Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Margałski - Cinkov

Z CYKLU „WESOŁE PRZYGODy KONIA MIECZYSŁAWA”:
CZTERY ZAPAŁKI

Poranny tłok w autobusie. To z pewnością nie jest to, co konie lubią najbardziej. Cóż jednak miałem począć? Przejechałem kopytem po pysku i wgramoliłem się do środka. Po mej prawicy siedziała sporych rozmiarów świnia z gromadką prosiąt. Przede mną dla odmiany stał nieco aromatyczny bawół, co chwila zerkając w moim kierunku spod - niemalże wciśniętego w ścianę - byka.
- ?eiwordz mat kaJ – zagadnął ktoś z lewej.
Odwróciłem się błyskawicznie i ujrzałem niewielkiego nietoperza.
- Przepraszam, pan do mnie mówi?
- ?ogok od A
Za cholerę nie wiedziałem, o co mu chodzi.
- Eee… czy you… sprechen… po das angielsku? – zapytałem grzecznie. Mój rozmówca spojrzał na mnie zdenerwowany.
- .ułyt do ęiwóm utsorp op aJ
- E… - wciąż nie mogłem zrozumieć tego dziwnego języka.
- Od tyłu mówię, kurwa! – ryknął. Cały autobus spojrzał w naszą stronę, on jednak, niezmieszany tym wcale, kontynuował:
- ?zseimuzoR
- Tak, teraz tak… to wiele wyjaśnia.
- ?eiwordz mat kaJ – powtórzył swoje pierwsze słowca.
Normalnie pewnie zdziwiłbym się tym, jakże obcesowym pytaniem, wszak nie znałem go ani trochę. Nic jednak nie było w stanie już mnie zaskoczyć.
- A nie narzekam. Dlaczego pan pyta?
- .ęlodreip ein einap ęis aj oB .mecub mipułg tsej eż, iwofezs meiwop i ędjóp, acarp at ęis im abodop ein elA .ęibor eibos ęteikna i mecwokuan metsej zareT.
Kiwnąłem głową i w trybie natychmiastowym opuściłem autobus. Dość miałem jego wywodów, nie lubię, jak dziwni nieznajomi zaczepiają mnie w środkach komunikacji miejskiej. Na szczęście do domu Mruczjana miałem tylko dwa przystanki. Nie ma to jak poranna przechadzka.

Po pysku Mruczka od razu widać było, że coś jest nie tak. I nie chodziło nawet o poroże z modeliny, które dotychczas wkładał tylko na Boże Narodzenie. A był przecież dopiero październik. Deszczowy, mokry i paskudny październik bez krzty jesiennego uroku. Niektórzy, jak siostra Eulalia na ten przykład mawiają, że piękna, złota jesień jest symbolem przemijania. Nie zgadzam się z tym, jeśli coś ma obrazować upływ czasu, to z pewnością jest to właśnie ta plucha, słota. Deszcz. Jesień na przełomie października i listopada. Bez kolorowych liści, bez…
- Długo będziesz tak stał w drzwiach? – głos Mruczjana wyrwał mnie z tych niezbyt optymistycznych rozmyślań. – Wchodź, bo mi po kulasach daje.
- A gdzie masz swoje lakierki? Te w kształcie kopyt jelenia? – zdziwiłem się. Do tej pory nigdy się z nimi nie rozstawał.
Machnął tylko łapą:
- Potem ci powiem. Jak Morda przyjdzie.
- Nie ma Józka jeszcze?
- Nie.
Dziwne, zawsze przychodził co najmniej godzinę przed ustalonym czasem. Podobno miał to po dziadku, Iwanie Burkowiczu, któremu zdarzyło się kiedyś przyjść na umówione spotkanie tydzień wcześniej.
- Rozgość się… - mruknął Mruczjan. – Kawy? Herbaty?
Zamurowało mnie na chwilę. Sam z siebie proponował mi coś do picia! Tak, to był kolejny dowód, że coś musiało się wydarzyć.
- A… - potarłem brodę kopytem. – Herbaty.
- No, to wiesz gdzie jest kuchnia. Idź se zrób. I mnie przy okazji też.
Może jednak nie było z nim aż tak źle?

Płonne jednak okazały się me nadzieje – było. I to bardzo źle. Wszystko zaś wyjaśniło się z przyjściem Józefa Azorowicza Mordackiego.
- Coś chciał? – od drzwi rzucił owczarek.
- Widzicie, panowie, jest taka sprawa…
- Nie mam kasy – zaznaczyłem odruchowo, ale Mruczjan przecząco pokręcił głową.
- Nie o to chodzi. Rzecz jest dużo bardziej poważna. W sklepie… moim – mocno podkreślił to słowo – ulubionym sklepie, przy Jelenickiej 12, nie ma brązowej pasty do butów! Od tygodnia!
- No i co? – zdziwił się Józek popijając własnołapnie zrobionej kawy.
- Jak to co?! – z rozpaczą ryknął nasz przyjaciel. – Jak to co?!! Jak to co?!!!
- No co?
- Moje lakieeeerkiii!!! – zaniósł się spazmatycznym płaczem. – Bidulki, już tydzień ich nie pastowałem...
Spojrzałem na Mordę, ten ze smutkiem pokręcił głową. Chyba dopiero wtedy zauważył brak obuwia Mruczka. Wam, Drodzy Czytelnicy, może wydaje się to zabawne, my jednak, jako przyjaciele Mruczjana, doskonale rozumieliśmy jego rozpacz. Lakierki były dla niego świętością, jak zresztą wszystko, co jeleniowate. To tak, jakby ktoś ukradł Waszej babci berecik. Z antenką.
- Co zamierzasz? – spytałem nieśmiało.
Mruczjan głośno wytarł nos i spojrzał wprost na mnie. A w oczach jego zapłonął ogień piekielny:
- Spalimy im tę budę! Józek, załatwisz jakiś sprzęt?
- No benzynkę jaką mogę.
- Nieee… no wiesz, coś ekstra. Ty jesteś naukowiec, nie?
- Nawet o tym nie myśl – obruszył się Mordacki. – Moje wynalazki to dzieła sztuki, można z ich pomocą niszczyć całe planety. Zdmuchiwać z powierzchni Ziemi cywilizacje. Użyć ich do spalenia sklepu? Phi! Profanacja!
- Dobra, już dobra – zmieszał się Mruczjan. – Weź tę benzynę.
Nie wiedzieć czemu, chwilami miałem wrażenie, że nie pasuję do ich towarzystwa. Jestem spokojnym koniem, rozumiem – dać komuś w ryj, wyrwać kręgosłup. Ale żeby od razu palić sklep? Nic to, kumpel jest kumpel. Za honor!

Nie lubię gołębi. Czy też może nie tyle – nie lubię, co boję się ich. Chodzi toto po ulicach, parkach, dworcach. Często chore. Czasem w stadku, czasami samotnie. Tak najgorzej. I żebrzą o coś do jedzenia, czekają na łaskę innych, wyżej postawionych stworzeń. Żal mi gołębi. Być może część z nich chciałaby wziąć się do jakiejś uczciwej pracy. Ale nikt im jej nie da, większość nie ma nawet złudzeń. Tak… Najgorzej być samotnym gołębiem. Autobus jak zwykle się spóźniał. Zastanawiam się, po co oni w ogóle piszą te rozkłady, skoro i tak każdy jeździ jak chce? Nie łatwiej byłoby spalić to wszystko w cholerę? Albo dać na makulaturę? Po prostu przychodzisz na przystanek i czekasz. Jest autobus – fajnie, masz szczęście. Nie ma – czekasz dalej. Ewentualnie idziesz na piechotę. A tak patrzysz w rozkład i tylko się denerwujesz.
Na przystanku nie byłem sam, obok mnie siedziała starsza, pomarszczona już foka. Miała na sobie bladoróżową, zrobioną na drutach czapeczkę i wytartą puchową kurtkę. Mimo tego trzęsła się z zimna, pojękując od czasu do czasu. Gołębie nie próżnowały. Dookoła chodziło ich co najmniej piętnaście. Co chwila któryś z nich wystawiał głowę w kierunku mnie albo starej foki i błagalnym wzrokiem prosił o coś do jedzenia.
- I co się patrzysz? – wystękała babcia do jednego z ptaków. – Jak miałam, to wam dawałam. Tylu tu … tylu… a żaden nawet kaszy wam nie sypnie. Dwie zimy chodziłam, dawałam wam co miałam. Codziennie. A teraz? Teraz sama chora jestem… Jakbym miała, to bym wam dała…
Jęknęła i ciężko nabrała powietrza. Odwróciłem głowę. Podjechał autobus.
Jakież było moje zdziwienie, gdy na miejscu kierowcy zobaczyłem znajomego nietoperza. Uśmiechnął się na mój widok:
- !ęcarp ąwon mam I ?mełaizdeiwoP ?mecub mipułg tsej eż, um mełaizdeiwoP

W tej chwili z całą stanowczością mogłem już powiedzieć, że był to dzień pełen wrażeń. Ale to nie koniec.
Na drzwiach do mieszkania znalazłem – przypiętą różową pinezką – karteczkę. Nawet zbytnio nie podziurawili mi drzwi. Karteczka owa poprzez koślawe pismo miała przekazać mi enigmatyczną wiadomość – „Zebranie w sprawie kranu – 18.00 na pierwszym piętrze”. Podrapałem się w łeb, nie miałem pojęcia, o co im znowu może chodzić. Dozorca, dzik, dość obfity cieleśnie i umysłowo wprost przeciwnie, znany był z nieczystych i nie do końca zrozumiałych zagrywek. Ostatnio wprowadził zakaz wchodzenia na klatkę lewą kończyną, kazał też postawić wartownika z kałachem przed drzwiami wejściowymi. Dodatkowo opracował specjalny klucz wchodzenia po schodach. Pomyślicie, że to proste, wystarczy naprzemiennie stawiać nogi /łapy? Nic bardziej mylnego. „Reforma drogą do postępu, nowość podstawą wzajemnej koegzystencji gatunków i rozwoju społeczeństw.” Taki napis kazał wyrzeźbić w brązie, obok swojego pomnika na Kasztance, na drugim piętrze. Wracając do rzeczonego klucza, brzmi on tak (każdy z mieszkańców musiał zdać specjalny egzamin z jego znajomości): lewa – lewa – lewa – prawa – prawa – lewa – prawa – przysiad – lewa – lewa – prawa – prawa – prawa – okrzyk radości – lewa – prawa – prawa – pieśń bojowa – prawa – lewa – prawa… To rzecz jasna tylko wycinek ze znacznie obszerniejszej całości, wszak mieszkam w ośmiopiętrowym bloku bez windy i poręczy na parterze.
Zebranie nie odbiegało specjalnie od przyjętych przez dozorcę standardów. Najpierw on sam, przy marszowych dźwiękach kotłów i orkiestry strażackiej wszedł na podwyższenie, zmarszczył brwi i przemówił, głosem wesołym, a ogromnie przez to smutnym:
- Szanowni współmieszkańcy! Z wielkim niepokojem zaobserwowałem, że relacje między nami stały się ostatnio dużo chłodniejsze! Gdzież jest, ach gdzież, wzajemna przyjaźń i poczucie wspólnoty? Wszak jest to budulec, z którego ulepić mamy szansę idealną społeczność! Społeczność mieszkańców! Nie marnujmy raz danej szansy, zaklinam! – Tu otarł łzę i wysmarkał się głośno. Wśród zebranych dało się słyszeć szmery.
- Dlatego – uniósł rękę – postanowiłem, co następuje: od dnia jutrzejszego odcięta zostanie woda w mieszkaniach! W zamian, na trzecim piętrze, żeby mniej więcej było pośrodku, postawimy naszą nową, wspólną toaletę i łazienkę! Z pewnością stanie się ona wspaniałym pretekstem do wspólnych spotkań! Tak mi dopomóż Bóg i Święty Krzyż.
Odpowiedziała mu burza oklasków – tak na wszelki wypadek. Następnie przeprowadzono specjalne zapisy, wiadomym jest przecież, że jedyna łazienka w ośmiopiętrowym bloku, stale będzie okupowana. Wskutek tego ja zostałem uprawniony do korzystania z łazienki i toalety w każdy wtorek o czwartej dwadzieścia trzy rano, piątek o trzynastej jedenaście i niedzielę o wpół do pierwszej w nocy. Po skończeniu zapisów miejsce dozorcy zajęła mała krówka odziana w ludowe szaty, skrępowana łańcuchem i z oderwanymi rogami na znak przywiązania do tradycji. Zaczęła recytować natchnionym głosem:

Woda – życie to powiecie.
Woda to jest życie przecież.
Wody brak – brak życia zatem.
Kto bez wody ten denatem.

Niechaj szklankę wieszcz wychyli,
Byśmy wszyscy wodą żyli.
Woda życiu dopomoże.
Patosamen. I o Boże.

Dzik z trudem powstrzymywał się od płaczu. Podziękował krówce i łamiącym się głosem przedstawił nam swojego nowego zastępcę. Mały nietoperz ukłonił się zgromadzonym na korytarzu:
- .yrbod ńeizD

Z Mruczjanem i Mordą umówiony byłem na dziewiętnastą w parku. Przed wyjściem wyjąłem z chlebaka starą bułkę. Pokruszy się gdzieś po drodze. Dla gołębi.
Czekali na mnie na ławce.
- Po co ci ten pasiak? – zdziwiłem się na widok ubrania naukowca.
- No jak. W komiksach przestępcy zawsze mają pasiaki jak popełniają zbrodnię.
Mruczjan spojrzał na mnie zrezygnowanym wzrokiem i machnął łapą, żebym dał spokój. Szybko powtórzyliśmy cały plan akcji.
- Ty – Mruczek wskazał na Józefa – masz stać gdzieś w pobliżu i nas nie denerwować. I patrzeć, czy nikt nie idzie. Mietek, ty wchodzisz do środka i wywabiasz jakoś sprzedawcę na zewnątrz.
- Jak?
- Nie wiem, powiedz, że mu ktoś kradnie auto.
- A co, jak nie ma auta?
- To żonę.
- A jak już ją ktoś ukradł?
Westchnął z nieskrywaną irytacją:
- Nie szukaj dziury w niedziurawym, dobra? To kochankę! Solniczkę! Nie wiem, drożdżówkę! Wymyśl coś.
Kiwnąłem łbem na znak, że rozumiem. Wyraźnie ucieszyło go to.
- No. To gitara. I ja wtedy wpadam do środka i podpalam.

Pierwsza część planu poszła całkiem sprawnie, Mordacki znalazł dobrą kryjówkę po drugiej stronie ulicy. Stał w tym swoim pasiaku i udawał latarnię. My zakamuflowaliśmy się jako ławki. Kosze na śmieci uznaliśmy za rozwiązanie zbyt radykalne i bardzo przy tym ryzykowne. Ja, jak się okazało, nie miałem nic do roboty, sklep był już zamknięty, czego naturalnym następstwem było to, że nikogo nie musiałem wywabiać na zewnątrz. Mruczjan zaklął.
- Jak wyglądał ten sprzedawca? – spytałem.
- Taki tam, nietoperz. Od tyłu gadał.
Chwycił cegłówkę. Nim zdążyłem go powstrzymać, zbił oszklone drzwi sklepu.
- Dawaj benzynę. I zapałki – rzucił. – Szybko!
- Jakie zapałki?
- No zapałki!
- Przecież ty miałeś wziąć zapałki!
- Ja?! Ty miałeś wziąć zapałki!
Zobaczył moją minę, po czym zamknął oczy a jego dziurki od nosa zaczęły poruszać się w tempie około 120 bpm.
- Kurrrrwaaaaaa!!! – przejechał łapą po pysku. - Dobra, bierz Józka, spadamy.
Spojrzałem na drugą stronę ulicy. Akurat wtedy, gdy Morda kichnął, a siła odrzutu pchnęła go na ścianę budynku. Tym samym zdradził swoją kryjówkę.
- Może być problem…
Spojrzeliśmy po sobie i dalej udawaliśmy ławki. Po jakimś czasie, gdy wszystko ucichło, oddaliliśmy się niespiesznie, miarowym krokiem, w przeciwnych kierunkach.

A Józka jutro powinni wypuścić, jak tylko dojdą, że to nieporozumienie. Owszem był w pobliżu, a jego strój od razu zwrócił uwagę stróżów prawa. Wzięli go za recydywistę. Dodatkowo, zarzucili mu zakłócanie porządku publicznego głośnymi przekleństwami. Ale przecież to nie on zbił szybę…

KONIEC

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Wolność

       

      Nie ma drugiego takiego słowa, które zrobiłoby tak oszałamiającą „karierę” w XXI wieku jak słowo wolność. Odmienia się je przez wszystkie przypadki. Manipuluje się nim na prawo i lewo. Wywraca się na drugą stronę tak aby znaczyło coś zupełnie przeciwnego, choć brzmi swojsko i krzepiąco. Propaguje się wolność wyboru i wolność od wyboru. Wmawia się, że można wybrać różne barwy wolności ale jednocześnie dodaje, że powinna to być barwa o określonej z góry nazwie. Można postawić pytanie: wolny wybór czy wolność wyboru? A co to jest wolność? Niektórzy „myśliciele” wmawiali, że wolność to uświadomiona konieczność. Wolność bywa mylona ze swawolą. Ale czy tak jest w istocie? Inaczej rozumie słowo wolność więzień w celi, a inaczej człowiek „wolny”. Dla więźnia w celi wolność oznacza rzeczywistość poza murami więzienia. Taki delikwent o tym marzy co to będzie robił, jak opuści mury więzienia: upije się alkoholem, napali się tytoniu, „trawki”, odwiedzi prostytutki..., no po prostu „zabawi się”. Taki człowiek jest podwójnym więźniem. Ma zniewolony umysł błędami moralnymi, które traktuje jako przejaw wolności. Kim zatem jest człowiek naprawdę wolny? To człowiek, który zna Prawdę. Prawdę, która wyzwala, a nie zniewala. Wyzwala z nałogów: alkoholizmu, narkomanii, seksoholizmu, etc. Wielu takich, którzy rozumieli wolność negatywnie zakończyło swoje życie przedwcześnie. Jaka to Prawda, która wyzwala człowieka? To Prawda Objawiona, którą możemy znaleźć w konserwatywnych kręgach Kościoła Powszechnego. Każdy, kto przyjmuje Prawdę, rozumie ją i wprowadza w życie, staje się wolnym człowiekiem, choćby był zamknięty w celi więziennej. Każdy, kto ma dobrze ukształtowane sumienie, uczy się siebie w kontekście nauk moralnych, doznaje czegoś więcej niż tylko doraźnej przyjemności. Doznaje wszechogarniającej radości, radości wewnętrznej, wewnętrznego poczucia szczęścia. Szczęścia, które polega na tym, iż udało się zrealizować w praktyce nauki moralne Mistrza z Nazaretu. Większość z nas zna obraz artysty malarza Delacroix „Wolność prowadząca lud na barykady”. Czy o taką wolność idzie? Czyżby rewolucja społeczna kiedykolwiek i komukolwiek przyniosła prawdziwą wolność? Czy raczej zniewolenie? Zwolennicy myśli rewolucyjnej uważają, że uczniowie Mistrza z Nazaretu są ograniczeni: tego nie wolno, tamtego nie wolno... . Tymczasem „my”, ojcowie i córki rewolucji, dajemy ludziom wolność totalną. Możesz robić co tylko zechcesz, co tylko przyjdzie ci do głowy. A to nie tak... . Granicą naszej wolności jest wolność innych ludzi. Prócz tego wszystkiego, wszyscy jesteśmy ograniczeni formą ludzkiej egzystencji (jako naturalną konsekwencję grzechu pierworodnego), a co za tym idzie tzw. „prawem naturalnym”. Doznawać wewnętrznej wolności, wewnętrznego szczęścia może tylko człowiek prawy, „dobry”. Czyż nie jest prawdą stwierdzenie, że gdy znajdzie się ktoś naprawdę dobry, to prędzej czy później takiego otrują (Sokrates) lub ukrzyżują (Jezus z Nazaretu). Cóż to za wolność dzięki której Mistrz kończy otruty lub ukrzyżowany? Otóż taka „wewnętrzna wolność” wedle niektórych jest wątpliwego dobra choć jest godna naśladowania i jest piękna. Tak w rzeczywistości nie jest; nie jest to wątpliwe dobro. Mistrz z Nazaretu zmartwychwstał (vide „Całun Turyński”) i cieszy się absolutną wolnością. I ci, którzy w całej pełni naśladują Mistrza z Nazaretu już tu na ziemi mają poczucie wolności absolutnej, która na nich czeka po śmierci. Więc wybór należy do ciebie, Czytelniku, albo wolność totalna albo wolność absolutna.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Szósty wiersz z cyklu "Echo"     Łańcuchem skuci – ci żyjący Cierpienie i ból na twarzy Wzrok rozbiegany, płonący Na szali dwa ognie waży   Oczy spuszczone i smętne W nich obrazy obłąkane Życie jak sen obojętne W śmierci ręce zaplątane   W sercu już nie drży Nadzieja przekuta we łzy   Bezsilne istnienie podźwigają W śmierć za życia uwiędłe W więzienne mury zmierzają Błądzą ich oczy błędne   Nie żądają nic prócz wody Lecz wszędzie lawa, wulkany Pomimo próśb – brak zgody Umysł pragnieniem znękany   W sercu już nie drży Nadzieja przekuta we łzy
    • @violetta ... i oświetlasz sobą kwiaty przyrody będą o tobie pisać poeci Ody ... Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia   
    • Wolność   Nie ma drugiego takiego słowa, które zrobiłoby tak oszałamiającą „karierę” w XXI wieku jak słowo wolność. Odmienia się je przez wszystkie przypadki. Manipuluje się nim na prawo i lewo. Wywraca się na drugą stronę tak aby znaczyło coś zupełnie przeciwnego, choć brzmi swojsko i krzepiąco. Propaguje się wolność wyboru i wolność od wyboru. Wmawia się, że można wybrać różne barwy wolności ale jednocześnie dodaje, że powinna to być barwa o określonej z góry nazwie. Można postawić pytanie: wolny wybór czy wolność wyboru? A co to jest wolność? Niektórzy „myśliciele” wmawiali, że wolność to uświadomiona konieczność. Wolność bywa mylona ze swawolą. Ale czy tak jest w istocie? Inaczej rozumie słowo wolność więzień w celi, a inaczej człowiek „wolny”. Dla więźnia w celi wolność oznacza rzeczywistość poza murami więzienia. Taki delikwent o tym marzy co to będzie robił, jak opuści mury więzienia: upije się alkoholem, napali się tytoniu, „trawki”, odwiedzi prostytutki..., no po prostu „zabawi się”. Taki człowiek jest podwójnym więźniem. Ma zniewolony umysł błędami moralnymi, które traktuje jako przejaw wolności. Kim zatem jest człowiek naprawdę wolny? To człowiek, który zna Prawdę. Prawdę, która wyzwala, a nie zniewala. Wyzwala z nałogów: alkoholizmu, narkomanii, seksoholizmu, etc. Wielu takich, którzy rozumieli wolność negatywnie zakończyło swoje życie przedwcześnie. Jaka to Prawda, która wyzwala człowieka? To Prawda Objawiona, którą możemy znaleźć w konserwatywnych kręgach Kościoła Powszechnego. Każdy, kto przyjmuje Prawdę, rozumie ją i wprowadza w życie, staje się wolnym człowiekiem, choćby był zamknięty w celi więziennej. Każdy, kto ma dobrze ukształtowane sumienie, uczy się siebie w kontekście nauk moralnych, doznaje czegoś więcej niż tylko doraźnej przyjemności. Doznaje wszechogarniającej radości, radości wewnętrznej, wewnętrznego poczucia szczęścia. Szczęścia, które polega na tym, iż udało się zrealizować w praktyce nauki moralne Mistrza z Nazaretu. Większość z nas zna obraz artysty malarza Delacroix „Wolność prowadząca lud na barykady”. Czy o taką wolność idzie? Czyżby rewolucja społeczna kiedykolwiek i komukolwiek przyniosła prawdziwą wolność? Czy raczej zniewolenie? Zwolennicy myśli rewolucyjnej uważają, że uczniowie Mistrza z Nazaretu są ograniczeni: tego nie wolno, tamtego nie wolno... . Tymczasem „my”, ojcowie i córki rewolucji, dajemy ludziom wolność totalną. Możesz robić co tylko zechcesz, co tylko przyjdzie ci do głowy. A to nie tak... . Granicą naszej wolności jest wolność innych ludzi. Prócz tego wszystkiego, wszyscy jesteśmy ograniczeni formą ludzkiej egzystencji (jako naturalną konsekwencję grzechu pierworodnego), a co za tym idzie tzw. „prawem naturalnym”. Doznawać wewnętrznej wolności, wewnętrznego szczęścia może tylko człowiek prawy, „dobry”. Czyż nie jest prawdą stwierdzenie, że gdy znajdzie się ktoś naprawdę dobry, to prędzej czy później takiego otrują (Sokrates) lub ukrzyżują (Jezus z Nazaretu). Cóż to za wolność dzięki której Mistrz kończy otruty lub ukrzyżowany? Otóż taka „wewnętrzna wolność” wedle niektórych jest wątpliwego dobra choć jest godna naśladowania i jest piękna. Tak w rzeczywistości nie jest; nie jest to wątpliwe dobro. Mistrz z Nazaretu zmartwychwstał (vide „Całun Turyński”) i cieszy się absolutną wolnością. I ci, którzy w całej pełni naśladują Mistrza z Nazaretu już tu na ziemi mają poczucie wolności absolutnej, która na nich czeka po śmierci. Więc wybór należy do ciebie, Czytelniku, albo wolność totalna albo wolność absolutna.    
    • @Poet Ka Nie jedna Berenika była. Jedna się u nas zadomowiła Nie tylko poetów wspiera  swoją poezją do nich dociera  I komentarze solidne daje  każdy w tym w tyle za Nią zostaje .   Pozdrawiam serdecznie  Miłego dnia 
    • -Opowiadanie-   Promienie słońca poczęły zalewać świat wokół swoim bursztynowym blaskiem. Godzinowa wskazówka zegara chyżo zbliżała się do ósemki, a niebo pokryte już było licznymi, szarawymi obłokami.    Do parku wybierała się pewna dziewczynka. Mocno trzymając w dłoni małą, miedzianą monetę, radośnie wędrowała brzegiem ulicy. Jej ubrania były niechlujne i ubłocone a włosy splecione w zaskakująco staranne warkocze, przewiązane czerwoną wstążeczką. Jej twarz promieniała szczęściem.    Idąc krętymi uliczkami, jej uwagę przykuł chłopiec siedzący na dębowej ławce pod drzewem, którego cień był ratunkiem przed letnimi upałami. Mimo szelestu liści, śpiewu ptaków i szmeru pobliskiego strumyka, można było usłyszeć ciche szlochanie.    Zaniepokojona dziewczynka podeszła bliżej. - Odejdź - rzekł, pociągając nosem, gdy usłyszał zbliżające się kroki. - Nie odejdę, póki nie upewnię się, czy wszystko dobrze - odpowiedziała z troską w głosie. - A więc co cię trapi? - wbiła w niego przenikliwy wzrok.    Chłopiec delikatnie otworzył usta, jakby miał coś powiedzieć, lecz szybko je zamknął i obrócił głowę ku górze. - Jesteś nieszczęśliwy? - spytała ostrożnie wcale nie oczekując odpowiedzi, bo było to oczywiste. - A ty nie? - Dlaczego tak sądzisz? - skrzywiła się. - Przecież jesteś biedna, pewnie ledwo stać cię na kromkę chleba. Nie masz pieniędzy, za które mogłabyś kupić sobie chociaż zabawkę. Jak tu być szczęśliwym?    Spojrzeli na siebie bez zrozumienia. - A ty jesteś bogaty, wszystko masz na wyciągnięcie ręki. Mógłbyś za kawałek majątku wykupić najdroższą chatkę w mieście oraz kupić całe stosy zabawek. Dlaczego więc jesteś nieszczęśliwy? Czyż pieniądze nie dały ci szczęścia? Czego ci brakuje, chłopcze? - Ja… - umilkł. Myśli w jego głowie krzyczały i plątały się - jednak nawet w nich nie znalazł odpowiedzi.    Pokazując monetę, znów zabrała głos: - Może i to jest jedyna rzecz, którą mam, ale i ona nie daje mi szczęścia. Pieniądze są jak woda - nie utrzymasz ich w miejscu. Za to będąc dobrym człowiekiem, utrzymasz przy sobie rodzinę, przyjaciół i rzeczy niematerialne, które dadzą ci szczęście, o którym nawet nie śniłeś - powiedziała, po czym poklepała go po ramieniu.    Chłopiec objął ją mocno, szlochając jeszcze głośniej.    Toteż i oni, po całym dniu rozmów, wrócili do swoich domów, ciesząc się i radując każdą chwilą. Jak się okazuje, szczęścia nie należy szukać w pieniądzach; nawet mając ich w nadmiarze, możemy go nie znaleźć.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...