Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

I

Przez podniesione ramię zakwitło słońce, nabywając quasi – autentyczną aureolę świętości. Obecność niedostrzegalnego była w ręce nienamacalna, ogólnie jednak miła. Uderzył pierwszy piorun.
- Wygląda na to, że będziemy mieli piękną ziemię – rzekł na całe gardło mól książkowy – Telewizja już tu jest!
- A o czym będzie reportaż? – niespodziewanie odezwał się jego rozmówca, pan Plus – Słyszałem, że coś nie tak z reporterami?
- Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi – ze złością przewrócił się Mól Książkowy – Człowieku, idź lepiej zastanów się nad sobą i nad tym, co chcesz o tym świecie wiedzieć. Onti...
- Teraz twoja kolej! – uderzył drugi grom.
- A teraz bez kolejki! – uderzył ósmy, po czym uciekł przed zemstą współtowarzyszy.
- Świat się ma ku końcowi, skoro nawet pioruny walą, jak im się chce. – Plusowi nie chciała z oka wylecieć ani jedna łza. Mól natomiast podniósł się z ziemi i zaczął podróżować.
- Cztery siedem, cztery osiem, mam cię teraz w nosie! – zakrzyknął olśniony odkryciem wolnej woli – Muszę ostrzec telewizję, że ludziom dzieje się źle!
- Wiem! – głuchy, potężny głos echem odbił się od ziemi i trafił w swoje źródło. Okazało się, że źródłem tym był Głos. Wiele się dowiedziałem, kiedy go zobaczyłem.
- Wiem! – zakrzyknąłem, lecz głos mój rozrósł się w powietrzu i rozrzedził na tysiące zbutwiałych liści. Zrozumiałem tylko to, że moją porą była jesień.
- Zbutwiały liść mnie przykrył, ała, ała, zaraz mnie ukąsi bezwolne zwierzę! – darł się Mól, który wybierał się w drogę z zadaniem zbawienia ludzkości przed dziadem, symbolizującym niewielką niemoc.
- On i w kiełbasie by zgubił drogę – odezwał się gwałciciel, gwałcąc gwałconego. Z tej sceny emanowała radość życia, a na twarzy gwałciciela widniał pogodny uśmiech.
- Dobrze więc, pójdę sam do miasta i zaniosę ludziom Prześliczną Nowinę. Mól nie podołał zadaniu, zakryty liśćmi jak Bóg zakrywa dłonią swą ofiarę. Gdzie Mól nie mógł, może Pies podoła.
- Oj, panie – Plus, wyczuwając we mnie minusa, gardził mną i kochał zarazem. Przyglądałem mu się z całą bezwzględnością psiego węchu – Niełatwo być Psem w dzisiejszych czasach. Jeśli zginiesz – nikt nie będzie płakał, jeśli zwyciężysz – nikt tego nie zauważy.
- Cholerny zboczeńcu! – zakrzyknąłem skryty za falbankami słownymi. Gwałciciel zwrócił na mnie swoją pogodna twarz, lecz zauważywszy, że nie o niego mi chodziło, rozmarzył się – Zauważać to ty możesz swoją ciotkę, nic mnie to nie ton! – kontynuowałem, już bardziej spod spodu – Ale żywszy jestem od twojego lisiego gęgania, Jednostronny Wymiarze Rzeczywistości! – za(uwa)żywszy go w ten sposób odseparowałem to, co niepotrzebne od niejednego, czego nie widać.
- Poczekaj, telewizja przyjeżdża, gromy, grom, grom z jasnego P, ja wiem, wiem...! – głos cichł coraz bardziej, ponieważ Plus zmniejszał się w miarę oddalania się od niego. Kiedy spojrzałem się na Plusa po dwóch minutach, zrobił się taki malutki, że mogłem go schować w dłoni. Jego piskliwy głosik przerodził się w skrzek w momencie, kiedy dłoń zacisnąłem w pięść.

II
- Ptasie gniazda! Ptasie gniazda i zeszyty! – przekupnio dobroczynnie zachwalał swoje towary, znalezione prawdopodobnie za stolikiem – Panie, kup pan wiejskiego szczura! – jeden z przekupniow uderzył mnie w twarz pajęczyną – Palancie, to jest tanie jak twoja matka! – próbował mnie przekonać do jakości swoich wyrobów.
- A ile chcesz za tę małpę na twoim pysku? – spytałem, nieobyty z facjatą tak Wysokiej Mości. Na to on uśmiechnął się w sposób nie pozostawiający wiele do życzenia i odciął się: „Spadam”. Rzucił jeszcze wesołe „Jesteś fiutem” na pożegnanie i zwinął swój bezsens z mojej drogi, jakże przecież widocznej.
Miasto było szumne, to pierwsze rzucało się w oczy. Szumne i długie – dało się słyszeć, że stanowczo za długie jak na reguły konwencji „Krótkich miast zazdroszczących długim”. Udało mi się jednak przemierzyć całą tą długość nie czując współczucia dla kroków już postawionych – ba, czułem swoistą radość ze stworzenia sensu i celu dla mej wędrówki. Idąc, nagle poczułem pulsujący w skroni jakiś potworny kolor, coś jakby widok odjazdowych pomarańczy na granicy snu i jawy. Nie chciałem pamiętać tego uczucia, więc zanegowałem swoją tożsamość, usuwając z psychiki owo niechlujne zdarzenie. Zmieniło się moje miejsce urodzenia. Z Psa stałem się Zwierzchnikiem, za młodu kursującym między Bangladeszem a Mołdawią. Heroiczna przeszłość, niepamięć zdarzeń i w efekcie – nijakość teraźniejszości.
- Czy teraz kupisz gniazdo ptaka dodo, obsrany pojebie? – zagadnął mnie ponownie przekupnio, otwarcie siedząc na jeżdżącym taborecie.
- Nie durniu, nawet na chujowy niebieski zeszyt się nie zdecyduję – wysiliłem się na uprzejmość mimo irytacji spowodowanej utratą tożsamości.
- Pierdol się, ten zeszyt to gówno, bierz go sobie – zachęcony moją skłonnością do współpracy przekupnio rozpoczął licytację.
- Twoja mać ma więcej w głowie, niż jest słów w tym zeszycie – nieskładna reakcja na jego zaczepki zaowocowała erekcją.
- Bierz go i nie chcę w zamian nawet pierdnięcia, bo i tyle nie jest wart ten szajs – przekupnio rzucił mi w twarz zeszytem, patrząc w niebo.
- Nie, za darmo to ty możesz swoją matkę rozdawać, ja mam odrobinę godności – używając starego chwytu retorycznego „na matkę” pragnąłem rozstrzygnąć targ – Masz tu stary bukłak z korkiem w kształcie onanizującego się proboszcza parafii św. Wąsa z Bezbożnej Pustoty Duchowej, zabytek wart kreciego skalpu.
- Ale z ciebie kutas, dobra, biorę to. Ale nigdy więcej nie próbuj mnie na to złapać – przekupnio wstał z jeżdżącego taboretu i minął osiem beczek fig grających w rozbieranego pokera. Wygrywała beczka bez liny.
Zeszyt okazał mi więcej dobroci, niż lew źdźble trawy. Powróciła tożsamość, a wraz z nią uczucie pulsującego koloru. Zbadanie tej sprawy to chyba więcej, niż można przeżyć, kulejąc.


III
- Szkoda, że jestem taka niedościgniona – odezwała się na głos Parapetowa Dżeny. Miała więcej stóp wzrostu niż niejeden mógłby jej pozazdrościć. Paliło się światło – A więc, szkoda, powiadam, że jestem taka niedościgniona – Coś zakrakało w odpowiedzi. To dzban pragnął wkurwić filiżankę. Nic więcej.
W salonie wrzało, para gryzła w oczy, pantalony działały hipnotyzująco, a Parapetowa Dżeny mówiła na głos niemodne rzeczy.
- Ty to taka sowizdrzałka jesteś – zagaił jeden pantalon, chcąc zbrukać niedorozwiniętą moc psychicznej bariery Dżeny – Sowizdrzałka, i to w dodatku: zjedzona! – po całej sali przeszmuglował się instynkt śmiechu, nikt jednak nie dał mu wyrazu w czasie. Dopiero poniewczasie, kiedy Dżeny chciała odezwać się po raz trzeci, śmiech, zagubiony w podziemiach, znalazł wyjście w narządzie jamy gębowej. Pantalony owijały się w basałyki ze śmiechu, rozweselony dzban obrażał wszystkie naburmuszone filiżanki, a płomień trajkotał z parą o rzeczach nie z tej ziemi. Parapetowa Dżeny zadrżała, bojąc się ruszyć. „Jak się przestanę ruszać – myślała – może przestanę być sobą. Jak nie będę oddychać, może mnie nikt nie zauważy”. Bo ona nie chciała być sobą, nie teraz, nie w tej chwili. W gruncie rzeczy to nigdy tego nie chciała. Zawsze marzyła o przytulnym etosie wypasacza jednorożców. Spokój i samotność – oto jej ciche marzenia. Świat jednak nie dał się wziąć na litość i zmusił ją do bycia pośmiewiskiem dla ust i przyczepionych do nich pantalonów. O tak, definitywnie nie chciała być sobą.
Kiedy tak siedziała skulona, starając się zmienić i nie zwracać uwagi na wieczne „teraz, kiedy się ze mnie śmieją”, stała się rzecz dziwna. Łuna, pomarańczowe Nic wtargnęło do gospody „Wnieś kukłę” i zakazała ludziom spotkań. Każdy stał się obcy, każdy był podejrzany, każdy dla każdego mógł być każdym. Wszechobecna obcość dała o sobie znać w przejawie bezlitosnej furii odwiecznego archetypu przestępcy. Śmiech, z gromkiego i tubalnego skowytu, przerodził się w ciche i podstępne rechotanie, w okrywającą się płaszczem sarkazmu tajemnicę indywidualnej osobowości.
Parapetowa Dżeny, poruszona (a przez to przywrócona świadomości) nagłą zmianą, uwieczniła się na ścianie. Śmiech z wieczności przeszedł w chwilę, chęć ucieczki stała się chęcią powrotu, a tumany iskier z kopulacji ognia i pary wypaliły pole dla radości i pełni egzystencji. Dżeny nie pragnęła już zaniku swej skóry (kiedyś w tym celu nacierała się piaskiem i kapiszonami), wydobyła się z otchłani i zanurzyła w świetlistym „teraz” – w „teraz” takim, jakiego pragnęła.
Zaczęła wypasać jednorożce.


IV
Ja jestem Tym, Który To Napisał i jednocześnie Tym, Który Wędruje po mieście Tęcza Brahmana. Ja tworzę i cierpię, ja wiem i nabywam wiedzę. Światło pomarańczy jest moim dziełem, a jednocześnie doprowadziło mnie do utraty osobowości. Czterdziesty raz powtórzę: jestem szaleńcem.


V
Zgubiłem moją Prześliczną Nowinę. Czułem ją, czułem, że jest blisko, w paskudnym bólu pulsującej skroni dostrzegłem obietnicę fikuśnej radości. Czemu ją zignorowałem na początku, czemu dopiero przekupnio zdołał mnie przekonać do akceptacji własnej tożsamości? Gównianie to wszystko wyglądało, bo mi Nowina (jaka Prześliczna) uciekła.
Tak rozmyślając przemierzałem ulice Tęczy Brahmana, aż tu nagle oczom mym ukazał się niezwykły przybytek. Była to piętrowa kamienica, z drzwiami wychodzącymi na ulicę i oknami ustawionymi w dwa rzędy. Zaintrygowany specyfiką tego budynku postanowiłem przyjrzeć mu się dokładniej. Niestety – z bliska nie prezentował się już tak interesująco. Dwa morsy strzegące wejścia wyróżniały się tylko odblaskowymi kamizelkami, prawdopodobnie mającymi za zadanie zwrócić uwagę na ich obecność. Potężne drzwi o kształcie smoczej paszczy posiadały bardzo niezwykłą kołatkę, która wydawała dźwięk przypominający szamotanie się ryby w sieci. Na piątej ścianie kamienicy widniał napis: „Strzeż się kurzej stopy”, jednak to polecenie nie wydawało mi się godne zapamiętania i wygląd liter szybko wyleciał mi z głowy (choć sens pozostał). Słowem – był to prawdopodobnie zakon farbiarzy ziela. Prawdopodobnie, bo żaden z zapytanych morsów nie raczył udzielić odpowiedzi.
Wtem zapadł zmierzch. Słońce nie dorosło chyba jeszcze do swojego zadania i szybko poszło w kimę, bo rozległo się potężne chrapanie, zagłuszające miejski zgiełk i rzucające na kolana deklamatora dytyrambów. Według mojej rachuby nie nadeszło jeszcze południe, a w tym mieście zaległa już ciemność. Słońce tu jeszcze młode, a i ludzie niedojrzali.
Jak jeden mąż powrócił do swych licznych żon ból w skroni i zaczął z nimi wszystkimi naraz kopulować. Orgazmy kobiet były tak potężne, że omal nie rozsadziły mi głowy. Dojrzałem światło. Gdzieś na górze, na grani, wysoko. Ze szczytu góry Potwór z Lochness wykwitło pomarańczowe, pachnące widokiem niedźwiedzia światło, zalewające mój umysł i doprowadzając męża i żony do najwyższej ekstazy.
Znalazłem moją Prześliczną Nowinę.


VI
Jeździła na oklep na jednorożcu, śmiejąc się sama z siebie. Wtedy dojrzałem ją w pełni szczęścia, w absolutnym rozchełstaniu emocjonalnym i najczystszym samospełnieniu. Wówczas widziałem ją po raz ostatni i wówczas była najczystsza. Kiedy mnie spostrzegła, pełnym wdzięku ruchem zsiadła ze swego wierzchowca. Nie wstydząc się swej nagości zrobiła krok w moją stronę, spoglądając na mnie pytającym wzrokiem. Nagły błysk zrozumienia – i już wiedziała. Wiedziała, że chcę ją sprowadzić do miasta. Wiedziała, że znów będzie musiała oddawać się ludziom, i że znów zostanie zbrukana.
Prześliczna Nowina nie chciała zejść i zabiła mnie na łące, na szczycie góry.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...