Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Powietrze zastygło jak ja. W milczeniu. W tęsknocie.
Coś poza mną, stało się bólem we mnie.
Słodkim, przeciągłym – upragnionym.
Stał odwrócony tyłem. Śledziłam każdy ruch, bo nie był moim, a tak bardzo pragnęłam, żeby się nim stał.
Krople łez… Zdaje się, że je przywołał. Tak. Tańczyły w przestrzeni, jak drobinki kurzu - wypełniały ją sobą…
I zastygł w milczeniu. A wyciągnięta dłoń - dłoń pełna godności zabiła… Tak… Przymknęłam oczy i językiem zwilżyłam usta.
Tak…

- Dlaczego nie grasz?
- Nie umiem.
- Tego nie wiesz.
- Wiem.
- Skąd możesz wiedzieć, skoro nie wzięłaś ich do rąk?
- Ich nie można dotknąć z zamiarem próby. Są świętością…

Spojrzałam na jego pomarszczoną skórę, a później na swoje gładkie dłonie.

- We mnie to umrze…
- Nie, będzie żyć we mnie…

Ilekroć wychodziłam od niego, musiałam uczyć się żyć na nowo. Życie, które znałam wydawało się bezbarwne, pozbawione tego, co nadaje mu treść.

- Dotknij…
- Nie - należą do Ciebie…

Czasem patrzył na mnie z niepokojem. Ignorowałam to spojrzenie. Chwile wyrwane. Chwile zasuszone – jak witalność jego ciała…

- Powiedz kim jesteś.
- Imię tego nie nakreśla.
- Ale zbliża.
- Nie potrzebuję bliskości.
- Więc czego?
- Potrzebują twojego dotyku.
- Pozwól mi o tym zadecydować.
- Pozwalam!
- Znam je. Znam każdą rysę. Wiem, kiedy się domagają…

Zawsze odwrócony tyłem, choć nigdy o to nie prosiłam – wiedział. Znał… Bezimienna… Pozbawiona etykiety, siedziałam wtopiona w stary fotel. Ze wzrokiem utkwionym w ruchach jego dłoni. Z nienawiścią do tego, co nim nie jest. Z uwielbieniem dla tego, co trzymały…. Ja.

- Nie rozumiesz ich…
- Nie wiesz tego.
- Widzę, że nie rozumiesz…

Gniew, huk drzwi i stukot butów na klatce schodowej. I gwałt na mojej duszy, kiedy usłyszałam to w świecie, który na to nie zasłużył…

Były moim nałogiem. Sam ich widok sprawiał, że mój umysł szalał z nienasycenia.
Ale…
One…
Piękne…
Odgrodzone.

- Dotknij ich!
- Nie…

Mętne spojrzenie oczu starca. Smutne spojrzenie.
I moje szaleństwo – tak bardzo obecne. I miłość do ideału, który tworzyli. One i Mistrz…
I wszystko co obok – nieistotne, prozaiczne – mdłe…

- Dziś będzie inaczej.
- Nie chce inaczej.
- Albo zostaniesz, albo wyjdziesz – wybór należy do ciebie.

Pierwsza nuta wbiła się we mnie boleśnie.
Znam to – znam…
I zaskoczył mnie dźwięk, jaki z siebie wydały. Zazdrosne, jedyne.

Przerwał.
Odwrócił się i spojrzał na mnie z gniewem.
- Zabraniam ci o nich zapomnieć.
Patrzyłam zdezorientowana i nie bardzo wiedziałam, co ma na myśli.
- Zabraniam ci.
Przyłożył dłoń do strun i pierwszy raz zobaczyłam ich wysiłek.
Kochał je. Starą, zmęczoną dłonią, sunął po ich ciałach i doprowadzał do krzyku.
Oczy rozwarte do granic możliwości, patrzyły i chłonęły obraz, niszczący ten zachowany i pielęgnowany do tej pory.
Skończył i ciężko powtórzył:
- Zabraniam ci…

Myśli atakowały mnie z każdej strony, a mój świat sypał się w gruzy.

Następnego dnia, nie zastałam go w mieszkaniu.
Leżały w futerale na dębowym stole.
Na kartce obok – pięknym kaligraficznym pismem, napisał – to, co w sobie noszą, nie może być na próbę.
Tęskniłam za ich dźwiękiem, ale nie mogłam ich dotknąć. Bałam się. Bałam się tak bardzo…
Wyszłam z obawą, lękiem czy zobaczę je raz jeszcze, kiedy zjawię się tam znowu.

Oczekiwanie i niepewność...
Niepewność i oczekiwanie.
Niewiadome.
Zależne ode mnie.
Przystanęłam. Z a l e ż n e o d e m n i e...
Na twarzy poczułam krople wiosennego deszczu. Nie umiałam się uśmiechnąć. Pobiegłam tam najszybciej jak umiałam. Drżącą ręką napisałam obok słów starca – Anna…
Rozmazane, nerwowe, lękliwe – ja…
Spojrzałam na nie raz jeszcze. Wytarłam dłonie o materiał spodni i z wahaniem, z niezdarnością dziecka, wzięłam je w dłonie. Na dnie futerału leżała druga, pożółkła kartka. Przeczytałam głośno :
„ Ryzyko. Spójrz na to, co trzymasz w dłoni i powiedz, czy warto było trwać pomiędzy…”
Delikatnie przesunęłam palcem po jednej ze strun.
Przyjęły mnie.
Czułam się, jakbym trzymała w dłoniach, nowonarodzone dziecko.

Nazajutrz przywitał mnie uśmiechem. Uśmiechem lekarza, który mówi – choroba minęła.
Tamtego dnia, wszystko było inne. On, one, ja – nawet pyłki kurzu, rozmawiały z powietrzem inaczej.

Ulica nie straciła nic ze swojego poprzedniego wyglądu, ale nabrała innego wyrazu. Świat zabarwił się moja dojrzałością. Dojrzewam. Słyszysz?
Gra, a dźwięk delikatnie wypełnia mi serce.
Patrzę na jego pokryte czasem dłonie i wiem…
Tak…Ja już to wiem…

Opublikowano

Świetne! Bardzo mi się podoba. Skrzypce... Kocham ten instrument. Bardzo bym chciała nauczyć się na nich grać.
Nie umiem...
Odczytałam ten tekst jako metaforę dojrzewania. Strach przed dorosłością, strach przed dotknięciem jej... I na końcu nareszcie jęk muśniętych strun tych świętych skrzypiec. Bohaterka stała się wreszcie dorosła. Hm... Przeszła rodzaj inicjacji...? Wtedy świat stał się inny. Również dorosły.
Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam. Niemniej, jeśli odczytać to dosłownie - faktycznie rozmowa dziewczyny ze starcem - też mi się szalenie podoba. Widzę ich w starym, XIX - wiecznym pokoju ze ścianami obitymi purpurową tkaniną w złote wzory, rozmawiających przy świetle świecy...
Nie pytaj, dlaczego akurat w takiej scenerii. Za dużo książek Anne Rice... ;)
Pozdrawiam serdecznie, R.

Opublikowano

Dziękuję. Tak. Ten tekst łączy w sobie własciwie trzy historie. Dwie z nich uchwyciłaś doskonale. Ciesze się, że się podobało. Jeszcze nie bardzo potrafie poruszać się po tej stronie :) W wolnej chwili zagłebię się w Twoją lekturę - pozdrawiam ciepło

Opublikowano

Skrzypce to także jedno z najbardziej intensywynych uczuć, jakie dane było człowiekowi przeżyć. Więc, nie tylko instrument, nie tylko dojrzałość, ale i historia dwojga ludzi...

Opublikowano

Wiem :) I dziekuje za komentarz. No właśnie - sama jestem zła na siebie o to. To kwestia jedengo słowa czy uczucia - to nie może być bazą. A może zwyczajnie sie nie przykładam? Tak czy inaczej cieszę sie, że wreszcie znalazł sie ktoś kto przestał mi słodzić - juz mnie to denerwuje:) Pozdrawiam serdecznie

Opublikowano

No, nie jet źle. Szanowna Autorka ma potencjał, który warto byłoby wykorzystać, bo poziom na naszej prozie najwyższy - muszę z przykrością stwierdzić - nie jest. Sam tekst nie najgorszy i nawet nie zarzucałbym mu, że nie wywiera wystarczającego wrażenia na czytelniku. Nie dlatego, że jest naczej, ale z powodu jego krótkiej formy. Nie spotkałem się tu dotychczas z tekstem, który by zostawiał po sobie dużo (abstrachując od tego, że nie wiem co to znaczy "zostawiać dużo"). A a propos krótkich form: radzę przy nich zostać. To wygodne dla wszystkich na portalach takich jak nasz. Interpunkcja też na plus. Reasumując zachęcam do rozwoju, a teraz czas na miażdżącą krytykę ;].
Sam tekst nie podoba mi się wyjątkowo, chociaż narracja, a przede wszystkim dialogi są prowadzone w zasadzie poprawnie. Przede wszystkim tekst jest dla mnie zbyt mało zindywidualizowany. Treść nie jest wyjątkowo oryginalna, tym bardziej język. Pewne zwroty są oklepane / wyświechtane etc. (vide: Gra, a dźwięk delikatnie wypełnia mi serce). Tekst jest mocno pretensjonalny, i chociaż doskonale zdaję sobię sprawę z tego, że taki w pewnym stopniu ma być, to niestety w tej swojej pretensjonalności jest jednak zanadto schematyczny (vide: Oczekiwanie i niepewność...
Niepewność i oczekiwanie. - takie powtórzenia ze zmianą szyku są okropne, cuchną harlekinem / gwałt na mojej duszy itp.). Pod koniec brakuje ogonka przy nosówce. Radzę uważać na polskie fonty, bo jeżeli gdzieś brakuje, sprawia to bardzo nieprzyjemne wrażenie, że utwór nie został dopracowany tak jak powinien (pomimo tego, że często bywa, że nosowość znika nam gdzieś przypadkiem w tzw. "praniu").
Ta pretensjonalność chodzi mi wciąż po głowie. Nie wiem po prostu, czy jest niezdrową tendencją, czy celowym zabiegiem (prosze nie udzielać odpowiedzi - będzie ją stanowić kolejna Pani proza).
No i niestety Autorka nie ustrzegła się błędów - mniejszych i większych - jak to zwykle bywa. Niektóre niestety bardzo rażą, więc pozwolę sobie przytoczyć, choćby taki o to wstrętny (!) pleonazm (i to na samym początku - swoją drogą; jak by to miało jakieś znaczenie gdzie, ha!): "Stał odwrócony tyłem". Nota bene, powtarza Pani ten błąd także później w tekście.
No i jak ma być patos, etos i aramis (ciepła ironia), to skoro "Mistrz" z dużej to i "Świętość" z dużej bym pisał, bo to w ogóle, zgodzi sie Pani ze mną, DUŻE słowo. I skoro "Ciebie" z dużej to i "Niego" z dużej. Także zwracam uwagę na konsekwencję dotyczącą używania dużych liter.
Unikałbym także "okrągłych sformułowań", tzn. takich, które są puste, ale brzmią ładnie, np:
"Życie, które znałam wydawało się bezbarwne, pozbawione tego, co nadaje mu treść." - aż chciałoby się wykrzyknąć: "Czyli, do cholery, CZEGO?"
Uważałbym na problemy z podmiotem, np. tutaj: "Przyłożył dłoń do strun i pierwszy raz zobaczyłam ich wysiłek "- dłoni czy strun?

No, ale koniec wytykania błędów, tzn. jest ich więcej, ale to nie chodzi o wypisanie ich wszystkich, tym bardziej, że na temat niektórych z nich możnaby polemizować (np. wycierania dłoni o materiał spodni, bo przecież nie o materiał, a o spodnie po prostu). Ale to już kosmetyka. Bo przecież nie o błędy sensu stricto czasem chodzi, ale o to, czy coś brzmi dobrze. Mam wrażenie, że, o ironio, tekst jest dosyć skonwencjalizowany, a sporo fraz jest trochę na siłę, robią wrażenie jakby Autorka próbowała wyjśc poza językowe schematy (czy poprawnie? Nie wiem).
Przyczepie się jeszcze tylko (:P) do strony graficznej. Skąd to zamiłowanie do klawisza pt. "enter". Wiem, że duży i nęcący, ale ograniczyłbym z nim kontakty nieco ;).

No to dokonałem tzw. "konstruktywnej krytyki". Oczywiście proza to proza, często można polemizować. Mam nadzieję, że moje uwagi się przydadzą. Wyjawię na koniec sekret, że nie miałbym siły pisać tego wszystkiego, gdyby nie słowa Autorki, które pozwolę sobie niniejszym przytoczyć: "Tak czy inaczej cieszę sie, że wreszcie znalazł sie ktoś kto przestał mi słodzić - juz mnie to denerwuje".
Mam nadzieję, że po przeczytaniu mojego komentarza będzie się Pani cieszyć dwa razy bardziej.

Pozdrawiam, życzę rozwoju, będę Panią obserwował, więc proszę się mieć na baczności! ;>

W pas ukłony.

wg

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


A czy ja słodzę...? Bo to chyba przytyk do mnie, skoro przed Baronem nikt Cię nie komentował. Piszę to, co myślę. Naprawdę mi się podoba. A jeśli nie chcesz słodkości (choć i tak uważam, że poprzednie moje wypowiedzi słodkościami nie były), to napisz coś więcej. Przeczytam, osądzę i się wypowiem. Może wtedy "słodzić" nie będę. Zależy czy mi się spodoba, czy nie. Czekam więc niecierpliwie.
Pozdrawiam, R.
Opublikowano

Proszę o wybaczenie tych, którzy poczuli sie dotknięci - nie to miałam na myśli - serdecznie przepraszam za słowa, które faktycznie takie wrażenie mogły pozostawić. Chodziło mi o inne osoby, które oceniają moje prace już bardziej poprzez sympatię do mnie niż ich faktyczną wartość. Za konstruktywną krytykę szczerze dziękuję - już dawno nic mnie tak nie ucieszyło - błędy (moje) - czuję sie zażenowana i świetnie, że ktoś zwrócił na nie uwagę - cóż moja wrażliwość - powiedziałabym za-wrazliwość ; ) często utrudnia mi pracę. Postaram sie bardzo walczyć z tym co mi zarzucono i co ja sama (pokrywa sie w znacznej mierze) sobie zarzucam. Więc - dziekuję : )

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...