Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

mateńko
wybacz że z cichej nocy
uciekłam

w lesie
potknęłam się po-pędem
marzeń

krzew mary
spłonął dziką namiętnością
ludzką

dom Miłościa
końcem rozumu naznaczony
czuję

na oślep
w n-on-sens wpadam
bagnisty

upokorzona
wołam konwulsją serca
ocal i wybacz

mateńko

Opublikowano

Na pewno podoba mi się
"w lesie
potknęłam się po-pędem
marzeń"
i
"na oślep
w n-on-sens wpadam"
oraz pomysł na wiersz.
W zwrotkach 3. i 5. mam wrażenie że nie wierzysz czytelnikowi i kończysz myśli (chodzi mi o trzecie wersy). Ale to taki mój odbiór jest.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Dziękuję Państwu bardzo za komentarze. Nie chodzi o to, że nie wierzę czytelnikowi... Zakończyłam myśl, żeby nie pozostawiać tych akurat spraw bez niepotrzebnych niedomówień...
Pozdrawiam bardzo serdecznie :]
Opublikowano

zaczyna się rozłazić gdzieś w okolicach drugiej zwrotki. nie bardzo wiem, jak można się pędem (może o pęd jakiejś rośliny) potknąć, ogólnie to potknąć o kogo, o co, ew. czym (cześcią ciała/garderoby). no ale o po-pęd (*niewłaściwe skreślić) i to jeszcze popęd marzeń? dziwne. potem krzew mary (to imię?) spłonął dziką namiętnością. nie dość, że dzika namiętność brzmi jak tytuł filmu erotycznego, to jeszcze co daje dookreślenie, że jest to namiętność "ludzka"? to znaczy mniej namiętna niż "zwierzęca"? ale jednak "dzika".

a potem zgiełk: dom (ale to może dom spłonął, nie krzew) Miłością (?) naznaczony i zarazem końcem rozumu... nic dziwnego, że zaraz peelka w nonsens wpada, właściwie, to wpadła znacznie wcześniej, tylko nie zauważyła tego.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dziękuję Panu bardzo za komentarz. Dokładnie postarałam się odpowiedzieć na Pana zarzuty w prywatnej wiadomości, więc pozwolę sobie tutaj powiedzieć krótko. Namiętność ludzka nie musi być ujęta jako pozytywna i lepsza niż zwierzęca, a wręcz przeciwnie. Namiętność - tak; ludzka (brudna) - nie. Miłość to mężczyzna i chodzi o jego dom.
Pozdrawiam bardzo serdecznie
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



odpowiedziałem, a w kwestii ogólnej: wiersze budowane na symbolice są bardzo trudne w odbiorze i to niestety na ich autorze ciąży obowiązek wciągnięcia czytelnika w grę znaczeń. ten wiersz nie wciąga, przynajmniej mnie, zwłaszcza językowo wydaje mi się dość nijaki.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nie zawsze wszystko wychodzi... Chociaż mnie się w sumie ten wiersz podoba :]A jeśli chodzi o trudność, to ja lubię po prostu pisać wiersze trudne, ponieważ lepiej mi ostatnio idą ;)
Pozdrawiam i dziękuję za komentarz :]
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ale tu chodzi o to, żeby czytelnikom się podobał i żeby oni uznali, że to wiersz trudny.
Niestety, raczej należę do grupy "niepodobających". Nie przemawiają do mnie użyte tu zabawy słowne i metafory.
Zabawa słowem jest chyba najtrudniejsza do sensownego zastosowania w wierszu. Tu ten sens gdzieś lekko ucieka.
Pozdr.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nio cóż... Wspomniałam już wcześniej, że na nowo jakby, po pewnych wydarzeniach w moim życiu, uczę się pisania wierszy... Chcę, żeby były moje, by miały sówj styl i nie stanowiły słabego naśladownictwa czyichś tekstów... Ostatnio czułam, że weszłam w skórę kogoś, kto nie jest mną. Teraz, szukam własnej.
Dziękuję bardzo za komentarz i pozdrawiam serdecznie

P.S.
Cieszę się, że lekko ucieka, a nie umknął szybko ;)

Pozdrawiam raz jeszcze
Beata Silver

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...