Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Olbrzymie domy
o wielkich oknach,
jak kamienne bryły.
Garaże zdać by się mogło ... Na autostrady gotowe.

Wieje od nich niezimowy chłód.
To jest anestezja ślepej ulicy o wielkich aspiracjach.
Sceneria nasycona arogancją dobytku
o drapieżnym efekcie oderwania od całości.

Jeszcze rok wcześniej niczego tutaj nie było...
wyrosły jak grzyby po deszczu przez zaskoczenie.
Dam sobie głowę uciąć, że stoją pustką,
którą przekażą w genach.


 

Opublikowano

@Amber oj naoglądam się tych domów i bloków ze szkła i stali 

Naoglądam 

A mnie się marzy drewniana chata gdzieś po środku niczego 

Może nie na co dzień ale żeby odpocząć 

Fajny wiersz super oddaje ten chłód nowych czasów 

Pozdrawiam Bursztynowa dziewczyno

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Opublikowano

@Amber To mocny, gorzki wiersz o chaotycznej zabudowie i pustce pod pozorami luksusu. Czuje się specyficzny rodzaj smutku współczesnej przestrzeni – tych osiedli, które wyrastają nagle, bez korzeni, bez historii.

Koniec boli - „stoją pustką, którą przekażą w genach" – to już nie jest tylko krytyka architektury, to diagnoza czegoś głębszego. Tego, że można mieszkać w wielkim domu i być wewnętrznie pustym.

Opublikowano

@Amber Poruszył mnie obraz nowych domów, które rosną szybko, jakby bez przeszłości — zimnych, odciętych, bardziej monumentalnych niż zamieszkałych.
Ta ‘anestezja ślepej ulicy’ bardzo trafnie oddaje atmosferę miejsc, które mają aspiracje, ale nie mają jeszcze duszy.
A końcówka o pustce przekazywanej dalej jest szczególnie mocna — jakby te budynki zaczynały żyć własną, niepokojącą genealogią. 
Pozdrawiam serdecznie. 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...