Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dla mojego dziadka Wacława. Trzymaj się dziadku!

Zmarszczone czoło dorosłych pór roku…

Lato.
Wstał dziś bardzo wcześnie. Jego dzisiejszy terminarz był przepełniony wpisami umówionych spotkań. Do pracy zawiózł go służbowym samochodem kierowca. Jest wysoce postawionym urzędnikiem państwowym. Przez lata piął się po szczeblach kariery, ale w końcu dopiął swego. Jest burmistrzem miasta. Wprawdzie małego, bo kilkunasto tysięcznego. Wchodząc do biura, mija kilku podległych mu urzędników. Wszyscy uśmiechają się i witają. Chyba nawet nie zawistnie, bo atmosfera w urzędzie burmistrza Mariana jest dobra. Ludzie podlegli mu, a także znajomi darzą go olbrzymim szacunkiem, niejednokrotnie pomagał zwykłym ludziom. Marian jest dobrym szefem i człowiekiem. Wyszedł z biura przed dwunastą. Idzie chodnikiem, zatrzymuje się przy kiosku, by kupić gazetę. Zawsze sam kupował prasę, nie lubił nikogo wykorzystywać czy kimś pomiatać. Zatrzymuje się na chwilę i przegląda nowy numer tygodnika. Ktoś w tej chwili wita się z daleka i podbiega.
- dzień dobry Panu - mówi z uśmiechem i szczerym szacunkiem
- witam Staszku, ile razu mam ci mówić żaden pan tylko Maniek, co tam słychać? - zapytał uśmiechnięty burmistrz
- a dobrze, tylko córka ma problem, i ja właśnie w tej sprawie, zwolnić ją chcą cholera z roboty, jakbyś
miał troszkę czasu i przedzwonił do tego cholera dyrektora… - wzdychając łapie się za głowę i spuszcza wzrok
- zobaczę co będzie dało się zrobić, ale nie martw się, córki ci nie zwolnią - obiecał burmistrz
- dziękuje, naprawdę nie wiem jak ci się odwdzięczyć - mówił z nadzieją Stanisław
- nie dziękuj, jeszcze nic nie zrobiłem, ale zadzwonię, daje słowo, a teraz musze lecieć, na razie Stasiu - pożegnał się Marian
- Żegnam, i jeszcze raz dziękuje - uścisnął dłoń burmistrza i ruszył w swoją stronę.
Marian posiadał wiele znajomości i wpływów, co więcej doskonale umiał je wykorzystać. Jest człowiekiem sukcesu u szczytu swojej kariery. Jeden telefon potrafił załatwić wiele. Córka Stanisława dostała awans.

Jesień.
Emerytura. Tego słowa Marian bał się chyba najbardziej. Nie rozumiał dlaczego musiał na nią przejść. Był w końcu w sile wieku. Może nie był tak energiczny jak młodzieniec, jednak był o wiele bardziej doświadczony. I teraz gdy jego doświadczenie mogło by naprawdę zaowocować musi odejść. Nigdy się z tym nie pogodził. Odchodzi ze stanowiska, żegnany przez wszystkich z uśmiechami i zadowoleniem. Tylko jemu nie było do śmiechu. Tylko on w głębi płakał przez zaciśnięte wargi ułożone do sztucznego uśmiechu. Przez jakiś czas obserwował jeszcze co dzieje się w urzędzie miasta. Spotkał się z jego następcą. Był nim jego podwładny. Czterdziesto paro letni mężczyzna o niskim głosie i spojrzeniu wilka. Zawsze chciał zająć jego stanowisko, jednak dopóki Marian był burmistrzem niewiele mógł zrobić. Teraz bez problemów wygrał wybory.
- Jestem mężczyzną w średnim wieku, czas na odpoczynek - mówił sobie Marian. Jednak nie umiał odpoczywać, nie nauczył się tego przez lata pracy. Teraz miał dużo czasu, może nawet za dużo. Nie mógł znaleźć sobie miejsca. Próbował walczyć ze swoją starością i znaleźć pracę, jednak to nie wypada by ktoś taki jak on teraz był ochroniarzem czy nocnym stróżem. Jest bezsilny wobec zasad panujących w jego świecie, który sam współtworzył. Teraz naprawdę poczuł się samotny, choć to właśnie teraz miał czas dla rodziny i jego kilkuletnich wnuków. Początkowo troszkę podupadł psychicznie, popadał w krótkie depresje. Szybko z nich wychodził.

Zima
Do pokoju w małym mieszkaniu wchodzi 18 letni młodzieniec, niosąc przed sobą tackę z gorącą herbatą. W rogu wystawnie urządzonego pokoju stoi inwalidzki wózek. Na nim posadzony Marian. Jest teraz 80 - paro letnim starcem. Udar mózgu z przed dziewięciu lat odebrał mu władzę nad prawą ręką. Lekarze i rehabilitanci odzyskali na szczęście nogę. Jednak Marian poruszał się na wózku, na własnych nogach nie uszedłby za daleko. Był niedołężny i taki się czuł. Niegdyś taki potężny, teraz bez pomocy nie może przemieścić się choćby o kilka metrów. Marian spogląda na wnuka, uśmiecha się. Wnuk - jedyna pociecha jaka mu pozostała. Jest dumny, coś jednak pozostanie po nim na tym świecie. Jego praca, w urzędach państwowych - nikt nie będzie o niej pamiętał. O nim samym wszyscy zapomną zaraz po pogrzebie. Miał jednak wnuka, krew z krwi, jego potomek. Uśmiechnął się. Lewą dłonią przywołał młodzieńca. Kuba, bo tak miał na imię wnuk, podchodzi i pyta:
- Co tam dziadku?
- Porozmawiajmy chwilę, nigdy nie masz czasu zawsze gdzieś pędzisz, co u Ciebie? - zapytał dziadek
- u mnie po staremu - odpowiada i spogląda na zegarek
- widzisz mnie wnusiu, spójrz na mnie - mówi ze łzami w oczach Marian. Kiedyś miałem tyle do powiedzenia, taki wpływ na życie innych, a teraz… sprawowałem tyle funkcji, urzędów. Ludziom. Zawsze ludziom pomagałem, a teraz… niedołężny starzec, sam się nawet podetrzeć nie mogę, cholera! - krzyczy. Nigdy wnusiu. Nigdy bym nie pomyślał że tak skończę. Los mnie upokorzył. Jestem słaby, z dnia na dzień co raz słabszy… ja… odejdę, czuję to…
- dziadku nie mów tak - młodzieniec nie pierwszy raz słyszał tą mowę. Pewnego razu dziadek źle się poczuł. Zawieziono go do szpitala. Niedotlenienie mózgu i chore serce - brzmiała diagnoza. Mózg wariował, instynktownie walcząc. Dziadek dostał jakiegoś napadu agresji, niewiadomo czy z niedotlenienia mózgu czy z całej tej upokarzającej sytuacji. Tak czy inaczej dziadek spędził miesiąc w zakładzie psychiatrycznym. Nie wiadomo do końca co mu było i dlaczego. Pewien młody lekarz powiedział wtedy, że jego dziadek zresztą były ordynator szpitala też na starość zbzikował.
- posłuchaj mnie - ciągnął dziadek, łapiąc chłopca za ramię, tak by ten spojrzał mu w oczy. - przyjrzyj się dobrze - Kuba nie wiedział co robić. - przyjrzyj się i zobacz, kiedyś byłem młody jak Ty, nie obchodziła mnie żadna paplanina dorosłych, a już tym bardziej szalonych starców, ale popatrz i zapytaj się sam siebie czy chcesz taki być, tak cierpieć… mówię Ci nie pozwól sobie się zestarzeć… nie umieraj tak jak ja.


Dziękuje za doczytanie do samego końca. Proszę o komentarze. Pozdrawiam.
Mark “zakamarek” P.

Opublikowano

Skoro prosisz... ;)
Rozumiem, że chodzi Ci o szczerą krytykę? Więc posłuchaj... :)

Na początek - żeby nie było, że tylko się czepiam - pochwały. Uważam, że opowiadanie jest spójne, logiczne i w gruncie rzeczy poruszające. Mówi o bardzo poważnych sprawach. To na plus.

A teraz minusy, niestety...

"Jest wysoce postawionym urzędnikiem państwowym" - powinno być "wysoko".

"mija kilku podległych mu urzędników", "Ludzie podlegli mu" - powtórzenie.

"ile razu mam ci mówić żaden pan tylko Maniek, co tam słychać?", "a dobrze, tylko córka ma problem, i ja właśnie w tej sprawie, zwolnić ją chcą cholera z roboty, jakbyś
miał troszkę czasu i przedzwonił do tego cholera dyrektora…" - gdzieś by się kropki (i przecinki) przydały. Tak to mówi ciągiem, jakby jednym tonem. A przecież o różnych sprawach. Ty również zapewne oddzielasz kropkami poszczególne tematy, kiedy mówisz.
I ogółem masz dużo błędów interpunkcyjnych - przecinków czasem nie ma tam, gdzie powinny być, za to kropki są przez nie zastępowane, jak w podanych wyżej przykładach.

"mówi ", "zapytał", "łapie się" - pomieszanie czasów. Już jak coś opisujesz w czasie teraźniejszym, to rób to konsekwentnie, a nie tak, że jedna osoba jest opisywana w czasie teraźniejszym, a druga w przyszłym.

Bardzo często wypowiedzi bohaterów zaczynają Ci się małą literą. Błąd ortograficzny.

"zobaczę co będzie dało się zrobić" - źle jest "się" postawione. Powinno być "zobaczę, co się będzie dało zrobić" albo "zobaczę, co będzie się dało zrobić".

"dziękuje", "daje słowo", "musze" - pisze się z "ę" na końcu. Złapałam więcej takich błędów w tekście, ale nie chciało mi się wszystkich cytować. Zresztą, nie widzę sensu robienia czegoś takiego.

"Marian posiadał wiele znajomości i wpływów" - posiada się ziemię lub inwentarz. Znajomości i wpływy się ma - to nie są dobra materialne.

"Czterdziesto paro letni" - razem. Poza tym - bądź konsekwentny i zawsze pisz słownie cyferki (tak jest prawidłowo), a nie tak, że później masz "80 - paro letnim".

"Teraz naprawdę poczuł się samotny, choć to właśnie teraz miał czas dla rodziny i jego kilkuletnich wnuków" - jeśli "rodzina" to nazwisko, to powinno być z dużej litery. ;) Tak serio - po co "jego"? Skasować to słowo i nie będzie problemu.

"z przed" - sprzed.

"co raz" - razem. Z kolei "niewiadomo" oddzielnie.

"jak Ty" - drugą osobę liczby pojedyńczej i mnogiej pisze się z dużej litery tylko w listach i bezpośrednich wpowiedziach do adresata. W opowiadaniach nie.

Poza tym, widzę, że nie masz wprawy w opisach. Są zdawkowe i mało obrazowe.



Chciałeś, to i masz. ;) Ale nie przyjmuj mojego - przyznaję, że długiego i czepliwego - wywodu za atak, bo nie było to moim zamiarem. Raczej zastosuj się (jeśli zechcesz) do tych uwag dla dobra swych tekstów. I dużo ćwicz, dużo czytaj, to nabierzesz wprawy. :) A czepiam się wielu osób - nie wiem, czy czytałeś inne skomentowane przeze mnie opowiadania i wiersze. W każdym razie ja po prostu tak mam, że jeśli widzę jakieś rażące błędy, to je wyłuszczam i sugeruję poprawę. Uważam, że to również część dobrej krytyki. Zresztą, oczekuję tego samego od innych wobec siebie. :)

Pozdrawiam i czekam na jeszcze. R.

Opublikowano

dzięki, ja właśnie na taką krytykę czekamłem, wiec nie ma problemu. Chciałem tylko aby ktoś pokazał co robie źle, co dobrze, co trzeba poprawić itd. Twoje słowa wcale mnie nie zniechęcają, wrecz odwrotnie, są dla mnie impulsem do dalszej pracy. Jeśli masz ochotę to zajrzyj do prac w DZIALE P i tam moje opowiadanie "twarz jesiennego deszczu". Raz jeszcze serdeczne dzięki, zapraszam także do komentowania moich prac, które ukarzą sie w przyszłości. : )

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @piąteprzezdziesiąte Dziękuję za szczerość 
    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...