Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ależ było gorąco. Wydawało się, że jest goręcej niż w ogóle gorąco mogłoby kiedykolwiek być. Nie przez temperaturę rzecz jasna. We wrześniu amplituda w takim klimacie jest żałośnie niska. Tamta atmosfera... tamto napięcie... niby erotyczne, ale tak wysublimowane, że wymykające się językowi. Nie powinno to dziwić, tak najczęściej bywa z chwilami wyjątkowymi. Wyjątkowymi – brzmi śmiesznie ułomnie. Więc po co pisać? Po co mówić? Dać namiastkę... cóż by to była za namiastka... jak tania dziwka zamiast luksusowej prostytutki. Trafna i żenująca analogia. Jednak pisać. Choć się nie umie, choć to z góry skazane na amputację sedna. Niemożność dotarcia do istoty nie zniechęca jednak. Siła spontanicznej ekspresji straszliwie przewyższa gówniany racjonalizm. Jakże wysublimowanie podniecające, że nie o seks wtedy chodziło. Nic z tych rzeczy. Seks to seks, czysta kopulacja, nieskładne ruchy, ofiara na ołtarzu najwyższego z instynktów. Chociaż rozmowa nie ograniczała się do kwestii polityczno – meteorologicznych, była nadzwyczaj zgodna z kawiarnianym konwenansem. Tak przynajmniej mogłoby się wydawać. Ale to co działo się między słowami... Boże... niesamowita kobieta. A nie był to nawet flirt. Gorzej, to było coś znacznie więcej. Czysta mistyka obcowania dwóch dusz, ciał, dwóch zamglonych i jasnych spojrzeń. Jakże tanie romansidła zubożyły słowa! Odebrały im charakter, duszę... połknąć warstwę semantyczną, częściowo strawić i wyrzygać z żółcią na przybrudzone już nieco buty słabego pisarza – z jak ohydną prostotą udało im się to osiągnąć. Jestem pełen gorzkiego podziwu. Tamten wzrok... niewinny, czysty, molestujący. Wyuzdana kokietka. Nadświadoma, ironiczna w swojej pseudo-nieświadomości. Przekonana o swojej władzy nade mną. Władzy... ehh... tam już nie było „władzy”, ja byłem Jej, więcej, byłem Nią. Stawałem się w Niej, wcześniej jako obły kształt, nagle tragicznie doprecyzowany przez mokre wargi. Moja Bogini, moja Stworzycielka, która samą swoją obecnością potrafiła obudzić to, co we mnie najbardziej pierwotne i jednocześnie złożone. Konałem... tak, to była męka. Afirmacja masochizmu, ból dający rozkosz. W jakże tandetną wizję słowa wtłaczają prawdziwą epifanię (trudne słowo dla przeciwwagi, choć wiem, że po drugiej stronie rzeki czeka z rozdziawioną paszczą pseudointelektualny bełkot! W takim razie – płynę z nurtem). Poza w jakiej siedziała, sposób, w jaki zaciągała się papierosem, podnosiła do ust kieliszek. Bawiła się mną! Tak, bez wątpienia, budząc we mnie to, co bez Niej nigdy nie zobaczyłoby światła nocy, stała się Panią własnego tworu. Podporządkowany i zachłyśnięty Absolutem, doprowadzony do granic własnych wytrzymałości, które Ona surowo kazała mi przekraczać. Czułem, że nie wytrzymam, musiałem coś zrobić, wstać i uciec? Sił brak... chociaż odezwać się znów, żeby mówione słowo przeszyło na wskroś i osłabiło tę przytłaczającą, zalatującą Gombrowiczowskim smrodem, atmosferę. Ratunek przyszedł nagle i zupełnie nieoczekiwanie - jak wstawione przypadkowo, roztargnioną ręką, zaliczenie w indeksie tępego studenta.
- Przepraszam Pana najmocniej – urocza filigranowa blondynka o figlarnym spojrzeniu stała nade mną.
- Tak?
- Czy to Pan publikuje swoje utwory pod przewrotnym pseudonimem „wesoły grabarz” na jednym z nie cieszących się dobrą sławą portali poetyckich, którego nazwy wolałabym, z całym szacunkiem, nie ujawniać, aby nie zostać posądzoną o krypto-reklamę...
- Obawiam się, że chodzi właśnie o mnie. Wniosek ten wysuwam na podstawie zaskakująco precyzyjnie dobranych przez Szanowną Panią słów, którymi zostałem właśnie uraczony – walę jej błazeńsko barokiem prosto w czaszkę.
- W takim razie mam prośbę – ona na to. -Niech Pan znajdzie sobie inne hobby. Bo widzi Pan, ta Pańska przewrotność, niby umiejętna zabawa stylami, nieudane, żałosne próby upłynniania granic między nimi, gra z konwencją ... to wszystko takie pretensjonalne. Wydaje się Panu, że jest Pan bystry, że ma Pan talent! Myśli Pan, że ktoś Pana odkryje jak Masłowską, ale ona ma swój styl, napisała pierwszą powieść, którą rozumieją więźniowie, dzieci ulicy i Marcin Świetlicki. A Pan może sobie studiować, to co on, nawet 10 lat! To nie pomoże! Pan jest żaden! W rzeczywistości skrywa się Pan za tanią maską ironii. Boi się Pan! Tak! Boi się Pan, że nie potrafi napisać normalnego opowiadania, że będzie gorsze od tych miernot, które co miesiąc dostają książki, sponsorowane przez portale poetyckie, których nazw, z przyczyn już przeze mnie omawianych, przytaczać nie będę!
Ja na to wstaję i we wzburzeniu nieludzkim obracam się na pięcie, zaskoczony obrotem sprawy. Zapominam nawet, cholera, przez tę absurdalną sytuację, o mojej Bogini.
-Jestem niezłym pisarzem i jeszcze gorszym poetą! –rzucam panience na odchodnym, nieco poirytowany tym zjadliwym monologiem, pełnym blond - prawd, które nawiasem mówiąc, są z gruntu fałszywe.

Opublikowano

zastanawiam się, czy powstanie dalszy ciąg tej historii? początek ciekawy,
podoba mi się wprowadzenie, jednak /jak na mój gust/ trochę za długie
jest to rozczulanie się nad ową kobietą.

proszę poczekać na tych, co się lepiej znają

tszymai się Espena Sway :)

Opublikowano

A wiesz, Espena? Ja bym powiedziała, że jest to rozczulanie się bardziej nad sobą, niż nad tą kobietą. W końcu to ona góruje nad bohaterem i ona jemu zarzuca grafomaństwo. On za to ją ubóstwia. Przynajmniej dopóki mu nie powiedziała, co o nim myśli. Bo co było dalej, to już nie wiadomo. Aczkolwiek sądzę, że teraz to już się nią aż tak nie fascynuje.
Drogi Autorze! Mnie się ogółem opowiadanie podoba. Takie... w moim stylu. Ostatnio poznajdywałam u siebie w domiszczu mnóstwo tego typu rozmów na temat mojej twórczości. Takie utwory są mi więc bardzo bliskie. Jednak, posługując się Twoim językiem, którym komentujesz poezję:
"(...)prawd, które są z gruntu fałszywe"? A jakim cudem prawda może być fałszywa?
Nie przyjmuj tego jako atak. Naprawdę brzmi to kostropato. :)
Pozdrowienia! R.

Opublikowano

Droga Rhiannon, to ja się posługuje jakimś zindywidualizowanym językiem, kiedy komentuje poezję? ;>
Nie czytałaś chyba mojego opowiadania uważnie, bo kobieta - Bóstwo i filigranowa blondyneczka to są przecież dwie różne osoby i wydaje mi się, że z tekstu wynika to dosyć jasno. Przecież to blondyneczka "ratuje" mnie z opresji i mogę na chwilę wymknąć się... z resztą nie, nie mogę przecież dokonywać tłumaczenia własnego tekstu, który jest prosty jak drut.
Jestem otwarty na konstruktywną krytykę, dzięki za komentarz, choć niestety w żadnej mierze z zarzutami czy też, (bądźmy zeufemizowani) sugestiami, zgodzić się nie mogę.
Po pierwsze blond-prawdy, które są fałszywe to esencja, "kropka nad i" całości. To ma brzmieć, jak napisałaś, "kostropato".
Ale nawet jeżeli nia miałoby to w moim zamyśle zgrzytać (chociaż zapewniam, że taka była moja intencja) to z punktu widzenia logiki i tak obronić to zdanie można z łatwością.
Pytasz, z pobłażliwą ironią, moja Droga :D, posługując się moim domniemanym językiem, jakim cudem prawda może być fałszywa. A czy ja cos takiego napisałem? Absolutnie nie. Ja pisałem o BLOND-prawdach, które są z gruntu fałszywe. To OLBRZYMIA różnica. Prosiłbym o zintensyfikowanie uwagi w trakcie czytania ;>
Pozdrawiam.

Opublikowano

Dobrze. Przepraszam. :)
Przeczytałam jeszcze raz. Poprzednio jakoś mi umknął fakt, że to są dwie kobiety. Być może z powodu zmęczenia, być może z powodu wściekłości (nieważne - nie na Ciebie), a być może z powodu tego, że zostało to zaznaczone jednym, drobnym słówkiem na końcu. Czy znowu czegoś nie widzę...?

Opublikowano

Nie ma co przepraszać, nie się nie dzieje, ale uważać trzeba, bo poprzedni komentarz nie był najlepszy niestety ;>
Nie wiem, czy znowu czegoś nie widzisz, bo nie napisałaś co widzisz.
Jednym, drobnym słówkiem? Którym?
Nieustające pozdrowienia.

Opublikowano

Można brejkać wszystkie rule, ale od konwencji uciec nie sposób (jest pupa, gęba, łydka). Ja próbowałem w swym anty-blogu podejmować podobną tematyką zahaczającą o autotematyzm. Nie podejmowałem się opisywania relacji damsko-męskich. Widać, że podobne kwestie nas nurtują. Widać dużą świadomość piszącego, gdzie zmierza i z czym się mierzy w trudzie pisarskim. Wręcz prosi się o rozwinięcie, dopełnienie historii. Pierwiastek humorystyczny mile widziany.

Opublikowano

Dzięki za przychylny komentarz, kwestia odgórności konwencji i gombrowiczowskiego nurtu filozoficznego (ucieczka z jednej formy jest zawsze wejściem w inną etc. etc.) jest tak oczywista, że wspominac o tym chyba nie warto ;> (oczywista, choć w rzeczywistości trudna do zrozumienia, co spowodowane jest m. innymi schematycznym myśleniem właśnie, tj. gombrowicz -> pupa -> łydka -> forma) sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Ale nie piszę z perspektywy kogoś, kto potrafił przez owo skomplikowanie przebrnąć, przeciwnie - mam trudności, żeby w ogóle nabrać swiadomości dotyczącej złożoności problemu (zabrzmiało pseudointelektualnie, ale chyba się rozumiemy).


pozdrawiam

Opublikowano

Faktycznie, nieco strywializowałem poglądy Gombro (krótki komentarz oparłem na sloganowości, akcentując wybrane składniki), ale chyba sie rozumiemy. Przyznam, że połechtał mnie Twój tekst. Lubię takie kombinowanie intelektualne, kruczenie, intertekstualność itp... Nie zawiedź mnie następnym razem.

  • 3 tygodnie później...
Opublikowano

tak to już jest, że wszystko wydaje się ok dopóki blondynka się nie odezwie :)))

to "wstawione przypadkowo, roztargnioną ręką, zaliczenie w indeksie tępego studenta." totalnie mnie rozbroiło i pozwoliło nieco przychylniej spojrzeć na wynurzenia wesołego grabarza. Ehhh, a tytuł był tak zachęcający. Więcej jasności mi tu trzeba, więcej prawdy a mniej chęci powiedzenia tego ładnie, inteligentnie…powstał tu, szczególnie na początku pseudointelektualny bełkot, którego przyznaję nie wytrzymałam i od razu uciekłam do dialogów i gdyby nie ta subtelna metafora, którą pozwoliłam sobie zacytować, już bym nie wróciła :)))

pozdr. a

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
    • wiosną koniku wio sną niech wstają ptaszki chcą paszki a może jest morze i rosa i maj i rosną watry wiwaty i wiatry i mają się dobrze kwiaty i krople dżdżu wyłażą dżdżownice i rośnie radośnie tak ona i on jak ja i ty w deszczową toń „Jeśli deszcze w maju, wszystko rośnie jak w gaju” 
    • @Stukacz, @Berenika97, @viola arvensis, @violetta, @Poet Ka  dziękuję bardzo
    • @viola arvensis dziękuję
    • @viola arvensis dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...