Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Sekunda za sekundą. Minuta za minutą. Dzień za dniem. Nie patrzę na wskazówki zegarka, ale mam świadomość jak się przesuwają, wciąż krążą. Bez końca, bez przystanku. Nie lubię czuć upływu czasu. To przynosi wręcz fizyczny ból. Trzeba wtedy ciężej pracować. Wytężać siły. Klapki na oczy i do przodu. The winner takes it all. Niech inni stoją w miejscu. Nie patrzeć na boki, ale walczyć. Nawet w tak niewymiernej dziedzinie jak moja. Bo to przecież praca. Tylko praca.
W czasie podróży zawsze czytam. Senekę ostatnio. O ulotności czasu. O szczęściu. Tak, Senekę lubię. Mądrala pisał, żeby nic nie mieć, a sam codziennie rano mył ręce w złotej misie, przyniesionej przez niewolnika z Tracji. Tak, zadbać o siebie potrafił. Tyle, że koniec dopadł go niewesoły. Podciął sobie żyły na rozkaz cezara. Takie życie. Przynajmniej miał odwagę.
Podczas lotu nie słucham absolutnie niczego. Używanie słuchawek mogłoby zaburzać delikatną równowagę moich bębenków. Trzeba dbać o siebie. Nie wkładać sobie w uszy źródła dźwięków. Talent trzeba pielęgnować.
„Zbliżamy się do lądowania. Proszę zapiąć pasy”. Ten sam co zwykle ton z głośnika. Beznamiętny. Wschodnie wybrzeże już pod nogami, wiele setek metrów pod stopami, ale to już nareszcie koniec wyczerpującego lotu przez Atlantyk.

* * *

– Karolku, podejdź proszę. Przedstaw się. Karolu, bądź grzeczny i nie uciekaj.
– Mamo nie pchaj mnie. Mamo.
Łzy. Czego chce ode mnie ta ruda, stara pani, o takim dziwnym uśmiechu.
– Jak masz na imię, dziecinko?
– Ka-karol.
– Miły z ciebie chłopiec. Jestem ciocia Bożena. Pokaż cioci rączkę.
Miękka dłoń ściska moje chude palce.
– Widzisz te pudełko? To pianino, Karolku. Chciałbyś grać na pianinie?

* * *

– Mamo, nie mogę już, ręka mi drętwieje.
– Ćwicz Karolku, przecież chcesz być pianistą.
– Ale nie mogę już. Mamo!
– Ale przecież chcesz? Tak Karolku?
– Chcę. Nie mogę już. Mamo. – Łzy w oczach. – Nie mogę. Nie mogę. Mamo proszę. Jutro.
– Nie płacz słoneczko, dostaniesz batona. Pamiętaj, musisz dużo ćwiczyć, tak powiedziała pani Bożenka. Pamiętaj, synku.

* * *

Duża aula Akademii Muzycznej zapełniona. Na podwyższonej płaszczyźnie z drewna fortepian. Z prawej pod łukiem ściany, w trzech rzędach zgromadzeni profesorowie uczelni. Zapomnieć o osiemnastu raptem latach i z podniesioną głową podejść na środek, do instrumentu. Tylko spokojnie. Ukłonić się, usiąść. Popieścić palcami klawisze. Przyzwyczaić nogi. Potem zagrać tak, jak potrafię.

Tak. Burza oklasków. W jednym z dalszych rzędów, pod oknem, czarne duże oczy wpatrzone we mnie wżerają się w moje myśli.

* * *

Znowu wieczór z Anną. Może nie znowu. Nie mamy dla siebie wiele czasu. No, niech będzie. Ja nie mam. Spokojnie, przy kawie. Neony miasta. W tle delikatnie brzmi classic jazz. Przy barze paru facetów. My siedzimy przy stoliku przy oknie. Widok na Chmielną. Kocham to życie.
– Wiesz Karol. Chciałabym, żebyś zagrał dla mnie.
– Mam ważny koncert za tydzień, muszę ćwiczyć. Wiesz, mogą mnie wysłać na konkurs chopinowski. Ten słynny. Nie cieszysz się?
Błysk oczu dziewczyny.
– To wspaniale. Ale zagraj dla mnie, proszę.
– Po koncercie będę grać tylko dla ciebie. Obiecuję.

* * *

Dwanaście lat wytężonej pracy. Tysiące godzin za pianinem, fortepianem. Dzień, when the dreams come true. Zdjęcie na pierwszej stronie gazet. Informacja na samym początku w telewizji. Łzy dumy i szczęścia w oczach rodziców. Telefon i gratulacje od Anny. Laureat międzynarodowego konkursu chopinowskiego. Ja i moja ciężka praca. Warto było. Warto jest. Kocham, kocham życie. Do góry. Patrzeć na cel.

* * *

– Tak kochanie, muszę pojechać. Kupimy ładny duży dom z ogrodem. Zawsze chciałaś mieć dom z ogrodem, prawda?
– Wiem, że mnie nie ma ostatnio zbyt wiele w kraju, ale muszę jeździć na koncerty.
– Oj, chłodno. Zresztą Helsinki to już całkiem daleka północ
– Tak wiem, nie zapomnę o szaliku.
– Nie, wszystko załatwione, hotel zarezerwowany.
– Muszę już kończyć. Kocham cię, słońce.

* * *

Nie lubię czytać recenzji po występach. Po ostatnim koncercie w Carnegie Hall jakiś głupawy krytyk napisał: bez ducha. Perfekcjonizm bez ducha. Jak robot. Niepokój. Co jeżeli ma rację. Odwróci się karta. Najgorzej być upadłym aniołem, zdetronizowanym królem. Już lepiej przestać istnieć.

* * *

– Widzisz Pawle. Rozumiem twój lęk. Coś w tym jest. Widzisz… Tego nie uzyskasz w dzień, to rośnie gdy wsłuchujesz się w piękno, chwila po chwili, dźwięk po dźwięku. Musisz odpocząć, poszukać dystansu. Poszukać perspektywy. Nabrać głębi, oddechu.
– Profesorze, ale to może jednak nieprawda… Przecież wygrywam konkursy, przecież nagrywam nowe płyty. Przecież wszyscy mnie słuchają.
– Wsłuchaj się w siebie. Słońce tak samo odległe ze szczytu i podnóża. Kwiat tak samo czerwony. Dobranoc Pawle, muszę już kończyć. Do usłyszenia.

* * *

– Tato, mieliśmy pójść obejrzeć mecz dzisiaj wieczorem. Spędzić wieczór razem.
– Nie mogę dzisiaj. Jutro mam nagrania. Zapłacą kupę kasy i muszę być w formie od samego rana. Kupię ci fajną koszulkę Barcelony. W piątek może?
– W piątek masz przecież koncert w Londynie.
– Rzeczywiście. Zapomniałem. Dobra, Pawełku, kończę już, odezwę się jakoś później. Ucałuj mamusię.

* * *

Grudzień. Kolejny grudzień z życia. Dzień umyka za dniem. Kartki z kalendarza umierają w śmietniku pod biurkiem. Mebel ze starego dębu, rzeźbione nogi i przepastne szuflady.. Tradycja, konserwatyzm. Rzeczy, które odzwierciedlają osobowość. Tak samo jak ten fortepian w salonie. Ten zadbany ogród. Pokazują, kim jestem. Dbam o siebie i swój czas. I wciąż idę do przodu. Te rzadkie chwile wytchnienia spędzane z Anną i Pawełkiem. To moja duma. Nagrania dla słuchaczy z Japonii i Niemiec. Występu w Carnegie Hall, Mediolanie i Londynie. Zostawić coś po sobie, mój sens, moje przesłanie na każdy dzień.

* * *

Hilton. Dwudzieste czwarte piętro. Ósma rano. America, America. Kraj możliwości, kraj dla mnie. Dzisiaj trzeba podjąć decyzję, czy podpisać kontrakt na kolejne nagrania dla Ralfa, głównego producenta Sony Music. Sam nie wiem. Zewsząd ogarniające zmęczenie daje o sobie znać. Ile to już lat. Piętnaście minęło od tego wspaniałego konkursu. Półtorej dekady życia w biegu. Tak trzeba. Mój czas jest krótki. Tylko wytrwali wygrają. Ja i moje życie. Sztuka. Być artystą. O tak, jestem artystą. Gdybym zapieprzał całymi dniami nad cyframi bym zwariował. Tak jest to samo, ale przynajmniej odróżniam się od reszty.

Telefon. Anna. Cholera. Miała mnie nie rozpraszać dzisiaj.
– Tak, kochanie?.
– Karol...
– Tak, słucham cię.
– Brakuje mi ciebie, kiedy wrócisz? Mieliśmy wyjechać na wakacje.
– Wiem, na razie myślę, jak to będzie. Wiesz jak jest z czasem. Ciężko.
– Karol, odpocznij trochę. W ogóle nie bywasz w domu. Proszę.
– Dobrze, kocham cię. Muszę już kończyć.
– Proszę.
– Tak, słońce. Niedługo będziemy mieli dużo czasu. Dam sobie spokój z nagraniami. Odpoczniemy. Zobaczysz, będzie wspaniale. Już muszę kończyć. Do zobaczenia.

Przycisk rozłącz. Nie mam teraz siły na ciężkie rozmowy. Powoli podchodzę do okna. Piękne słońce na zewnątrz. Nowy Jork, kochany Nowy Jork. To miasto jest jak ja. Idące do przodu. Obejmujące ogromem ambicji wszystko.

Z tyłu ciche kroki. Pewnie Ralf.
– Przepraszam. Mistrzu, to jak, podpiszemy nowy kontrakt? – tak, to jego cichy i śliniący się nadzieją na dobry interes, głos.
Powolny odwrót głowy.
– Tak oczywiście.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



No co ty, super, może zbyt szkicowe, jak scenariusz na etiudę, ale bardzo mi się podoba.
Trochę za mało o muzyce, taka jednostronna wizja kariery wymuszonej okolicznościami, ten festiwal szopenowski taki tylko gazetowy, ale ponieważ odebrałam całość jako szkic to mi w lekturze nie przeszkadzało.
Pozdrawiam
Opublikowano

Michał, uważam,że to świetny tekst. Troche mi brakuje bardziej dopracowanego zakończenia, bo dalszej części chyba nie będzie prawda? Ale czyta sie naprawdę przyjemnie. Zastosowałeś technikę, która nadaje ciekawe tempo tekstowi. Masz plusa+ ;) pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



No co ty, super, może zbyt szkicowe, jak scenariusz na etiudę, ale bardzo mi się podoba.
Trochę za mało o muzyce, taka jednostronna wizja kariery wymuszonej okolicznościami, ten festiwal szopenowski taki tylko gazetowy, ale ponieważ odebrałam całość jako szkic to mi w lekturze nie przeszkadzało.
Pozdrawiam
no tak, muzyka jest tylko tłem. całość jak napisałaś - to raczej szkic na przełamanie złej serii ;)

pozdrawiam i dziękuję za zajrzenie

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Dori W Japonii są firmy organizujące klientom zniknięcie. Nazywają to johatsu. Mnóstwo ludzi się na to decyduje.
    • @LessLove Nooooo... Jeśli specjalista od Kieślowskiego mówi takie rzeczy, to przyjmuję z dumą. Dzięki!
    • Wiara   Jest to słowo, pojęcie złożone, ze względu na swoje znaczenie. Nie chcę wnikać w pochodzenie tego wyrazu i ujawniać sporą pracę filologiczną, którą można by tu przedstawić, z całym orszakiem stronnictw i kłótni co do genezy słowa i kraju pochodzenia. Może piktogramy groty w Lascaux to już podwaliny tego wyrazu, myśląc abstrakcyjnie, a może ktoś doszuka się tego słowa konkretniej. Czy wiara to słowo, pojęcie czy wyraz? Można przyjąć, że nie tylko tym wszystkim naraz, a więc słowem wyrażającym pojęcie, ideę ale także sposobem życia. Wiara to rodzaj bycia. To pewny, stały i zmienny zarazem stan emocjonalny każdego elementu człowieczej osoby. Rodzaj napięcia, stresu wyzwolonego, rodzaj trzeciego stopnia abstrakcji. U człowieka, który nie ma idei wiary, który nie posiada wiary, żywotne siły i energie duchowe, które szybko nie znalazłszy gąbki ssącej – idei, obumierają niczym powoje bez muru i zapadają się w ciemny dół pożądań zwierzęcych i odruchów, słabo uświadamianych samemu sobie. Można powiedzieć, że taki człowiek żyje bez głowy, żyje innymi częściami ciała, a jego „idee spauperyzowane” zamieszkują poprzez nerwy przechodzące przez głowę, w nogach, w brzuchu, fallusie, itp. Człowiek poprzez i dzięki idei wiary może pracować nad sobą w opozycji do zła zewnętrznego i wewnętrznego, może nieustannie niwelować błędy w postępowaniu własnym i cudzym, które w czasie i przestrzeni go dotknęły. Można skonstatować, że dobrze funkcjonująca wiara to cud, który czyni cuda. Fundamentem idei wiary jest przyjęcie myśli, że istnieje Istota poza nami samymi, a którą nazywa się Bogiem i że z tej myśli wypływa główne źródło wiary. Bóg wywodzi się spoza rozumu ludzkiego, z Objawienia. Bóg, Absolut, Istota może wszystko w przeciwieństwie do stworzenia, jakim jest człowiek. Więcej nie trzeba już rozumieć. Z takiego bowiem przyjęcia a priori przychodzi do człowieka wiara, a poprzez nią poczucie prawdy tej wiary. Prawdy jaką daje przyjęcie a priori, jaką daje bezwarunkowa kapitulacja wątpliwości rozumu człowieka względem wiary i Boga. Z wiary wynika wiedza o dobru i złu, o wielkości Boga i stworzenia, o predestynacji stworzenia. Idea wiary mówi o tym, co przez wiarę żywą widać, że stworzenie to idee oblepione tą samą materią, inaczej poukładaną i wysublimowaną. Idea drzewa wywiedzionego z ziemi, idea ptaka wziętego z ziemi, idea człowieka wziętego z ziemi, etc. Wiara pozwala dostrzec piękno dzieła stworzenia. Ktoś powie, że do postrzegania są oczy a nie wiara. Ale idei oczy bez wiary nie widzą. Spauperyzowane idee, czy raczej myśli mętne nie są w stanie uaktywnić wzroku (uczulić go) na idee płynące z wiary, a w konsekwencji z cnoty czystości. Mętni myśliciele uciekają od światła, od klarowności, nie lubią otwarcie stawiać kwestii, objaśniać problemów. Gdy ktoś posiadający ideę wiary i posiadający cnoty stąd płynące dostrzeże ich zubożenie, gorszość etyczno-moralną, czuje się jak dziecko przyłapane na złym uczynku. Ktoś odgadł ich idee spauperyzowane, to że nie mają pełnego uzdolnienia do pełnych idei etycznych w swojej moralności i że ich substytut jest kaleki, pełny błędów w myśli i w jej wykonawstwie. Wiara jest Dobrem. Jeśli ktoś boi się wiary, boi się dobra i tego co dobre, co służy Dobru. Boi się jasności, światła, aby jego nędza nie okazała się sromotna. Żywiołem takich „niewyklarowanych” czasowo osób jest półmrok, półprawda, półkłamstwo. Czują się w nim niczym „królowie życia”, niczym „rekiny w głębinach”, „czarni bohaterowie”. Lubują się w cudzych błędach, podsycają je u bliźnich i pielęgnują niczym kompozytor nuty w partyturze. Kiedy wszystkie nutki brzmią fałszywie, piskliwie, żałośnie jest zadowolony. Słucha takiej zanikającej muzyki, żywi się cierpieniem bliźnich. Dalecy od harmonii, dalecy od piękna i dobra, umierają osamotnieni, samotne dźwięki, samotne zagubione nutki… . Wiara dobrego kompozytora przeszywa na wskroś takich ludzi gigantów złej woli, przenika struktury ich przemyślanego zła swym wiecznym światłem. Muśnięci tym rozpoznaniem odskakują od źródła swego „oświecenia” jak diabeł od święconej wody. Niektórzy, gdy widzą moc wiary nawracają się i porzucają kamienie zemsty, a niektórzy nie dają za wygraną… . Niektórzy odnajdują dobre słowa dla bliźniego, pokazują umiejętnie błędy, naprawiają własne. A inni knują zbrodnie i zbrodnicze plany. Wiara w przyjaźń jest ciekawą projekcją ludzkiej egzystencji, szczególnie popularną w „zielonych latach”, w młodości człowieczej. Ludzie młodzi, pełni entuzjazmu wypływającego z ich naturalnej energii, wymieniają myśli o różnych problemach tego świata, stopniowo krystalizują swoje wyobrażenia o kandydacie na przyjaciela, który nierzadko nim się staje, po upływie stosownego czasu, potrzebnego do wyjaśnienia podstawowych i kluczowych problemów. Taka młodzieńcza przyjaźń krzepi się odwagą płynącą z uczciwych zamiarów i pobudek, uczciwych motywacji, przyświecających nawiązywaniu znajomości, a potem przyjaźni. Młody człowiek nosi w sobie taką potrzebę i taką trochę niejasną ideę przyjaźni, którą realizuje w danym mu czasie i miejscu, pośród ludzi o podobnych skłonnościach. Z wiekiem kurczy się ta energia i unicestwia ta idea, a to na rzecz własnej rodziny, którą dany człowiek założył, a to w związku z konkurencją i ekspansją w brutalnym świecie rzeczywistej moralności, w brutalnym świecie zwierzęcej walki o byt. Niektórym ludziom udaje się przemycić odrobinę „młodzieńczej naiwności” i „ludzkich odruchów”, dziecięcego spojrzenia na świat… nawet przez całe życie. Przeważnie są to osoby duchowne lub mocno wierzące, posiadające dobrze skonstruowaną ideę wiary. Niektórzy mówią: „przyjaźnię się na wiarę”, zawierzam drugiemu człowiekowi, że mnie nie zdradzi, nie sprzeniewierzy mego zaufania. Ale czas i ludzkie zło niweczy te piękne idee, wypacza przede wszystkim ludzki umysł i ducha, a poprzez zły byt, niszczy idee pełne i daje spauperyzowane, kultury śmierci. Cud wiary czyni cuda. Ktoś kiedyś powiedział: „…gdybyście mieli wiarę w sobie, powiedzielibyście górze podejdź do mnie, to podeszłaby…”. Mieć wiarę, która góry przenosi, która ożywia kamienie, chromym przywraca zdrowie, a martwym przywraca życie… . To wiara potężna, wiara jakiegoś „herosa”, którym człowiek musiałby się stać aby uskutecznić takie reakcje. We współczesnym świecie można znaleźć ludzi, ludzi – herosów za jakich się ich uważa, którzy czynią różne cuda lecz nie mocą wiary, o której mowa, ale wiary w swoje zdolności i wiedzę. Mam na myśli nie tylko wszelakiej maści jogów czy telepatów ale także magików, czy szamanów tzw. „zombi”. To też jest jakaś postać wiary, jakiś jej przejaw. Nie o taką wiarę tu idzie. Wiara, która „przenosi góry” ma inną genezę, choć przez formę ludzkiego bytowania może mieć podobne pozory. Ta wiara ma siłę nie tylko od – człowieczą ku „bóstwu” ale i od „bóstwa” ku człowiekowi. Ktoś może zarzucić, że podobnie rzecz ma się z szamanem: ma moc „bóstwa”, które ożywia zmarłych, ma siłę płynącą z zewnątrz. To nie jest prawdą, ponieważ wiara szamana opiera się o pilnie strzeżoną wiedzę o rozmaitych substancjach materialnych, które zna, a które pozwalają na manipulację żywymi istotami. Natomiast wiara oparta na Prawdzie pozwala na ingerencję poprzez substancje materialne, pozbawione właściwości tego rodzaju, np. zwykła woda pitna, błoto, ślina ludzka, itp., które nagle, wskutek ingerencji „siły wyższej” nabywają cudownych właściwości. Do dzisiaj nauka, świat nauki nie potrafi wyjaśnić cudownych właściwości leczniczych wielu źródeł, np. Lourdes we Francji. Zwłaszcza dzisiejszemu człowiekowi, człowiekowi dwudziestego pierwszego wieku trudno o taką wiarę o jakiej mówi Bóg – Człowiek, Jezus Chrystus, jakiej wymaga od przeciętnego obywatela. Liczne źródła informacji wynikających z rozmaitych środków przekazu i tzw. kultury masowej, sterują i manipulują podmiotem, popychają go więcej lub mniej świadomie, w najlepszym przypadku, ku jakiejś zubożonej idei, a najczęściej na manowce: cynizmu, wyrachowania, beznadziejności, bezczelności, ignorancji, arogancji, agresji, jednym słowem na manowce niewiary. Relacje ilościowe wątpliwej jakości, zalewające słuch i umysł człowieka XXI wieku, w najlepszym razie stawiają podmiot na rozdrożu, gdzie ciągle na nowo musi dokonywać wyborów już kiedyś dokonanych, niczym zbłąkany ślepiec, błądzący w tym samym labiryncie. To oddalające (od prawdziwej wiary) błądzenie tylko z pozoru niesie pocieszenie, iż nie ma dwóch identycznych dotknięć tego samego drogowskazu, a weryfikacja u człowieka myślącego to konieczność i chleb powszedni. Rzeczywistość takiego oddalenia jest nie mierzalna, jest metafizyczna, a konsekwencje nieprzewidywalne w kategoriach „ludzkiego” punktu widzenia. Wiara Mesjasza, jakiej nauczał dwa tysiące lat temu zwykłych ludzi, wiara dla zwykłych ludzi, niezwykła wiara dla zwyczajnych ludzi, to jakby dwie wielkości, dwa wymiary połączone ze sobą: wielkość i małość, niezwykłość i zwyczajność, boskość i człowieczość. To wiara trudna. Trudna, a trud ten jest inny od znanych trudów i trudzeń się. Trudnienie się wiarą. To coś zupełnie innego od trudu zdobywania pokarmu itp. Można powiedzieć, że czasem człowiek trudniący się w danej chwili wiarą wypoczywa, odnawia się, restauruje, choć na czole jego występują krople potu, jakby ciągnął za sobą pług. Wiara ta trudna ale nie niemożliwa, nie ponad siły. Chrystus ręką Mistrza doskonale szkicuje jej wymiary poprzez rozmaite przypowieści, tak bardzo człowiecze i proste, proste w objaśnieniu. Raz mówi o wierze w sposób bardzo ludzki, jak bajarz opowiada dzieciom bajki. Innym razem stanowczo potępia taki punkt widzenia, wymaga pierwiastka nadczłowieczego, w rozumowaniu i rozumieniu swej nauki. Uczy dróg odejścia od tego co ludzkie w wierze, ku temu co boskie. Jest jednocześnie przepełniony posłanniczą nadzieją, że w ten sposób zdoła czegoś ludzi nauczyć, czegoś tak ważnego jak wiara. Mistrz podaje przykłady i jednocześnie sam staje się przykładem, przeistacza się podczas tej wielowymiarowej nauki wiary. Będąc tak niezwykłym Bytem, Chrystus łączący w sobie człowieczość i boskość poprzez naukę wiary i własny przykład pociąga ludzi w kierunku jej tajemnicy jaką jest metanoja. Metanoja z wiary, która wykracza poza wymiar li tylko psychologiczny. Ci wszyscy szczęśliwcy, którzy czują wewnętrznie ten wymiar wiary, którzy czują iż tajemnica wiary i wiara Chrystusa i w Chrystusa pociąga ich, wiedzą co mam na myśli. Przykład Mesjasza uczy nas wiary trudnej, w której musimy się niejednokrotnie wyrzekać samych siebie i stawać kimś innym, nawet za cenę doczesnego żywota. To właśnie wiara pozwala przezwyciężyć Jezusowi z Nazaretu ludzkie przywiązanie i obciążenia, pozwala Mu pogodzić się z człowieczym losem i straszliwą karą śmierci przez ukrzyżowanie. On wierzy w to, że w ten właśnie sposób, przepowiedziany przez proroków, wymagany przez Jego rzeczywistego Boga – Ojca, wyzwala ludzi z niewoli błędów moralnych, że umożliwia im powrót do bytu dawno temu utraconego. Ktoś może powiedzieć, że bajarz umarł za swoje brednie i tyle. Gdyby był Synem Boga nie doszłoby do takich wypadków. Bóg przecież nie jest zły, jest dobry i na pewno nie pozwoliłby na taki rezultat posłannictwa swego ukochanego Syna. Tajemnica trudnej wiary – oto cała odpowiedź. Absolutu nikt nigdy nie widział, a jest podobny do ludzi we wszystkim oprócz grzechu. A zatem jak dalece musi być inny? Ci szczęśliwcy z ludzi, którzy czują „Bajarza” wiarę, wiedzą jak dalece jest prawdziwa. Ci szczęśliwcy z ludzi, których wiara „Bajarza” oświeca umysłowo, wiedzą jak dalece jest prawdziwa.  
    • @hollow man

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Piękna stop- klatka. Brawo!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...