Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Siedziało sobie w ciemnym kącie małe ziarenko ryżu. Strasznie się bało i czuło się bardzo samotne. Wyglądając ze swojego kątka widziało mnóstwo worków z takimi, jak ono ziarenkami. Tamte ryże były szczęśliwe - miały mnóstwo braci i sióstr - żadne z nich nie było samo.

Mały ryż siedział tak i patrzył. Widział, jak do szopy czasem wchodził smutny wieśniak, liczył worki, a potem zabierał ze sobą jeden z nich. Często też przybiegała mała dziewczynka - córeczka wieśniaka. Kimonko Japoneczki kiedyś na pewno bardzo kolorowe, teraz było już stare i w niektórych miejscach dziurawe. Dziewczynka miała piękne, długie czarne włosy spięte bambusową klamerką. Małemu ziarenku bardzo podobała się ta śliczna Japoneczka, chociaż było mu jeszcze smutniej, kiedy widział, jak czasem płacze. Były też chwile, gdy dziewczynka rozweselała się, przesypywała wtedy ryż z rączki do rączki. Ziarenka piszczały z zadowolenia, bo małe paluszki Japonki łaskotały je pod paszkami. Mały ryż zazdrośnie patrzył na te zabawy. Myślał sobie: "Tak bardzo chciałbym tam być i bawić się ze wszystkimi. Szkoda, że jestem nikomu niepotrzebnym ziarenkiem." Wzdychał.

Siedziałby tak pewnie smutny jeszcze długie lata, gdyby nie pewne wydarzenia.
Któregoś dnia przyszedł wieśniak. Był tak strasznie smutny, że mały ryż aż się przestraszył. Z wielkim westchnieniem Japończyk pochylił się nad ostatnim workiem, jaki został w szopie. Nabrał w zniszczoną dłoń ziaren.
- Jak się skończy ryż to, czym nakarmię swoją ukochaną córeczkę? - Wieśniak westchnął jeszcze ciężej i zarzucił sobie worek na plecy.

Nagle coś stuknęło. Małe ziarenko podskoczyło przestraszone. Do kątka, w którym siedziało spadł z podnoszonego worka sędziwy brodaty ryż.

Stary ryż jęknął, stęknął, rozmasował obolałe plecy, rozprostował się i rozejrzał uważnie dookoła.
- A ty, nicponiu, co tu robisz? Chowasz się przed wieśniakiem, kiedy każde ziarenko ryżu jest na wagę złota? - Staruszek pokuśtykał w stronę przerażonego małego ziarenka.
- Ja przecież nikomu nie jestem potrzebne. Kto by mnie chciał? Jestem takie maleńkie. Nie ma ze mnie żadnego pożytku. - Drżącym głosem odezwał się mały ryż. - Świat jest taki wielki i taki straszny... Tu jest mi ciepło, nikt mi nie przeszkadza. Żal mi tylko tej małej dziewczynki. Szkoda, że nic nie mogę zrobić... Jestem takie małe, wszystkiego się boję, nic nie umiem... - Ziarenku zakręciła się w oku maleńka, ryżowa łezka.

Stary ryż popatrzył uważnie na mały ryż, podrapał się w brodę, zamruczał coś do siebie, przewrócił oczami, a w końcu głośno kichnął.
- Strasznie tu dużo kurzu. Masz bardzo niezdrowe mieszkanie, mój mały. - Staruszek pociągną nosem. - A przechodząc do rzeczy. Czy widziałeś kiedyś Słońce, kwiaty, ptaki, cały ten piękny Świat? - Ryż wziął się pod boki i spojrzał surowym wzrokiem na drżące ziarenko.
- Nie. Zawsze, odkąd pamiętam, byłem tutaj. Co to są ptaki? - Maleństwo zapytało ciekawie.
- Tak. - Staruszek pogłaskał się po brodzie. - Widzę, że będę musiał ci sporo opowiedzieć.

Minęło wiele dni, zanim stary ryż opowiedział małemu ziarenku wszystko, co sam widział. Opowiadał o gorącym Słońcu, hen wysoko. O wieśniakach, śpiewających piosenki przy pracy. O drzewach, które pięknie kwitną, a potem dają soczyste owoce. O zielonej trawie i wszystkich innych cudach Świata.
- Och! - Westchnął mały ryż. - Tak bardzo chciałbym to wszystko zobaczyć! A najbardziej chciałbym usłyszeć śpiew ptaków.
- Mój mały, nic prostszego, poczekamy na odpowiedni moment i ruszymy w Świat. - Spokojnie odpowiedział stary ryż.
- Ale ja się boję! - Krzyknęło ziarenko - No i jak stąd odejdę nie zobaczę już więcej tej cudownej, małej dziewczynki. Ona jest taka smutna... Bardzo chciałbym ją rozweselić.
- Jeśli naprawdę chcesz pomóc małej Japonce to tym bardziej musimy stąd wyruszyć. - Ryż zrobił tajemniczą minę.
- Jak!? Przecież jestem tylko maleńkim ziarenkiem! Nic nie potrafię! - Mały ryż był bardzo zasmucony.
- Możesz więcej, niż ci się wydaje, mój mały. - Staruszek masował obolałe plecy. Siedzenie w jednym miejscu wyraźnie nie służyło jego starym kościom. - Rodzina tej małej dziewczynki jest bardzo biedna. Często nie mają, co włożyć do garnka, a wtedy wszyscy chodzą głodni. Dlatego dziewczynka czasem płacze. I tu zaczyna się nasze zadanie. Każdego roku wieśniak sadzi ryż. Im więcej ziarenek posadzi, tym więcej ich zbierze. Bo każdy taki mały ryż, jak ty, czy ja może wyrosnąć, a kiedy już wyrośnie i dojrzeje to z jednego kłosa urodzi się mnóstwo, nowych małych ziarenek. Te ziarenka zebrane razem do worków, zapewnią spokojną przyszłość całej rodzinie. Wieśniak będzie mógł pojechać na targ i sprzedać część ryżu. Za zarobione pieniądze kupi wszystko, co niezbędne dla niego, jego żony i ich małej córeczki. W ten sposób cała rodzina będzie szczęśliwa. - Ryż pomyślał, że jest już bardzo stary i bardzo ciężko jest mu tak dużo mówić, więc zmilkł na długą chwilę.

Małe ziarenko też milczało. Tyle nowych rzeczy się dowiedziało. Nigdy nie przeszło mu przez myślał, że może być pożyteczne. Najpierw zrozumiało, jaki Świat jest wspaniały. Potem dowiedziało się, jak bardzo może być ważne i pomocne, mimo swoich maleńkich rozmiarów. Najbardziej jednak niezwykła była myśl, że nie musi być już sam. Wystarczy tylko, że pokona strach przed światem, a znajdzie mnóstwo nowych przyjaciół. Co najważniejsze może mieć własną rodzinę! Mały ryż dostał wypieków z wrażenia i nie mógł się już doczekać, kiedy nareszcie wyruszą w drogę.
- Ryżu. - Zwrócił się do zamyślonego staruszka. - Jak my się stąd wydostaniemy?
- Nie ma innego sposobu, jak tylko czekać. - Westchnął stary ryż, bo coraz bardziej bolały go plecy i wcale, ale to wcale nie miał ochoty siedzieć w zakurzonym kącie.
- Na co czekać? - Niecierpliwiło się małe ziarenko.
- W tym roku zbiory nie dopisały, dlatego tak szybko wieśniakowi skończył się ryż. - Cierpliwie tłumaczył staruszek. - Teraz musimy poczekać, aż uda mu się zdobyć ziarno na siew. Jak tylko przyniesie worki z ryżem wskoczymy do środka i ruszymy na wielką przygodę.

Sprawa była skomplikowana. Nawet mały ryż wiedział, że biednemu wieśniakowi trudno będzie zorganizować ziarno, które mógłby posiać. Tak, więc maleństwo postanowiło cierpliwie czekać z nadzieją, że wszystko dobrze się skończy.

Dni ciągnęły się jeden za drugim. Oba ziarenka ryżu strasznie się nudziły. Przypadkiem odkryły szparę między deskami szopy. Przez dziurę widać było podwórko. Ryże całymi godzinami obserwowały, co się tam dzieje. W ten sposób czas oczekiwania nie dłużył im się tak bardzo.

Zaczął się czas siewów. Ryże straciły już nadzieję, że wieśniakowi uda się zdobyć ziarno do posiania. Pewnego dnia koło domu Japończyka przejeżdżał wielki pan. Czterech osiłków niosło go w złotej lektyce. Bogacz odsłonił zasłonki i spojrzał na ubogie obejście. Gospodarz padł na twarz przed wielkim panem, błagając go o pomoc. Poskarżył się, że w poprzednim roku zbiory były bardzo małe i nie ma już ryżu do posiania.

Zamożny Japończyk otworzył swój haftowany wachlarz. Powiedział, że da wieśniakowi zboże pod jednym warunkiem. Po zbiorach wieśniak ma mu oddać wszystko, co dostał i jeszcze dołożyć parę worków. Gospodarz bardzo się ucieszył. Kłaniając się, nie przestawał dziękować, dopóki wielki pan nie znikł za zakrętem drogi.

Następnego dnia szopa wypełniła się ryżem. Małe ziarenka skakały z radości. Nareszcie mogły wyruszyć w Świat.

Mały ryż jeszcze trochę się bał.
- Mój mały. - Odezwał się na to staruszek. - Jeśli chcesz tu sam tkwić resztę swojego życia, to proszę bardzo. Ja idę do worka.
- Masz rację, ryżu, jak się stąd nie ruszę, nigdy nie zobaczę ptaków i nie pomogę małej dziewczynce. - Ziarenko wzięło głęboki oddech i pomaszerowało za staruszkiem.
Droga była niebezpieczna. W podłodze szopy było mnóstwo szpar. Gdyby któryś z nich wpadł do takiej dziury, już by się z niej nie wydostał. Na szczęście ryże bezpiecznie dotarły do najbliższego worka.
- Jejku, jak wysoko! - Krzyknął mały ryż. - Co zrobimy, żeby się tam dostać? - Zapytał.
- Nic, jak zwykle poczekamy. - Wzruszył ramionami staruszek.
- Znowu!? Ja mam już dość czekania! - Oburzyło się ziarenko.
- Mój mały, całe nasze życie, to czekanie. Musisz nauczyć się cierpliwości. - Ryż wygodnie się usadowił i zapadł w drzemkę.

Maluch nie mógł usiedzieć w miejscu. Kręcił się, mruczał zły pod nosem, aż w pewnym momencie zaskrzypiały drzwi. Do szopy wszedł wieśniak i po kolei zaczął wynosić worki. Ziarenko przestraszyło się, że nie zdążą się zabrać. Zaczęło skakać, krzyczeć i machać rączkami. Stary ryż spokojnie wstał, otrzepał się i oparł na drzazdze wystającej z podłogi.

Wieśniak po zabraniu wszystkich worków wyciągnął miotłę i bardzo dokładnie zmiótł całą podłogę. Małe ziarenka ze wszystkich kątków wytoczyły się na środek szopy.
- O! - Zdziwił się gospodarz. - Ile jeszcze ryżu było po kątach.
Po kolei wybrał ziarenka z kurzu i przeniósł je delikatnie do worka.
Mały ryż nie mógł przestać się dziwić.
- Skąd wiedziałeś, ryżu, że wieśniak nas znajdzie? - Zapytał.
- Worki są często dziurawe, dlatego za każdym razem gospodarz zamiata podłogę, aby zebrać wszystkie z nas. Już ci przecież mówiłem: im więcej ziarenek posadzi, tym więcej zbierze. - Staruszek rozsiadł się wygodnie wśród współbraci.

Małe ziarenko od razu znalazło kolegów, którzy pierwsi podeszli i zapytali skąd wzięło się w worku.
- Mieszkałem w kącie szopy, a teraz postanowiłem zobaczyć Świat. - Ryż wypiął dumnie pierś.
- To wspaniale! Bardzo się cieszymy, że jesteś z nami. - Ziarenka wzięły się za rączki i zaczęły tańczyć dookoła nowego kolegi.

Wszystkie worki wieśniak ustawił na dwukołowym wózku i pociągnął go za sobą. Tak zaczęła się niezwykła przygoda małego ryżu.

Ziarenko bardzo by się bało, gdyby nie stary ryż oraz reszta jego nowych znajomych, którzy cały czas uspokajali je, zapewniając, że jest bezpieczne i na pewno nic złego się nie stanie.

Gospodarz najpierw posadził wszystkie ziarenka tak, aby wyrosły z nich sadzonki. Gdy mały ryż znalazł się w ziemi, był przerażony. Otoczyła go ciemność, ale szybko stwierdził, że tak naprawdę to jest bardzo przyjemnie: tak mięciutko i cieplutko. Po jakimś czasie ziarenko poczuło, jak rośnie, pęcznieje, staje się coraz większe i większe. Nagle oślepiło je światło. Ryż rozejrzał się dookoła. Zobaczył, jak jakieś dziwne roślinki machają do niego listkami. Na początku nie wiedział, o co chodzi, ale zaraz zorientował się, że sam jest taką samą roślinką, jak pozostali. Bardzo go ucieszył ten nowy wygląd - z wysoka lepiej wszystko widział. Teraz mógł dokładnie przyjrzeć się ziemi i pozostałym roślinkom. Stary ryż już wcale nie był stary - wyrósł na piękną, zieloną sadzonkę.

Kiedy wszystkie roślinki były odpowiednio duże, wieśniak znowu przyjechał z wózkiem. Zapakował wszystkie sadzonki do środka i pojechał z całym wesołym towarzystwem na pole.

Po drodze ryż nie mógł się nadziwić, jaki piękny jest świat. Ku swojej ogromnej radości pierwszy raz w życiu usłyszał śpiew ptaków. Poczuł takie szczęście, że sam zapragnął zaśpiewać.

Bardzo szybko dołączyły się do niego pozostałe sadzonki.
Wieśniak zaskoczony spojrzał na swój wózek. Wprawdzie dla niego śpiew ryżu był słyszalny tylko, jako szum kołysanej przez wiatr trawy, ale i tak wyczuł, że dzieje się coś niezwykłego... A może jednak coś usłyszał, bo sam zaczął nucić wesołą piosenkę i raźniej ruszył przed siebie.
Kiedy już dojechali do celu podróży, sadzonki zobaczyły piękne pola już częściowo obsadzone ryżem. Wszystkie nie mogły się doczekać, aż same zostaną umieszczone w wodzie. Jak wiadomo, każdy szanujący się ryż stoi po kolana w błocie.

Jeszcze przed zachodem Słońca wszystkie ryże znalazły swoje miejsca na polu.
Małe ziarenko, które teraz stało się dorodną sadzonką było bardzo szczęśliwe wśród współbraci. Czas płynął im beztrosko. Każdy dzień rozpoczynali od kąpieli w porannej rosie, potem wspólnie kołysali się na wietrze, a gdy przychodziło południe i robiło się gorąco wyciągali swoje listki do słońca. Wieczorami, zmęczeni nucili ciche kołysanki.

Nocami ryż wspominał małą Japonkę i cieszył się na myśl, że być może już niedługo ją znowu zobaczy.
Trudno powiedzieć, ile minęło czasu. W każdym razie wystarczająco dużo, aby małe sadzonki wyrosły na dorodny, dojrzały ryż. Wszyscy gospodarze przystąpili do żniw.

Któregoś poranka gromada ryży obudziła się i przeciągnęła. Wszystkie były kropka w kropkę podobne do małego ryżu, który samotnie siedział w kącie.
- Jejku! Jak nas jest dużo! - Krzyknęły na swój widok. - Jak to się stało?
Do ziarenek podszedł długi, dorodny ryż.
- Moi mali, przecież mówiłem. Jedno małe ziarenko może więcej, niż mu się wydaje. - Westchnął.
- To ty, stary ryżu? - Krzyknęły ziarenka.
- No, no! Tylko nie stary, jak widzicie teraz jestem głową licznej rodziny! - Odwrócił się i pokazał na dużą grupę takich, jak on długich ziaren.
- Powiedz, jak to się stało, że znów jesteśmy ziarenkami? - Zapytały małe ryże.
- Każdy z nas wyrósł i dojrzał. Gospodarz zebrał zboże. Wymłócił je i z każdego kłosa wysypało się mnóstwo ziarenek, identycznych, jak to, które zostało posadzone, dlatego jest nas teraz tyle. - Ryż rozprostował plecy i z zadowoleniem stwierdził, że nie łamie go już w krzyżu.
- To cudownie! W takim razie, już żadne z nas nie będzie samo, a jak gospodarz nas znów posadzi, to będzie nas jeszcze więcej! - Zapiszczały ziarenka.

Szopa, do której po zbiorach wieśniak przyniósł worki z zebranym zbożem pękała w szwach. Plony były tak duże, że wieśniak nie tylko oddał pożyczony ryż i dołożył parę worków tak, jak zażądał tego wielki pan, ale też mógł sprzedać trochę ryżu. Zostało mu na całą zimę i ma zasiew na przyszły rok.

Do szopy wbiegła roześmiana Japoneczka w nowym kimonku i pięknej nowej klamerce wpiętej we włosy. Usiadła przy najbliższym worku i zaczęła przesypywać ziarenka z rączki do rączki. Małe ryże - bo to właśnie przy ich worku usiadła dziewczynka - piszczały z radości. Japoneczka swoimi małymi paluszkami łaskotała je pod paszkami.

Odwaga małego ziarenka sprawiła, że spełniło swoje marzenia. Nareszcie nie było już samo. Udało mu się pomóc małej dziewczynce oraz pierwszy raz w życiu usłyszeć śpiew ptaków.
A to dopiero początek tej historii. Rodzeństwo małego ryżu dotarło w najdalsze zakątki Świata. Być może nawet w Twojej kuchni stoi torebka ryżu, w której siedzi sobie braciszek lub siostrzyczka ziarenka z ciemnego kąta.

  • 5 tygodni później...
Opublikowano

Niezłe, niezłe. Podoba mi się. Jako opowiadanko dla dzieci. Miła historyjka. :)
Co do szczegółów technicznych:
a) masz literówki w niektórych miejscach, co trochę psuje ogólny efekt.
b) czasem nie możesz się zdecydować, czy o ziarenku mówić "ono" czy "on". Rozumiem, że wynika to z tego, że raz jest "ziarenkiem", a raz "ryżem" i czasem trudno sie połapać w czasie pisania, ale jest na to sposób - zawsze czytaj, co napisałaś, bo ZAWSZE zdarzają się tego typu błędy. :)
c) w niektórych miejscach przecinki masz nie tu, gdzie trzeba.
d) to nie bajka, tylko baśń. Bajki są utworami wierszowanymi. :)
Nie mądrzę się, nie odbieraj tego w ten sposób. Wiele osób nie odróżnia jednego od drugiego, bo nikt ich tego nie nauczył w szkole. A szkoda. Ta nasza oświata przewspaniała...
Poza tym - czyżbym wyczuwała fascyncję Mangą i Japonią...? ;)
Pozdrawiam serdecznie, R.

  • 4 tygodnie później...
Opublikowano

Dziękuję za komentarz. Wiem, że są literówki i przecinki się rozbiegają, alę taka już moja uroda niestety. :(
Co do cztania testu to znam go już chyba na pamięć, więc nie widzę błędów, bo za dobrze go znam. Kożystam zwykle z "drugiego oka" kiedyś to była profesjonalna korektorka. Teraz koleżanka i może dlatego nie wyłapała wszystkiego, bo nie zajmuje się tym zawodowo.
Nie fascynuję się Japonią, po prostu głupio pisać o polach ryżwych w Polsce czy Francji. :)
Magją już prędzej.

Opublikowano

Nie, ja wiem, że u nas raczej niewielu ludzi sobie trzyma pola ryżowe w doniczkach ;) Chodziło mi raczej o to, że właśnie o ryżu piszesz, a nie - powiedzmy - o pszenicy czy życie. Stąd takie skojarzenie.
Magią też się interesuję - w granicach świata mroku, świata fantasy i całkiem odmiennego od wszystkich świata Terry'ego Pratchetta. Ale w komentarzu chodziło mi o Mangę - japońską sztukę komiksową.
Pozdrawiam, R.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...