Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Brudne, żółtobrązowe światło wokół mnie. I przez chwilę zimny, ostry błysk igły. Ulga. Chcę się oprzeć o szarożółte kafelki na ścianie. Ale ona znika. Nie ma jej! Nieważne. Padam na kamienną posadzkę. Jakaś żółta kałuża.
Nagle wszystko staje się jasne, wręcz oślepiająco białe. Szum. Gwar.
I kroki.
Rozmowy wokół mnie. Radość. Czyjś perlisty śmiech. Zamienia się w tysiące srebrnych kropelek. Rozpryskuje się na podłodze.
Kroki. Coraz bliżej. Rytmiczne. Szybkie. Stuk stuk stuk. Obcasy.
Biała mgła. Piękna! Mogę jej dotknąć. Rozmowy cichną. Żółta kałuża obok mnie faluje. Dlaczego? Nie ma wiatru. A może jest? Sama nie wiem.
Stuk stuk stuk.
Idę. Kroki za mną.
Kałuża się wybrzusza. Gęstnieje. Na środku rośnie bąbel. Pęknie?
Śmiech.
Pękł. Rozbryznął się wszędzie wokół. Ochlapał ściany, drzewa, niebo i mnie. Spływa gęstą mazią. Uciekam.
Kroki. Coraz bliżej i bliżej. Nie dogonią mnie! Nie dam się! Bliżej. Biec! Uciec! Jak najdalej!
Boję się. Czego?
Uciec.
Krzyk. Przerażenie. Kto tak krzyczy? Gdzieś daleko. Dlaczego się tak nade mną pochylasz? Ale masz wielką mordę. Czemu jesteś rozmazany? A. Już wiem. Nie jesteś człowiekiem. Odejdź.
- Słyszysz mnie? Dziewczyno, obudź się! Mów coś!
Dziwne. Poruszasz ustami, jesteś tuż nade mną. Ale to nie możesz ty mówić. Przecież ten głos jest zza gór.
Kroki.
Odejdź. Odejdź! WON!!!
Uciekać. Nie złapią mnie. Tam, w góry. Za lasem mnie nie dosięgną. Byle tylko dobiec. Szybciej! Szybciej!!! Nie oddycham. Jak to się robi? Zaraz się uduszę. Nie chcę. Jak się oddycha? Dobiec tam. Zejdź ze mnie! Dlaczego siedzisz mi na piersiach? Odejdź, muszę biec.
Góry coraz dalej. Coraz mniejsze.
Kroki za mną. Obok mnie. We mnie. Ale nie przede mną! Nie wyprzedzą mnie.
Idę. Obok mnie białe jak śnieg nogi. Chude. Cienkie. Ale silne. Kobieta. Czarne kozaczki na obcasach. Na nich szkarłatne wzory. To krew!
Nie, to nie krew. Pnącza. Bluszcz. Oplata się wokół nóg. Dusi je. Pochłania.
Nie złapiesz mnie. Nie prześcigniesz. Nie dam ci! Ja będę pierwsza! Nie wyprzedzisz mnie! Nie chcę!
Nie chcę umierać!
Umierać? Dlaczego? Przecież nie umieram.
Wszystko jedno. Wyprzedź mnie, jak chcesz.
Kroki. Coraz głośniejsze. Huczą mi w głowie. Zajmują ją całą. Rozsadzają od środka. Dzwony. To nie kroki. To dzwony. Kołyszą się na zmurszałych belach w starej dzwonnicy. Opuszczonej. Cmentarnej.
Więc jednak mnie przegoniłaś...

Opublikowano

może sie nie znam na prozie, ale powyższy tekst, widziałabym
jako część składową czegoś dłuższego. konkretne postacie,
akcja itd. co się stało po przebudzeniu bohaterki, jaki
wpływ na jej życie miał ten sen?

tszymai się Espena Sway :)

Opublikowano

Hm. Ujmę to tak - możliwe, iż wyglądało by to coś całkiem nieźle w jakowejś większej całości. I może kiedyś się tam znajdzie. Ale na razie pomysłów ni ma. ;) Jakby coś, to jestem otwarta na sugestie.
Co do tego, co się działo po przebudzeniu - ona się nie przebudziła. Ona umarła.
Dzięki za komentarz i przeczytanie :)
Rhiannon

Opublikowano

Strumień świadomości osoby umierającej, chaotyczny - co oczywiste. Ale czy jest w Twoim tekście "coś"? Zupełnie zwyczajny, nie zmusza zbytnio do refleksji, bo nad czym miałaby ta refleksja być? Ogólna myśl o życiu i smierci? Chyba nie.
Chciałaś ukazać myśli, zachowanie, spostrzeżenia, intensywne i permanentne odrealnianie postaci, która jest coraz bliżej końca. Ja to rozumiem, ale tekst dla mnie nic nie wnosi. Ani tematycznie, ani literacko nie robi wrażenia.
I ostatnia sugestia. Już na samym początku rzuca się w oczy nieprzyjemnie to, że za dużo w oczy rzuca się bohaterce. Chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że to pewna wizja i trudno polemizowac nad tym, na co zwraca uwagę ktoś, kto umiera, ale trudno przyjąc mi do wiadomości, że taka osoba myśli sobie np.że światło wokół niej jest "żółtobrązowe", a kafelki są "szarożółte". Nawet jeżeli przyjąć, (a byłoby to założenie tyle zabawne, co pozbawione nieco logiki), że nie jest to do końca strumień świadomości, tylko chłodna narracja, nosząca znamiona odgórności swych sądów, to i tak na mojej twarzy pojawia się niezidentyfikowany grymas, kiedy pomyślę o osobie, która umiera, chce przed tą śmiercią uciec i myśli sobie: "Brudne, żółtobrązowe światło wokół mnie. I przez chwilę zimny, ostry błysk igły. Ulga. Chcę się oprzeć o szarożółte kafelki na ścianie". Dla mnie brzmi to śmiesznie. Jestem na nie.

Pozdrawiam

Opublikowano

Wesoły grabarzu, chyba zbyt dosłownie odczytałeś ten tekst - jakby bohaterka myślała to wszystko dokładnie tymi słowami, którymi autorka to zapisała. Ja to wszystko odebrałam jako ciąg obrazów - rzeczywistość miesza się z majakami, w dodatku coraz mniej jest opisów rzeczywistości, a coraz więcej majaków.
Bardzo dobre jest stopniowanie - że tak powiem - zamazywania się świadomości, czemu służy to, iż na początku tekstu występuje kilka pełnych, dość długich zdań, a potem jest coraz więcej coraz krótszych równoważników.
A ta igła? - w moim odbiorze to narkotyk. Dlatego w pierwszym akapicie bohaterka jest jeszcze żywa i całkiem przytomna, a od słowa "ulga" zaczyna być coraz bardziej na haju.
Całość można odczytać jako metaforę życia narkomanki: od pierwszej próby zażycia trucizny poprzez coraz silniejsze porażenia świadomości, od ulgi do koszmaru, majaków, potem wyścig ze śmiercią, pragnienie przeżycia jako ostatnia "świadoma" myśl - i wreszcie nieuchronny koniec, kaplica.
Mnie się podoba ten tekst.

Opublikowano

No właśnie. Gdyby nie to, że Oxyvia dodała swój komentarz, napiasabym to samo, co ona. Dziękuję za wyręczenie mnie ;)
Co do tego, że z tekstu nic nie wynika... To zależy, z jakiego punktu widzenia. Jedni tam zobaczą wyłącznie śmierć i nic poza tym, a inni być może stwierdzą, że nie warto sięgać po prochy... Sorki. Nie, nie miało tu być smrodku dydaktycznego, jestem daleka od moralizowania kogokolwiek. Tak mi się tylko powiedziało. :)
No. Ale poza tym dziękuję za przeczytanie, komentarz i konstruktywną krytykę. Nie każdemu się w końcu musi podobać moja pisanina, nie? ;)
Pozdro, R.

Opublikowano

Jak się chce, to można się doszukiwać w tekście i czternastu den, zaskakująca zbierzność myśli między Paniami, zbieg okoliczności, czy tzw. "przeznaczenie". Na miejscu Pań nie zostawiłbym tak tego. Niedaleko pada skorupka od jajka, czy jak to się tam mówi.
Ten tekst dla mnie na nie, ale będę Autorkę obserwował

bacznie

w pas ukłony

p.s być może rzeczywiście odczytuje nazbyt literalnie, posiedzę troche w poezji i może skumam po powrocie.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Uoch!
Brzmi groźnie... ;)
Dziękuję.
A tekst nie musi się podobać każdemu. Zdaję sobie sprawę, że jest na tyle dziwny, że albo czytelnicy uznają go za arcydzieło, albo za dno. :) Byłam ciekawa, co wybiorą...

A że zbieżność myśli... cóż. Bywa. W sumie to o takie właśnie odczytanie mi chodziło, jak już mówiłam, no i Oxyvia się tego docztała. I dobrze. Cieszę się, że się w ogóle da, bo nie do końca byłam pewna, czy tekst jest jasny tylko dla mnie, czy dla innych też. Nie wylądowało na warsztacie, bo uznałam, że jednak ta druga opcja jest prawidłowa.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie, R.
Opublikowano

Słabiutki ten tekst, praktycznie o niczym.
Idę, stuk stuk, kroki, krzyk, wszystko jedno, kroki - takie bla bla bla.

Tutaj możesz publikować pod płaszczykiem ochronnym, bo niewiele osób zagląda a znajomi puszczą oczko i poklepią po ramieniu, że super , ektra. gdybys to opublikowała w dziale dla początkujących to by na Tobie nie zostawiono suchej nitki. wesoły grabarz dość subtelnie wyraził swoją opinię. Ja trochę inaczej.
KULA!!!

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Szczerze mówiąc, nie bardzo rozumiem ten komentarz... <:>
Poza tym, poprzednio, zdaje się, sugerowałeś, że się umówiłyśmy z Oxyvią co do interpretacji mego wspa... no, dobra. Mego utworu. Otóż nie. Ona naprawdę tak myśli. A ja napisałam, że myśli prawidłowo, bo to prawda. I nic na to nie poradzę... ;)
Podrawiam serdecznie, R.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Masz pawo myśleć, że to o niczym. Mimo, że wcześniej było wyjaśnione, że jednak o czymś. Ale dobra, Twoja sprawa. Nie rozumiem jednak, czemu twierdzisz, że na P by mnie zjechali, a tu mnie wszyscy poklepią...? Chyba właśnie tutaj by mnie bardziej zmieszano z błotem, niż tam, skoro tu jest dział dla zaawansowanych, prawda? Chyba zwykłą koleją rzeczy bardziej się jeździ po tych, którzy uważają się za zaawansowanych w czymkolwiek, niż po początkujących... Nie żebym się napraszała, oczywiście, ale tak chyba jest. I w Regulaminie chyba też jest napisane, że na P nie można za bardzo brykać, bo oni się dopiero uczą. Czy nie mam racji?
R.
Opublikowano

Między tymi działami de facto to pozostała tylko różnica w nazwie. Tu sporadycznie się komentuje (wiem bo jestem trochę czasu na forum) i zazwyczaj o wiele mniej wnikliwie niż w drugim dziale. Podsumowując - na razie zaczynasz przygodę z pisaniem, tekst mnie nie przejął, wręcz znużył. A w regulaminie mowa o grzeczności dla debiutantów jest i się jej przestrzega, ale pisze się też szczere, konstruktywne komentarze. Kilka przydałoby się i tutaj. Jeśli już chcesz się do tego regulaminu stosować, to wstawiaj krótsze teksty do debiutów. Zresztą rób co chcesz. Ja tylko wyrażam moją dezaprobatę wobec takich nijakich "opowiadań". Dziękuję.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Szczerze mówiąc, nie bardzo rozumiem ten komentarz... <:>
Poza tym, poprzednio, zdaje się, sugerowałeś, że się umówiłyśmy z Oxyvią co do interpretacji mego wspa... no, dobra. Mego utworu. Otóż nie. Ona naprawdę tak myśli. A ja napisałam, że myśli prawidłowo, bo to prawda. I nic na to nie poradzę... ;)
Podrawiam serdecznie, R.


niczego nie sugeruję, nie daję się atmosferze, która opanowała tzw. "górę", nie ma układów, prowokacji, spisków - na pewno nie tutaj, nie będę tłumaczył moich komentarzy, bo to bez sensu (mam zacząc przypisy robić?), po prostu tekst jest słaby, a założenie, że ktoś uzna go za arcydzieło (lub ewentualnie dno) jest żenujące ;]

pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Szczerze mówiąc, nie bardzo rozumiem ten komentarz... <:>
Poza tym, poprzednio, zdaje się, sugerowałeś, że się umówiłyśmy z Oxyvią co do interpretacji mego wspa... no, dobra. Mego utworu. Otóż nie. Ona naprawdę tak myśli. A ja napisałam, że myśli prawidłowo, bo to prawda. I nic na to nie poradzę... ;)
Podrawiam serdecznie, R.


niczego nie sugeruję, nie daję się atmosferze, która opanowała tzw. "górę", nie ma układów, prowokacji, spisków - na pewno nie tutaj, nie będę tłumaczył moich komentarzy, bo to bez sensu (mam zacząc przypisy robić?), po prostu tekst jest słaby, a założenie, że ktoś uzna go za arcydzieło (lub ewentualnie dno) jest żenujące ;]

pozdrawiam
To był żart. Wiesz, co to żart? To zajrzyj do słownika.
A jeśli piszesz jakieś dziwaczne znaczki w komentarzach, to się nie dziw, że Ziemianie nie zrozumieją przekazu.
Ja też pozdrawiam. R.
  • 1 miesiąc temu...
Opublikowano

Wydaje mi sie, ze tekst jest troche nie prawdziwy. Otoz uwazam, ze tworzy jakby sztuczna glebie. Daje czytelnikowi zludzenie, jakoby autorce chodzilo o "cos wiecej". Ale pomysl jest ciekawy, moze nie ekstremalnie oryginalny, ale nie mdly jak wiekszosc dzisiejszej "literatury wyzszej". Jestem na tak:)

Opublikowano

Mnie się podoba. Podoba mi się mieszanie się doznań zmysłów docierających z "naszego świata", subiektywnych odczuć z majaczeniem, strachem, z chwytem literackim, jaki wprowadzają symboliczne kroki. Wydaje się, że bardzo dobrze opisany strach, walka, wreszcie poddanie się.
Temat od zawsze nurtujący człowieka, tym trudniejszy do efektownego opisania, gdyż dużo na ten temat zostało już napisane (i namalowane, wyrzeźbione, sfilmowane, nagadane...) ale zawsze będziemy do tego tematu wracać, a wszystko co napisane będzie li tylko subiektywnym wyobrażeniem tego momentu, bo i tak nigdy nie dowiemy się wszystkiego.
Pobudza wyobraźnię. Strzykawka daje dodatkowy element dydaktycznej przestrogi...
Pisz jeszcze!
Trzymka.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...