Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

1987 rok, USA, stan Maine, Portland.
Zaciszne przedmieście Portland. Typowo amerykańskie osiedle z typowymi domkami jednorodzinnymi. Tylko jedno domostwo różniło się od innych. Była to willa stojąca na końcu ulicy. Zadbany trawnik i przycięty żywopłot wskazywał na dbałość gospodarzy. Przed posiadłością stała taksówka. Kierowca, pięćdziesiątletnia kobieta, wyglądała na zniecierpliwioną.
Przez oszklone drzwi wejściowe willi spoglądała mała dziewczynka. Obserwowała ulicę i taksówkę, ale co chwilę odwracała się do wnętrza domu, aby spojrzeć na kłócących się rodziców.
-Gdzie są te cholerne klucze?! – krzyknął ojciec.
-Leżą na kominku! – warknęła matka.
Tata trzymał cztery wielkie torby, w których znajdowały się najpotrzebniejsze rzeczy.
Klakson ponaglający. Pani taksówkarz straciła cierpliwość.
-Córeczko, biegnij do samochodu, tatuś i mamusia już idą – rozkazała delikatnie matka.
Dziewczynka posłuchała. Otworzyła drzwi i wolnym krokiem ruszyła w kierunku taksówki. Zanim wsiadła do pojazdu usłyszała matkę, która powiedziała: szybciej.
Zamknęła drzwi.
-Rodzice zaraz przyjdą, proszę pani.
Kobieta za kierownicą spojrzała we wsteczne lusterko. Spodziewała się ujrzeć przestraszone dziecko. Jednak ujrzała zimne, nie czułe oczy i zaciętą minę na twarzy dziewczynki. Siedziały w milczeniu przez dziesięć minut. Ojciec wrzucił torby do bagażnika, matka usadowiła się na tylnim siedzeniu, ojciec z przodu. Dziewczynka dostrzegła, że mama ma krzywo zapięte guziki u bluzki, choć wychodząc z domu dziecko widziało, że rodzicielka była porządnie ubrana. Ojciec natomiast miał krzywo zawiązany krawat. To się nigdy nie zdarzało.
-Mamo?
-Tak córciu?
-Czemu jesteś taka zadyszana? Zmęczyłaś się?
-Kochanie…
-Nie przeszkadzaj teraz mamie! Mama musi zaplanować nasz nowy dom, prawda? – matka skinęła potulnie głową – Proszę zawieźć nas na lotnisko.
-Się robi – odparła pani taksówkarz.

***

-Nie płacz, skarbie… Morrisowie też lecą, aby zamieszkać w Polsce. Nie będziemy sami.
-Poważnie, mamo? Kate też tam będzie?
-Ależ tak, córciu. A teraz prześpij się.
Dziewczynka zasnęła, nie podejrzewając matki o kłamstwo.

Czerwiec 2006, pierwsza sesja u psychiatry.
Maj zeszłego roku, późny wieczór. Pies zaczyna skamleć pod drzwiami. Dzwonek, szuranie butów, po chwili niecierpliwe pukanie. Zdziwiona któż o tej porze może się dobijać do mojego mieszkania, otworzyłam drzwi. Ujrzałam funkcjonariusza policji. Zielonooki przystojniak z długimi czarnymi włosami i seksownym zarostem.
Zapytał czy ma przyjemność z Mią Wilkinson. Przytaknęłam.

***

-Bardzo mi przykro.
Podniosłam prawą brew do góry ze zdziwieniem.
-O co panu chodzi?
-W Ozimku, przy ulicy Słowac…
-Co się stało rodzicom?
-Wybuchł pożar, przypuszczamy, że było to podpalenie, a…
-Co z rodzicami!?
-Bardzo mi przykro, ale oni… oni… oni nie żyją…
Spojrzałam na niego, jakby był jakąś marą senną, nie żywym człowiekiem, który właśnie oznajmił mi o śmierci jedynej rodziny jaką miałam.
-Dlaczego pan tu jeszcze stoi?! – wydarłam się na niego.
-Proszę pojechać ze mną do kostnicy i zidentyfikować ciała.
-No a czyje, do cholery, mogą one być?! – wzięłam płaszcz i poszłam z przystojnym stróżem porządku, aby obejrzeć rodziców, a właściwie to co z nich zostało.

***

Rozpoznałam ich. Nie płakałam. Nic nie czułam. Może… może tylko…
-Tylko? – zapytała pani psychiatra.
-Ulgę.
-Mia, jak na pierwszą sesję jest nieźle. Na dziś koniec.

***

Lipiec 2006, szósta sesja.
-Opowiedz mi całe twoje życie w skrócie. Powoli się już gubię, wszystko co opowiadasz jest takie chaotyczne, nieuporządkowane.
-Dla mnie wszystko jest zrozumiałe – prychnęłam.
-Wiem, ale ty to wszystko przeżyłaś, byłaś świadkiem, a ja staram się to wszystko jakoś poukładać i połączyć w całość.
-Dobra, dobra, niech się pani doktor już tak nie tłumaczy. Więc…
Gdy byłam dziewczynką mieszkaliśmy w Stanach. Przeprowadziliśmy się do Polski w 1987 roku. Potem czas płynął, dojrzałam, dorosłam, ojciec… - zająknęłam się, ale tylko na chwilkę - odwiedzał mnie co noc, za dnia traktował jak służkę. Czułam się jak ladacznica. Matka była dla mnie bardzo dobra w tamtych czasach, ale gdy dowiedziała się, że ojciec zdradza ją ze mną… zaczęła traktować mnie jak powietrze. Skończyłam prawo. Przeprowadziłam się do Opola. Straciłam pracę, mieszkałam na ulicy, sypiałam po śmietnikach. Grywałam na harmonijce ustnej, aby zarobić trochę grosza, na coś do zjedzenia. Po pół roku los się do mnie uśmiechnął. Pewien kapłan pomógł mi stanąć na nogi. Rok temu zmarli moi rodzice, śmiercią tragiczną. No i to byłby chyba koniec.
-Jesteś pewna, że niczego przede mną nie ukrywasz?
Skinęłam głową. „Kamienna twarz, kamienna twarz – powtarzałam sobie w duchu – ona nie może się dowiedzieć…”
-Opowiedz mi jeszcze jak odbiłaś się od dna. Chodzi mi o spotkanie z tym księdzem, o którym wspomniałaś.
Pewnego zimnego październikowego poranka…
…Jest może około godziny ósmej. Pogrywam na harmonijce niedaleko kościoła św. Pawła i Piotra. Dwójka młodych ludzi wesoło rozmawia ze sobą w parku obok świątyni. Przystojny młodzieniec i o kilka lat młodsza od niego dziewczyna. Obserwowałam ich od kilku chwil. Widać, że są szczęśliwi. Co chwilę śmieją się, przepychają, szturchają. Czuję ukłucie zazdrości. Przyglądam się im i stwierdzam, że mogą mieć trochę pieniędzy przy sobie. Może pomogą mi? Może dzięki nim coś dziś zjem? Na samą myśl o posiłku uśmiech zagościł na mej wygłodniałej i zmęczonej twarzy. Nie wiedziałam jak mam zacząć dialog. Wyszłam zza żywopłotu i potem poszło z górki.
-Szczęść Boże… - uśmiechnęłam się.
-Szczęść Boże – odparł młodzieniec. Dziewczyna nie odwróciła się. Zesztywniała.
-Ma pan może jednego papierosa? – zagadnęłam i zaraz ugryzłam się w język. „Co ja do cholery robię, przecież ja nie palę, a nawet gdyby to nie mam przecież ognia”
-Nie, nie mam. Nie palę.
-Ach… z Panem Bogiem – chciałam się wycofać, zrezygnować, ale… ale zbliżyłam się do nich i zagadnęłam.
-Ja nie kłamię. Śpię po śmietnikach. Jestem bezdomna. Ma pan może jakieś drobne na bułkę? – dziewczyna unikała mojego wzorku, nie zwracała nie mnie uwagi. Przyglądała się bardzo uważnie gołębiom, które chodziły po trawniku, trzy metry przed nią. Młodzieniec spojrzał na mnie. Nie potrafiłam zobaczyć w jego oczach żadnych uczuć. Nie wiedziałam, czy współczuje mi, czy też gardzi mną.
Sięgnął po portfel, zaczął szukać.
-Proszę, masz tu trochę drobnych, powinno wystarczyć na bułkę. Mam tu jeszcze trochę groszy, ale to już ci raczej nie potrzebne.
-Dziękuję. – Coś mnie tknęło i zaczęłam śpiewać jakąś pieśń kościelną. Młodzieniec nie wybuchnął śmiechem, śmiał się, uśmiechał, ale widać, że go rozbawiłam. Dziewczyna pod nosem, wciąż nie patrząc na mnie, uśmiechała się. Był to szyderczy uśmiech. Nie podobał mi się. Czułam pogardę bijącą od niej. „Dlaczego ludzie tacy są?” – zadawałam sobie te pytanie wielokrotnie.
Gdy skończyłam śpiewać, wyciągnęłam rękę. Młodzieniec uścisnął bez wahania. Spojrzałam na dziewczynę, odwzajemniła uścisk. Widziałam w jej oczach, że nie podoba jej się to, że się brzydzi.
-Z Bogiem. – rzekłam i oddaliłam się.
-Ale gdzie ten ksiądz? – przerwała mi pani psychiatra.
-Powoli… potem skierowałam się do kościoła i wyspowiadałam się. Wyznałam wszystkie grzechy, odpuszczono mi je, kapłan zaofiarował mi swoją pomoc. Spotykałam się z nim każdego dnia o szesnastej. Potem znalazł dla mnie pracę i dom. Pomógł mi finansowo. Dzięki niemu poznałam wielu wspaniałych ludzi.
-Mia. Spotkamy się za tydzień…
Przytaknęłam.
-…i powiesz mi wtedy co przede mną ukrywasz.
Spojrzałam na nią, udając zaskoczenie.
-Nie rób takiej zdziwionej i niewinnej miny. Wiem, że masz coś w zanadrzu.
Przewróciłam oczami. „Marudzi, jak zwykle…”
Wyszłam z jej gabinetu, skierowałam się na Rynek. Miał tam na mnie czekać mężczyzna. Wysłannik pana X. „Dziś dostanę pierwsze zlecenie.”

***
-Jedziemy za Opole. Tam ukryjemy się na jakiś czas. Trzeba się zaszyć po tym napadzie – Don uśmiechnął się szelmowsko. Ach… zaczęłam się rozpływać.
Kate spojrzała na brata i przytaknęła. Don spojrzał w lusterko, na mnie. Skinęłam głową.
-To dobrze, że jesteśmy zgodni – powiedział.
-Don, powiedz mi, czy… - zaczęłam.
-Stój!!! – krzyknęła rozpaczliwie Kate.
Don gwałtownie zahamował. Z lewej strony wyskoczył jeleń. Potężny zwierz z ogromnym porożem omal nie zmasakrował taksówki. Gdyby nie odskoczył pół metra do tyłu, nie jestem pewna, czy byłoby co po nim zbierać. Jechaliśmy dość szybko, więc zapewne Don zginąłby na miejscu, zgnieciony przez ogromne cielsko lub nabity na jego poroże. Kate mogłaby przeżyć, ale gdybyśmy wylądowali na pobliskim drzewie, to miałaby połamane nogi. Mnie nic w zasadzie nie groziło. Ewentualnie jakieś potłuczenia.
Staliśmy na środku jezdni, jeleń cofnął się już w las. Don powoli ruszył, nie przekroczył już dozwolonej prędkości do samej kryjówki, która znajdowała się w Szczedrzyku. Nie będę opisywać gdzie dokładnie, gdyż moglibyście chcieć się tam wybrać, a to nie byłoby dla mnie korzystne.

***

Lipiec 2006, piąta sesja.
-Mia, opowiedz mi jak straciłaś brata.
-Mówiłam już, że potrąciła go ciężarówka! – krzyknęłam.
Pani psychiatra spojrzała na mnie zza swoich ogromnych okularów. Zasłaniały jej pół twarzy. Modne to one mogły być w latach sześćdziesiątych, pomyślałam z ironią.
-Przepraszam, nie powinnam się unosić.
-Słucham więc twojej odpowiedzi.
-Ale o kogo chodzi? – zapytałam i zrobiłam minę a`la idiota.
Znowu spojrzała na mnie krytycznie.
-Dobra, dobra, easy. Wyluzuj trochę, zio… - prawie się zapomniałam do końca i powiedziałam „ziom”, ale w ostatniej chwili uświadomiłam sobie co za monstrum stoi przede mną. – pani doktor.
Ale po minie psychiatry wiedziałam, że nie w żab jej jest wyluzowanie się.
Zadzwonił telefon, a pani doktor patrzyła na mnie jak sroka w krowi gnat.
-Może mam odebrać? – zapytałam cicho.
Pani psychiatra sięgnęła po słuchawkę i warknęła do niej:
-Słucham?!
-Przepraszam… chciałem dodzwonić się do pani doktor, która jest specjalistką do ciężkich przypadków psychiatrycznych. Domyślam się jednak, iż to pomyłka.
-Ale, ale… - trzask odkładanej słuchawki. – Cholera! Przez ciebie straciłam klienta!
Teraz ja spojrzałam na nią krytycznie.
-Czy chce pani coś na uspokojenie? – spytałam grzecznie.
Pani doktor wyglądała, jakby miała się zaraz na mnie rzucić, rozszarpać na strzępy. Już, już miała zrobić kilka pierwszych kroków w moją stronę, ale w ostatnim momencie powstrzymała się. Zrobiła kilka głębokich wdechów i wydechów, a następnie powiedziała już opanowanym głosem:
-Jak zginął twój brat, dokładnie – na ostatnie słowo dała nacisk.
Byłam z siebie dumna. Moim celem od dłuższego czasu było wyprowadzenie tej jędzy z równowagi. Udało mi się.
-A więc… - zaczęłam.
-Nie zaczyna się wypowiedzi od więc! – zwróciła mi uwagę pani doktor.
Ech… musi sobie „biedactwo” ulżyć.
-Miałam dziesięć lat, gdy mój brat do kibla wpadł. Chciałam rzucić sznur, usłyszałam gul, gul, gul i nie mogłam w nocy spać. Rano znalazłam go, w oczyszczalni…
-Co ty, do cholery, robisz? Czemu śpiewasz? Miała mi opowiedzieć o śmierci brata! Uświadom sobie, że wizyty u mnie są dla ciebie ważne!
-Pani doktor chyba nie powinna podnosić głosu na pacjenta, bo się w sobie zamknie. – Spojrzałam na nią i dodałam szybko: To tylko taka sugestia, naturalnie.
-Filiżanka i spodeczek, filiżanka i spodeczek… wdech, wydech, wdech, wydech… - szeptała pod nosem wiedźma. Chyba miała mnie już dość.
-Pani doktor… Minęło już czterdzieści pięć minut. Jestem umówiona, pozwoli pani, że skończymy następnym razem?
Nie miała sił już odpowiadać. Skinęła głową.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Benjamin Artur Ciekawe odniesienie do najwyższej góry, walka z sumieniem- sędzią moralnym takim indywidualnym. Te powtórzenia robią robotę
    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...