Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Andy. Nikt nigdy nie wiedział, skąd się wzięło to przezwisko. Nikt nawet nie pamiętał, jak Andy miał na imię. Na pewno nie Andrzej. Wysoki, nieco chuderlawy. Cofnięte czoło i odstające uszy. Zawsze sprawiał wrażenie ospałego, wręcz notorycznie przymulonego. W jakim wieku? Nikt mu w dowód nie patrzył. Z twarzy zupełnie nijaki. Może dwadzieścia cztery, może dwadzieścia dziewięć. Spotkaliśmy go w zeszłym roku. Przyjechał z Gdańska i pisał mało ciekawe reportaże dla jednej z gazet. Z rodzaju tych, którzy nie zrobiliby nigdy żadnej głupoty. Nie ćpał, nie pił za dużo. Nie mówił zbyt wiele. Niby nijaki, ale chyba typ intelektualisty. Bart był kiedyś w jego mieszkaniu. Rozbawiony mówił, że nad łóżkiem zawiesił oprawioną w ramki „Potęgę smaku” Herberta.

Kara. W dowodzie Katarzyna. Blond włosy, może nieco przysadzisty korpus, ale ogólnie atrakcyjna dwudziestoparolatka. Minimalnie bliżej dwudziestki niż trzydziestki. Na co dzień uczy angielskiego po różnych kursach, dorabia na boku tłumaczeniami szmatławych czytadeł modnych amerykańskich autorów. Wieczorami bawi się w klubach stolicy. Jeździła w poszukiwaniu bounce’u na open’er. Jej religia to technotrans, którego jest wierną wyznawczynią.

Bart. Na co dzień brat Kary. Starszy ze dwa lata. Modna fryzura, włosy podniesione do góry na żelu, wywinięty we wszystkie strony czub. Aktualnie doktorant filozofii, aczkolwiek daleko nie zajdzie na uczelni. Jego metody nie mają raczej charakteru naukowego. Jest chyba tylko fascynatem życia.

Wreszcie czwarty. Boguś. Boguś miał wszelkie powody, żeby być właśnie Bogusiem. Nigdy Bogusławem. Może to jego rozlazła, pucułowata twarz, lepkie od potu dłonie. Nie sprawiał wrażenia specjalnie bystrego. Przeciętny, mało atrakcyjny, z wyraźnie seplenioną głoską r. Powiedz „łabałbał”. Czasem tylko nazywali go Biggie, odkąd kiedyś po sporej dawce goudy usiłował rapować jak niejaki Notorious.

Andy może nawet mógłby się którejś podobać. Niekiedy jego zamyślona twarz przyciągała różne dziwne dziewczyny. Mało zadbane, niepiękne, ale i nie bazyliszki, o zgłodniałych twarzach, pełnych pragnienia faceta. Po paru zdaniach wymruczanych przez Andy’ego ich zainteresowania mijało.
- Nudny jak książka telefoniczna – powtarzały niektóre. Nie to, co brat Kary – rąbnięty, szalony Bart. Zawsze miał wokół siebie mnóstwo dziewczyn, które czarował opowiadanymi mniej lub bardziej zmyślonymi historyjkami. Niedawno, jakieś dwa tygodnie temu, chwalił się o ostatnim pomyśle na urozmaicenie zajęć studentom pierwszego roku.

„Nie przygotowałem się jak zwykle do zajęć, więc podjąłem kolejną wielką improwizację.
A dzisiaj, moi drodzy, napiszcie swój nekrolog. Jedną stronę A4. Dokładnie to, co zdziałaliście. Nie mniej, nie więcej. To, co chcielibyście, żeby o was napisano w tym momencie, w tej chwili, gdyby wczoraj w metrze wybuchła bomba lub pijany kierowca wjechał w pełny przystanek.
A potem napiszcie drugi nekrolog. Napiszcie go dla siebie samych, gdybyście mieli siedemdziesiąt lat. Co chcecie zrobić do tego czasu. Jak chcecie być wspominani.
Nikt nie musi oddawać. Jeżeli ktoś chce, może anonimowo zostawić kartkę na moim stole. Kto skończy, może wyjść.”

– Wyszedłem z sali zapalić. Posiedziałem trochę na zewnątrz budynku. Wróciłem po półgodzinie. W pomieszczeniu już nikogo nie było, ale na stole o dziwo leżało kilkanaście arkuszy. Wziąłem pierwszy z zaciekawieniem. Był krótko zapisany. Krótko, zwięźle i dosadnie. „Spieprzaj na bambus marnawy psychoanalityku.” Złożyłem kartkę i schowałem do kieszeni. Resztę włożyłem do teczki.

Bart wyciągnął się leniwie na łóżku.
– Dobrze wiem, kto to napisał. Krótko obcięty chłopaczek spod okna. Zawsze założone ramiona, przenikliwy, pogardliwy wzrok i wzruszenie ramion, gdy się do niego odezwę.
Ze trzy kartki od moich stałych fanek, wpatrujących się ślepo z pierwszej ławki. Coś w stylu „ból czuje każdy, dlaczego więc tak nas śmierć zaskakuje” albo „czy niebo tak kłamie czy naprawdę anioła mam” – Bart zarechotał basem – Rozkoszne teksty. Nie o to mi chodziło. Poza tym parę zapisków od kilku pozerów-bufonów, z lubością wdających się w pseudofilozoficzne dyskusje. I jeszcze jeden autor, w zasadzie autorka, nawet podpisana na kartce. Aneta. To chyba ta chuda, rudawa, w okularach. Nie traciłbym na nią czasu.

Napisała krótko. Nie o sobie. Napisała „Bartosz K. Żył dwadzieścia parę lat. Próbował filozofii.” I jej podpis. To wszystko. Napisała o mnie to, jak by ktoś na mnie patrzył.

Boguś przerwał rozbawiony: - I masz mądłalo. To właśnie wszystko, co sam złobiłeś. Wszystko czyli nic. Płóbowałeś, a płóbami wybrukowali sam wiesz co.
Czyli zrobiłem to samo, co ty – Bart nie pozostawiał nigdy żadnych niedokończonych kwestii. – To samo co ty, Andy czy Kara.
Andy nawet się nie poruszył. Siedział dalej na kanapie, na pozór senny, ale oczy patrzyły bystrym okiem. Chyba nigdy o nic nie dbał, tak samo jak nigdy nikt nie dbał o niego.

- Ty niewyłośnięty myślicielu. Twoje teorie, są bez żadnego sensu. To tylko zabawy beż żadnego przesłania. I ta dziewczyna to udowodniła.
- To nie chodzi o mnie, tylko tych niedorosłych studentów. A sam też się przy nich uczę – Bart podjął próbę dyskusji.
- Haha. Przecież masz w dupie doktorat. Lubisz tylko popisywać się, że prowadzisz zajęcia na uniwerku.
Bart machnął ręką i wyszedł z pokoju. Kara była już na lekkim haju po swojej zwykłej, białej tabletce ze znaczkiem a la mitsubishi. Już oczy zaczęły jej szaleć po pokoju, ale jeszcze przed wyjściem do klubu miała ochotę na docinki do Bogusia.
- Co kogo obchodzą takie głupoty. I weź spójrz w lustro. Tylko krytykujesz, Biggie. Znalazłbyś kogoś, przestałbyś jęczeć.

Bogusia ostatni raz widziano w poprzedni piątek. Wychodził z bloku na Muranowie, szedł w kierunku Fortów Bema. Pociągi rzadko przejeżdżają pod wiaduktem pod Prymasa Tysiąclecia. Teraz akurat jechał. Boguś najwyraźniej nie spojrzał nigdzie, szedł jak zwykle z głową przy ziemi, wsłuchany w siebie.
Znaleziono jego dziennik. Niektórzy byli wstrząśnięci. Niespodziewana śmierć zawsze jest szokiem.

Sytuacja when the dreams come true zajmuje pierwsze miejsce na liście moich sennych koszmarów.
To będzie dzień sztuki latania, gdy znajdę swoje jedenaste piętro i spojrzę w dół. Dół będzie majestatycznie roznosił woń wieczności. Dramat powinien mieć puentę. Czekanie na Godota uwieńczy moment oświecenia. Pierwsza i ostatnia nirwana, jakiej dane mi będzie doznać.


Boguś na pewno nie dotarł do krainy marzeń, a sztukę latania zgniotło czterdzieści ton stali. Na pogrzebie Bart z wrodzoną delikatnością powiedział:
– I to byłoby tyle a płopos nekłologów.

Andy wyjechał z kraju dzień później. Od jakiegoś czasu coś wspominał, że chciałby wyjechać na stałe, spróbować restartu i znaleźć spokój gdzieś indziej. Wyjazd był jednak szokiem. Nazajutrz przyszła do naszego mieszkania rudawa dziewczyna o pulchnej twarzy. Nie wiem jak nas znalazła, podobno Andy poznał nas z nią na jakiejś imprezie. Nic nie pamiętaliśmy.
- Szukam od paru dni Wojtka, nie widzieliście go może?
- Wojtka? Nie znamy żadnego.
- No, Andy’ego. Nie ma go w mieszkaniu, nie odbiera telefonu. Nie wiem, czy coś mu się nie stało
A więc Andy był Wojciechem.
- Wyleciał wczoraj do Dublinu.
Rudawą laskę zatkało. Podobno chodziła z Andym od kilku miesięcy. Andy vel Wojciech najwyraźniej nie raczył jej poinformować o tym drobiazgu.


– Życie to gówno bez żadnego schematu, co? – Kara skończyła opowiadać. - Taki soundtrack, do którego nikt nie chce, ale każdy musi tańczyć.
Do tej cały czas mówiła patrząc na smolne niebo asfaltu. Teraz podniosła wzrok w kierunku lekkiej poświaty, która powoli wynurza się po czwartej nad ranem w letnie poranki. Siedziała obok mnie na murku na tyłach brudnego, zatłoczonego, pozbawionego klimatyzacji, klubu na skraju Bródna. Nie wiem, po co to opowiedziała mi tę mętną historię czwórki nieznanych mi osób. Nie widzieliśmy się nigdy wcześniej ani nigdy później. Pomogłem jej wyjść z lokalu, gdy stała z zamglonymi oczami pod ścianą i usiłowała złapać równowagę. Ode mnie dowiedziała się tylko, jak mam na imię.
- Dzięki za pomoc…
- Karol.
- Dzięki za pomoc, Karol.

Odprowadziłem Karę do autobusu. Pierwszy tego pięć zero sześć nadjechał wypełniony półprzytomnymi nastolatkami, wracającymi z imprez na kacu lub jeszcze haju albo pełnym upojeniu alkoholowym.
- Pa Karol.
- See ya Kara – ostatni zamglony uśmiech i znikła we wnętrzu żółto-czerwonego pojazdu. Odszedłem od przystanku do betonowego pasażu zieleni pomiędzy Kondratowicza a Wyszogrodzką. Nad białymi bryłami bloków Bródna wypełzał świt. Ławeczka była pusta. Usiadłem z Lucky Strike’iem. W słuchawkach Days Go By Dirty Vegas. Właśnie tak. Days go by.

Opublikowano
Płóbowałeś, a płóbami wybrukowali sam wiesz co.
Twoje teorie,
- Boguś nie wymawia "r" a tekście raz jest raz nie ma tej litery, więc to małe niedociągnięcie. No chyba, że wymawia głoskę "r" ale nie zawsze
Teraz akurat jechał. może warto dodać - "jakiś jechał" albo "jeden jechał"

Nie przyglądałem się dokładniej. Wymaga dopracowania, ale dość ciekawe.
Pomysł z nekrologiem niezły (choć gdzieś już o tym słyszałem).
O ile mnie pamięć nie zmyla, to Kara spotkała Karola jeden raz w życiu i opowiedziała mu to, co ją trapi. Mam w myślach scenę z jakiegoś amerykańskiego filmu, w którym spotyka się dwoje obcych osób i zaczynają sobie przedstawiać historie swojego życia...

Jak na standardy tego forum to wcale nie taki krótki tekst ;) Czego oczekuję po tekście? Chciałbym dowiedzieć się więcej o powodach śmierci Bogusia.Bo chyba próba latania to nie wszystko. Dla mnie najciekawsza postać tekstu. moje odczucie jest takie - bohaterowie jak większość ludzi są zagubieni w trybach maszyny życia i nie mogą sobie z tym poradzić.
Przypominają mi aktorów kina holiłódzkiego. Choć moim zdaniem do soundtracku się nie tańczy, przynajmniej jeśli jest to ścieżka dźwiękowa do filmu zwanego "życie"...

sory za te osobiste wynurzenia, mam nadzieję, że choć po troszę wczułeś się w mój tok rozumowania.
Opublikowano

no tak, tekst z pewnością nie jest dopracowany. wkleiłem go raczej na gorąco, po napisaniu, bez większych refleksji nad detalami.
będę jeszcze poprawiać i dopracowywać.

"wczułem się w Twój tok";) właśnie tak, zagubienie, brak schematów, brak algorytmu przetrwania. dziękuję za przemyślenia na temat tekstu
pozdr.
zm

Opublikowano

Czyta się jak wyrwane fragmenty większej całości. Tu nekrologi, tam Boguś i pociąg, niby wszystko się łączy, ale jak dla mnie brakuje czegoś tak pomiędzy. Chętnie przeczytałabym większą całość, jaką planujesz stworzyć, o ile oprócz czegoś przed czy po dodasz jeszcze parę szczegółów (albo nawet większych fragmentów) pomiędzy. Kara to wszystko opowiada, jest na haju, ok, ale dlaczego tłumaczysz to dopiero na końcu? Poza tym mi się podobało :) Jest jakieś przesłanie, dość fajni bohaterowie i mimo bałąganu dobrze się czyta, gdybyś to uporządkował ,byłoby w ogóle super. tak myślę

pozdrawiam, malarka

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Chodzę jak na szpilkach Biodrami zataczam spiralę Spojrzeniem Idę wolniej w dół Tam gdzie skarby schowane Biodrami zataczam spiralę Prowadzę dłońmi wnet Tam gdzie skarby schowane Naciągam spojrzenie kuse Prowadzę dłońmi wnet Po drodze zbieram klejnoty Naciągam spojrzenie kuse Zakrywam nieco iluzję cnoty Po drodze zbieram klejnoty Spojrzeniem Idę wolniej w dół Zakrywam nieco iluzję cnoty Chodzę jak na szpilkach
    • Mało! Woła mu Nel. Tlenu mało! Wołam
    • Ale antał piwa RP sprawi płatna Ela
    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...