Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dotykam ud w zanadrzu
mam jeszcze sztuczki
zgoda między nami
typowo pozorna

zabieram miłe garściami
(ostatnie chwilowe)
ścieram z ust co "stało się"
wczoraj

namaszczam Cię swoim sumieniem
zagradzam rękoma drogę ucieczki
[nazywam to Gwałtem Obojga].

Opublikowano

Te nawiasy, zwłaszcza końcowe, stanowia określenie heurystyki "ja: lirycznego, albo może i autorki, w ten sposób "nazywa" elementy otaczającego świata "swoimi nazwami" z jednej strony jest to oswojenie, z drugiej sstrony wyraz "zawłaszczania" świata, byc może i zaklinania rzeczywistości, w każdym bądź razie jest to wyraz zamykania pewnej formy w sposób ustalający realne i konkretne znaczenie stabilizujące pewien aspekt w funkcji podmiotu poznania.

W pewnym sensie jest to swoiste definiowanie i jako takie ma uzasadnienie.....

Możesz w ten sposób poznać ważne, wręcz figuralne elementy świata przedstawianego z wierza na wiersz, świata stanowiącego reinterpretację rzeczywistości przez podmiot....

Oczywiście wszystko w sensie bardziej literackim, niż psychologicznym, w sensie literackim jest większy margines na "przymróżenie oka" w którym istnieje większa przestrzeń dystansu pomiędzy twórcą a jego dziełem (wypowiedzią), i to tworzy owa "przestrzeń literacką" (której by nie było w analizie psychologicznej).

Pozdrawiam i lecę do swoich papierów, bo znowu pisze "poważne (specjalistyczne) rzeczy", może za niektóre mi coś zapłacą, inne będą znowu "współczesnym ku rozwadze, potomnym ku pamięci", ale za to zawsze miłe uczucie, jak się człowiek widzi w jakiejś książce, choćby to tylko parę stron......

;o)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...