Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Działo się to, gdy byłam małą dziewczynką.

Czasem zajmował się mną mój starszy brat.

Pewnego razu przywołał mnie brat i zaprowadził do sadu, który był częściowo zdziczały i wydawał mi się wówczas ogromny i tajemniczy.

Pod śliwami, a właściwie w miejscu zarośniętym tylko trawą i niepozornymi, wieloletnimi kwiatkami, przygotował niespodziankę.

Ujrzałam tam maleńką ,zbudowaną z kilku domków, osadę krasnoludków.

Domki posiadały drzwi wejściowe i maleńkie okienka, daszki i kominy.

Oczywiście pomalowane były na czerwono, w sam raz dla krasnoludków.

Ten widok wprawił mnie w zachwyt.

Tylko jednego brakowało mi w tym maleńkim królestwie.
- A gdzie są krasnoludki ? - spytałam z zaciekawieniem brata.
- Właśnie wiedziałem, że mnie o to zapytasz - powiedział brat - krasnoludki chowają się przed ludźmi, i nie chcą się pokazywać, bo są maleńkie, i boją się ludzi, ale jak tylko zostawimy je w spokoju i pójdziemy sobie, to zaraz będą tu sobie gospodarzyć.

Słuchałam z niedowierzaniem i zapartym tchem tej opowieści.

ciąg dalszy :

Krasnoludki są na świecie.
(komentarz)
Pośpieszam na ratunek krasnoludkom, choć nie mieszkam na wsi, tylko w mieście, w którym ciągle coś się zmienia.

Co do telewizora, to jestem wyrozumiała, bo ma taki zakres kanałów, że jak się człowiekowi coś nie podoba, to może przełączyć telewizor na jakiś zagraniczny program, choćby pilotem i jeszcze gazetę sobie poczytać (tolerancyjnie).
Jeśli wolno, to w kapuście to ja tylko larwy bielinka kapustnika widziałam.

Słowo, "jakżem" sierotka...
A, żeby bociana spotkać, to trzeba na łąki się wybrać.

Najlepiej na podmokłe. I nie noszą w dziobach dzieci, tylko zielone żaby, jak je złapią.

Co do krasnoludków jednak, jak świat światem, chadzały w czerwonych czapeczkach i czerwonych kubraczkach, i spiczastych, czerwonych bucikach.

Jak byłam dzieckiem, to mieszkały w sadzie koło domu.
Nigdy nie słyszałam, żeby siusiały do mleka, a i w ogródku kwiecie ładnie kwitło.
Były zręczne i chętne do pracy, tylko trudno było je przy tym podejrzeć, bo ludzi unikały instyktownie.
Maciąga możecie przekonać, że krasnoludków nie ma.

Mnie nie przekonacie...

p.s.

Czerwony Kubraczek
wiedzieć o tym musiał:
nie jestem sierotką...
mam przecież tatusia.

Edytowane przez Mari_anna_ (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Divna Malarko dziękuję Ci za komentarz.Przybyłam tu spod skrzydeł "formy mniejszej ale pojemniejszej".Napisałam cykl tych krótkich opowiadań,a w tej części,to jednak wszystko,ponieważ sad był tuż za domem i nawet nie musiałam się bać.Tytuł najchętniej zmieniłabym na "Mój starszy brat" ,ale...mniejsza o to.w odwiedzinach już -poniekąd -bylam.Pozdrawiam.

Opublikowano

Wybacz, ale się przeraziłem. Przecież to jest tak proste i dziecinne, że aż głowa boli.
Może należało cały cykl wkleić? Chociaż jeśli jest taki jak to, nie wiem czy warto.
No chyba, że to opowiadania dla dzieci.
Pozdrawiam ;)

Opublikowano

Marianno Katarzyno, samo mi się to pytanie nasuwa po lekturze tekstu: O CZYM TO JEST? Może sama wyjaśnisz? tak by było najlepiej.
bo to nie jest o kochającym sie rodzeństwie, nie jest o krasnoludkach, nie jest o zdziczałym sadzie, nie jest o rodzinnych baśniach, legendach i opowiastkach, ani o dziecięcej wyobraźni, ani nawet o tych kolorowych domkach, Marianno, Malarka wie co pisze, to jest O NICZYM! Zaczęłaś coś być może fajnego, bo mogła być z tego sympatyczna bajka dla dzieciaków, ale jej NIE MA! Skończyłaś tam, gdzie tak naprawdę coś się powinno zacząć, jejku, cokolwiek... aż trudno mi pisać o takim fragmenciku... i na dodatek jesteś oporna na sugestie, szkoda.

a to, że być może Twój brat rzeczywiście opowiedział Ci kiedyś coś takiego (tudzież nawet pokazał te domki...), to to nie ma absolutnie nic wspólnego z literaturą. Literatura to tworzenie, a nie odtwarzanie, to wyobraźnia, nie tylko obserwacja. nie mogę dać Ci nawet żadnej rady, bo nie wiem, o co Ci chodzi... na poprzednią krytykę zareagowałaś bardzo opornie i defensywnie...
cóż, pozdrawiam

Opublikowano

Starszy brat dla siostry młodszej o conajmniej dziesięć lat jest autorytetem a więc wierzyć,czy nie wierzyć w te krasnoludki...takie rozterki,których nawet nie zauważacie,a dzieci je mają i muszą uporać się z wątpliwościami między bajką a prawdą.Takie historyjki najlepsze są właśnie,jakgdyby nie skończone.Krasnoludki odżyły po latach w "formie mniejszej ale pojemnejszej":

Jakoś tak po czasie krótkim
zjawiły się krasnoludki,
narobiły rozgardiaszu
na łące opodal lasu.

...i tak dalej pleć się bajko przez życie.

Opublikowano

"rozterki,których nawet nie zauważacie"

Moja droga, nie zauważamy ich, bo ICH TAM NIE MA! może są w Twojej głowie, są w głowach dzieci, ale w tym tekście ICH NIE MA!

i tyle, nie będę się powtarzać. to i tak bezcelowe.

to wszystko co piszesz w odpowiedziach na nasze komentarze powinno być w tekście, a tego... cóż, no... NIE MA!

  • 11 miesięcy temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie


    • ------------------------------
      ## Chrypka Louisa
      (Leo mierzy własny mit)
      {Piano pieśni}


      Przyjaciele odeszli, posiwiała mi skroń
      Boli mnie to, co kiedyś grało aż strach. I ta woń...
      Chciałbym w miłosny wpaść szal, ale los nie tak chciał
      I w Wieży Pieśni płacę czynsz, czym Pan Bóg dał.


      Spytałem Hanka: „Jak smutno może być?”
      Jeszcze mi nie odpowiedział, lecz
      Słyszę całą noc, jak kaszle, aż się odechciewa żyć,
      Ze sto pięter wyżej w Wieży tej. I właśnie w tym rzecz,


      Że urodziłem się tak, taki już mój los
      Urodziłem się z darem: mam anielski głos
      I dwudziestu siedmiu aniołów Wielkiego Manitou
      Przywiązało mnie do tego stołu, w tej Wieży tu.


      Tak, wbijaj se szpileczki w laleczkę voodoo,
      Bardzo mi przykro, droga, ona nie przypomina wcale mnie.


      Stoję przy oknie, słońce nieźle grzeje tu
      Nawet kobiecie nie pozwolą cię zabić, nie w Wieży Pieśni tej jak zły sen.


      Powiesz, że zgorzkniałem, lecz jedno pewne jest (może robię błąd):
      Bogacze wpuszczają biednych w kanał swej TV
      I nadchodzi (jak dobrze liczę) przedostatni sąd,
      Bo widzę, słyszę te dziwne głosy w Wieży Pieśni, co na schwał


      Ciebie widzę też: stoisz po drugiej stronie, gdzieś hen
      (Nie wiem, kiedy tak rozrósł się strumyk ten...);
      Kochałem cię, kochanie, kiedyś, dawno tak...


      Wszystkie mosty, którymi mogliśmy uciec, płoną dziś
      Lecz tak bliskie mi to wszystko, co uszło w dym
      Nigdy, przenigdy nie dam nam tego stracić znów (słyszałem znak)


      Żegnam cię, nie wiem, kiedy wrócę tu (chyba nie wnet)
      Jutro przenoszą nas do tej wieży, gdzie pociąg kończy bieg
      Ale będziesz mnie słyszeć, miła, długo po tym, jak odejdę stąd!


      Będę dla ciebie górne pieśni piał z okna w Wieży mej (Étage Four)
      A choć w tej tu Wieży dają wikt co zwał,
      To i tak czasem wpadam w szal, taki temperament Bóg dał...


      Przyjaciół brak, coraz bielszy włos
      Boli mnie wszystko to, co...
      I tylko ten głos...
      ------------------------------


      ## (Blue) Hotel California


      Mój zabójco/bracie?


      Nie wiem, co mam ci powiedzieć, ale niech tak już będzie;


      Jest czwarta nad ranem, i grudzień się kończy,
      Piszę do ciebie list, by sprawdzić, czy lepiej ci życie się toczy.


      W Nowym Jorku mi zimno, ale dobrze mi, gdzie mieszkam.
      Na Clinton Street co wieczór muzyka gra, słyszę ją w kątach wszystkich...


      Właśnie: słyszałem, że dom sobie budujesz
      Gdzieś na pustyni, z dala od ludzi...
      Nie masz już nic, nie wiesz, po co żyjesz.
      Mam nadzieję, że robisz jakieś zapiski.


      Aha, Jane mi przyniosła z twojej grzywy lok
      Mówi, że to ty jej dałeś go
      W tę noc, kiedy planowałeś złożyć pokutę.
      Czy kiedyś w końcu pokajałeś się, przed kimkolwiek?


      Ach, ostatnim razem, gdy tu wpadłeś
      Wyglądałeś jakbyś się nagle postarzał.
      Twój słynny niebieski płaszcz od deszczu
      Miał na ramieniu dziurę na przestzał,


      Chodziłeś na Union wyglądać pociągów,
      Lecz wracasz do domu bez Lili Marlene w końcu,


      I ofiarowałeś mojej kobiecie
      Płatek łupieżu szarego jak życie
      A kiedy wróciła w domowe pielesze
      Nie była niczyją żoną. I ciągle cię widzę


      Z tą samą przywiędłą różą w zębach
      Jak jeszcze jedna wychudła cygańska złodziejka


      A, widzę, że Jane jednak nie śpi
      Przesyła całusy ci


      Co mam ci powiedzieć, mój zabójco, bracie?
      Co mogę? Nic mi nie przychodzi do głowy
      Chyba, że za tobą tęsknię, i chyba wybaczam...


      Cieszę się, że mi tak wszedłeś w drogę
      Jeśli kiedyś wpadniesz, po Jane albo mnie,
      Wiedz, że twój wróg śpi, a jego kobieta w końcu wolna jest...


      A, i dziękuję za to, że zdjąłeś jej z oczu to spojrzenie wiecznie głodne –
      Ja nawet nie próbowałem: myślałem, że to już na dobre,


      A, Jane mi przyniosła lok z twojej grzywy
      Mówi, że to ty dałeś jej go jako amulet
      W tę noc, kiedy miałeś złożyć pokutę.
      (Czy w końcu doczekałeś się skruchy? Takiej prawdziwej?)


      Ściskam mocno, 
      L. Cohen
      ------------------------------


      ## Suzanne
      Suzanne zabiera cię w dół,
      Tam, gdzie mieszka, nad Rzekę
      Słyszysz, jak przepływa łodzi tłum,
      Możesz spędzić noc u jej boku...


      I wiesz, że jej brak piątej klepki,
      Ale właśnie dlatego z nią być chcesz,
      Karmi cię dietą pomarańczy i herbaty,
      Które aż z Chin przypływają, by tu się znaleźć.


      I właśnie wtedy, gdy chcesz jej ogłosić,
      Że nie jesteś w stanie dać jej miłości,
      Nastraja cię na fal swoich długość,
      I rzeki daje oznajmić falom,
      Że byłeś jej kochankiem przez całą wieczność.


      I chcesz pójść w tę podróż z nią,
      Gotów podróżować w ciemno,
      I wiesz, że ci się powierzy cała,
      Bo dotknąłeś jej doskonałego ciała
      Swym umysłem przez chwilę jedną...


      A Jezus był żeglarzem, kiedy chodził po wodzie,
      I spędził czasu moc obserwując ludzi
      Ze swojej samotnej wieży z drewna,


      A kiedy wiedział już na pewno,
      Że widzą go tylko tonący,
      Powiedział, że każdy będzie odtąd żeglarzem,
      Dopóki morze go nie uwolni.


      Ale jemu samemu kości połamano
      Na długo zanim niebo się otwarło,
      Porzucony, niemal jak człowiek, zatonął jak kamień
      Pod twojej mądrości ciężarem...


      Chcesz pójść w tę podróż z nią,
      Gotów podróżować w ciemno,
      I wiesz, że ci się powierzy cała
      Bo dotknąłeś jej doskonałego ciała...
      Swym umysłem przez chwilę jedną.


      A ty chcesz z Nim w tę wyruszyć podróż,
      I chcesz w ciemno za Nim iść
      I myślisz, że może powierzysz mu każdy swój odruch,
      Bo dotknęła Jego doskonałego ciała
      Twoja myśl przez parę chwil...


      Suzanne bierze cię za rękę i prowadzi nad rzekę, cała
      W łachmanach i piórach z wrót Armii Zbawienia,
      A słońce miód leje na Świętą Marię Zatok
      Pokazuje, gdzie szukać wśród śmieci i kwiatów,


      Bohaterów w wodorostach, a dzieci o poranku
      Szukają miłości i będą tak wciąż, aż do spełnienia,
      A Suzanne tylko trzyma przed nimi lustro.


      I chcesz podróżować z nią
      Chcesz jej wierzyć, ślepo wierzyć że...
      I wiesz, że możesz jej powierzyć swój los
      Bo dotknęła twego idealnego ciała myśl jej
      (Tylko na papierze)
      ------------------------------


      ## El polaco


      „Canto / El reloj cuenta maquinalmente las horas / Da lo mismo las siete que las doce / Yo no estoy aquí / Es la señal de carne que dejé al irme / Para saber mi sitio al regresar”


      „Śpiewam
      Zegar odlicza godziny machinalnie
      Wszystko jedno, siedem czy dwanaście
      Mnie nie ma tu –
      To znak ciała porzuconego, że mam iść,
      Że mam znać swoje miejsce, gdy przyjdę znów”


      Bo w Wiedniu jest z dziesięć pięknych kobiet,
      Jest rękaw, gdzie Śmierć wypłakuje swój śmiech,
      I hol gdzie jest z dziewięćset okien,
      I drzewo, gdzie synogarlice idą czekać na Śmierć.


      Jest, urwany od ranka, szczątek,
      Co wisi w Galerie Beschränkt...


      Aj, aj, aj, aj, aj, aj
      Weź ten walc, w ten walc wejdź, w
      Ten walc, co klamrę ma u szczęk


      Och, pragnę cię, pragnę cię, tak pragnę
      Na krześle z gazetą wyblakłą muszę cię wziąć
      Przy jadle, w jaskini lwa, na lilii prątku,
      W korytarza głębi, co na miłości wizytę czeka wciąż,


      Na łóżku, gdzie księżyc się poci zajadle,
      W krzyku, który wypełniają kroki i proch.


      Aj, aj, aj, aj, aj, aj
      Weź ten walc, tego walca ton,
      Weź jego złamany kark w swoją dłoń...


      Ten walc, ach walc, ach walc, walc ten!
      A w jego oddechu – Schnapps i Śmierć;
      Co wlecze ogon swój po morza dnie,


      Jest w Wiedniu do dziś ta Philharmonie,
      Gdzie tysiąc recenzji było już twych ust
      I bar, gdzie chłopcy od lat siedzą, razem smutniej im:
      Na śmierć skazani, przez szok, przez blues...


      Patrz, ktoś wspina się na twój cokół
      Z wieńcem świeżo ściętych łez...


      Aj, aj, aj, aj, aj, aj
      Weź ten walc, wzejdź nim w morze łez,
      Ten walc nam umiera jak bez...


      Jest strych, gdzie w klasy bawią się dzieci,
      Gdzie szybko musimy spocząć w miłości złóg
      By śnić o latarniach tych, kiedyś w Trieście
      We mgle popołudnia, którą Bóg...


      I zobaczyć co jeszcze na łańcuszek smutków nawlekłaś
      Prócz baranów i ze śniegu róż...


      Aj, aj, aj, aj
      Weź ten walc, wyjdź w walca cień,
      I to twoje „Nigdy cię nie zapomnę, wiesz!”


      Ten walc, ach walc, ach walc, walc jak sen!
      A w jego oddechu – Śmierć i znój,
      Co po życia dnie wlecze odwłok swój...


      I zatańczę z tobą znów w Wiedniu –
      Przebiorę się za rzeki cud,
      Dziki hiacynt w butonierkę wepnę,
      Me usta na rosie twych ud,


      I duszę mą pogrzebię w albumie,
      Gdzie fotografie całkiem mech skrył,
      I dam porwać twego piękna lawinie –
      Skrzypki me i mój krzyż,


      A ty poniesiesz mnie w dół w twoim walcu
      W kałużę łez, co na ślepo wierzy, że...


      Och, miła ma, kocham cię, jak w tym tańcu –
      Zakwitnij w walc, w ten walc wstąp –
      Jest teraz twój. Jest tylko on


      {Instrumental}
      (Aj, Aj, Aj, Aj)
      ------------------------------


      ## Bękart bez kart


      Jeśli ty karty rozdajesz,
      Nie mam żadnych kart
      Jeśli ty łaski szafujesz,
      Ja – za co łaska żart
      Jeśli Twoja jest chwała
      Jam potępienia wart
      Chcesz, by było ciemniej?
      Płomień gasi czart


      Wywyższone, uświęcone
      Będzie Imię Twe
      Z czci odarte, umęczone
      W ludzkiej formie tej
      Choć milion świec płonie
      Pociechy brak w godzinie złej
      Chcesz, by ciemniej było?
      Diabeł mówi.. Ok!

      חינני
       חינני
      Jestem gotów, Panie mój...

      W tej historii jest kochanek,
      Lecz wątek wciąż ten sam:
      Prócz na ból kołysanek -
      Paradoks, co jest winien. Nam

      Ale w Piśmie zapisane -
      To nie wybieg dla dam...
      Chcesz, by ciemność nastała?
      Płomień gaśnie u bram

      Jeńcy już w więzieniu
      A straż unosi broń
      Me demony oswojone
      I klasy muszej są
      Widać mam pozwolenie
      Pistolet wymierzyć prosto w skroń
      Chcesz ciemniej mieć?
      Podnosimy dłoń...

      ## Katharisméni ékdosi
      [Teil I: Mehr Dunkelheit!]
      אני מוכן, אדוני...

      W tej historii jest kochanek,
      Lecz wątek wciąż ten sam –
      Prócz na ból kołysanek
      Paradoks, co wszystko winien nam.
      Ale w Piśmie zapisane –
      To nie wybieg dla dam.
      Chcesz, by ciemność nastała?
      Płomień gaśnie u bram.


      Jeńcy już w więzieniu,
      A straż unosi broń.
      Me demony oswojone
      I klasy muszej są.
      Widać mam pozwolenie
      Pistolet wymierzyć prosto w skroń.
      Chcesz ciemniej mieć?
      Podnosimy dłoń...

      [Część II: Mackie Złota Rączka]


      Jeśli chcesz mężczyzny,
      Zrobię, o co prosisz mnie.
      A jeśli mam ukryć blizny 
       Maskę włożę, czemu nie?

      Jeśli chcesz partnera,
      Za rękę mnie chwyć,
      Chcesz mnie w złości sponiewierać –
      Jestem do usług twych.

      Jeśli chcesz boksera,
      Dla ciebie wystawię się na strzał.
      Gdy szukasz felczera,
      Zbadam każdy twego ciała cal.

      Trzeba ci szofera?
      Drzwi są tu.
      Chcesz mnie w pole, jak frajera...
      Twoją myśl łapię w słowa pół –
      Jestem cały twój.

      Ach, księżyc razi mnie,
      Łańcuch za krótki jest,
      Bestia nie chce położyć się.
      Każda obietnica przechodzi przez myśl –
      Z tych, co je złożyłem i nie mogłem spełnić ich.

      Ale nikt nigdy nie odzyskał kobiety swej,
      Choćby na kolana padł
      I czołgał się, itd.,
      I kładł ci się do stóp,
      I do twej urody wył
      Jak w rui pies,
      I błagał: „Proszę, proszę cię”.
      Jestem mężczyzną. Chętnie służę. Jak chcesz...

      A kiedy cię zmorzy sen
      Na drodze pisanej nam,
      To poprowadzę ja ten cały kram
      A gdy zechcesz sama wejść w jasny latarni cień,
      Zniknę dla ciebie, jak w raz sam 


      Gdy oddasz mi dziecko swe,
      By sama trochę przespacerować się
      Po plaży, cichej jak nasze dni – Z przyjemnością. Bardzo miło mi

      Jeśli chcesz partnera,
      Za rękę mnie chwyć,
      Chcesz mnie w złości sponiewierać –
      Jestem do usług twych.

      Jestem. Służę ci.
      Jeśli chcesz mechanika,
      Zrobię, o co prosisz mnie.
      A jeśli powiesz: „Znikaj!”,
      Założę maskę, jeśli chcesz.

      Jeśli chcesz kochanka,
      Zrobię wszystko, o co prosisz mnie.
      A, ma być przebieranka?
      Założę maskę, nawet dwie.
      Jestem. Służę. Tak, wiem...
      Bum!
      ------------------------------


      ## Exit Alexandriae me peccare fecit

      Nagle noc stała się zimniejsza.
      Bóg miłości do odejścia gotuje się;
      Aleksandry dusza na ich ramionach lżejsza 
      Gdy prześlizgują się między strażnikami serc.

      Karmiąc się jedynie prostotą czaru,
      Wychodzą w światło, w bezkształt się splatają w śnie mym
      I, promienni ponad najhojniejszą ludzką miarę,
      Wstępują w uścisk głosów i win.

      To nie żaden trik, to zmysły cię zawodzą,
      Przelotny sen to, poranek położy kres, gdzie jego szlak –
      Pożegnaj się, bo Aleksandra odchodzi,
      Zażegnaj ból, że Aleksandry brak.

      Chociaż śpi w twej pościeli świątyniach, 
      Choć co dzień pocałunkiem budzi cię,
      Nie mów, że  chwilę tą sobie wyobraziła,
      Nie uciekaj się do wymówki tej.

      Przecież tak długo gotowałeś się na tę okazję,
      Podejdź prosto do okna. Światłem obmyj twarz 
      Gra muzyka. Aleksandra śmieje się łez spazmem, 
      Twe zobowiązania znów w zasięgu ręki masz.

      A ty, który miałeś honor spędzić z nią wieczór,
      I dzięki temu odzyskałeś honor swój –
      Pożegnaj się, Aleksandra już odchodzi w wieczność,
      Zażegnaj łzy, bo Aleksandrę woła Bóg.

      Chociaż spała na twej pościeli ruinach, 
      Choć co dzień pocałunkiem budziła cię,
      Nie mów, że tę chwilę sobie uroiła,
      Nie zniżaj się do wymówki złej.

      Tak długo szykowaleś się na tę okoliczność,
      Podejdź do okna. Światło? W twarz spójrz mu.
      Muzyka jak sen. Aleksandra się śmieje prześlicznie,
      Te pierwsze śluby znów namacalne, tu.

      Od dawna wiesz, że tak się właśnie stanie
      Zawsze byłeś kapitanem planów, co rozbiły się w pył –
      Więc nie uciekaj w tanie "tak, ale',
      Co  'dlaczego' i 'więc' zakłóca rytm.

      Od dawna wiedziałeś, że tak się właśnie stanie;
      Zawsze byłeś kapitanem planów, co się rozsypały w proch –
      Więc nie bądź, jak ci z liniowca Titanic
      Zbiegowie, co kryli się na samą myśl o 'jak' i 'bo'.

      A ty, któremu szyki plątał nonsensowny sens,
      któremu kod złamano, przekreślono krzyż -
      Zażegnać już teraz nie możesz nic.
      Przeżegnaj się bo Aleksandra martwa jest.

      Noc staje się coraz zimniejsza.
      Bóg miłości odszedł do pieleszy swych,
      Lecz Aleksandry dusza pod ich ciężarem stała się lżejsza:
      Już prześlizgnęła się pomiędzy strażników rzeki - Στυξ


      Ich atme Gesang.

      Sprawiasz, że śpiewam
      By zapomnieć świata pleśń
      Sprawiasz, że śpiewam
      Jedyną, jaką miałem, pieśń 

      Pozwalasz śpiewać, śpiewać Mu
      Odkąd rzeka odpłynęła do swych spraw
      Dajesz mi śpiewać, śpiewać wciąż tu 
      Z mego marnego kopczyka sław
      Wciąż śpiewam, śpiewam ci 

      Nawet jeśli przeminął świat
      Sprawiasz, że śpiewam
      Śpiewam tą samą pieśń od stu lat
      Sprawiasz, że śpiewam
      Alleluja, mój hymn
      Sprawiasz, że śpiewam
      Jak więzień swój ostatni Rym 

      To dziękin tobie śpiewam
      Nawet jeśli wieści są złe
      I ciągle śpiewam
      Jedyną, jaką miałem, pieśń 

      Sprawiasz, że śpiewam
      Odkąd rzeka umarła mi
      Sprawiasz, że śpiewam
      By zapomnieć na parę chwil 
      Śpiewam, śpiewam, śpiewam ci 

      Ty sprawiasz, że śpiewam, o Signore,
      Alleluja, mój hymn
      fac me hymnum canere
      W tej Wieży Pieśni, więzieniu mym

      Dajesz mi śpiew, więc śpiewam 
      Choć się skończył świat
      Życie to śpiew, i śpie-wam wam 
      Przenoszę swój głos jak wojnę wśród lat

      Wciąż śpiewam, śpiewam ci
      Choć pełen dziur ten świat
      Noszę dumnie głos swój pełen łat

      Wciąż śpiewam, śpiewam ci
      Choć mi prawie wiek pękł 
      Wnoszę dumnie swój głos pełen łat
      Na jedno z najniższych Wieży piętr

      A ty - dajesz mi śpiewać, śpiewać mi 
      Śpiewać ci... Ich atme Gesang.

       Für dich
       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...