanego. Ale czy można sobie wyobrazić żeby świąt w ogóle nie było?
A prezenty, a życzenia, a uśmiechy, o uściskach i całusach nie wspominając, nawet jeśli same święta są skromne.

Życzę Wszystkim Wesołych Świąt :))

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...