Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

pracuje nad tym cały czas, przepraszam za ewentualne błędy...


U nas na magazynie.

1)

-Imponujące CV – powiedział Podskoczy, a ja nienawidziłem siebie za to ,że któryś raz z kolei, muszę włazić w dupę tym wszystkim pedałom, którzy myślą, że skoro biorą siedem tysięcy co miesiąc, mają prawo pomiatać ludźmi dla własnego widzi mi się.
- Dziękuje. – odpowiedziałem błyskawicznie – Może w związku z tym,
znalazło by się dla mnie coś innego?
- NIE!
- Nie?
- NIE!
Nie, to nie. Jestem człowiekiem, któremu trzy razy powtarzać nie trzeba i szczerze powiedziawszy, byłem na taką odpowiedź z jego strony przygotowany. Nie zdążyłem nawet o sobie nic powiedzieć. O szkole filmowej to już w ogóle nie miałem zamiaru wspominać, bo jak znam życie, to na bank nie dostałbym tej roboty z ogłoszenia umieszczonego na tablicy, tuż przed moim blokiem. Dzisiaj człowiek, jeśli chce dostać uczciwą pracę, nie powinien mówić zbyt wiele o sobie, a już na pewno nie prawdę. Pewne rzeczy należy zachować tylko i wyłącznie dla siebie, bo nic dobrego nie przynoszą, a mogą tylko zaszkodzić. Na ostatniej rozmowie w kancelarii komornika powiedziałem wszystko i nie raczyli nawet oddzwonić. Tym razem się udało. Nie musiałem nawet czekać na telefon i rzeczy potoczyły się błyskawicznie. Zgodziłem się zacząć od zaraz. Dostałem szafkę z rozpieprzonym zamkiem, żeby w razie czego, ktoś mógł mnie okraść na wstępie. Grubas - brygadzista, stał nade mną cały czas i popędzał, bo na dole brakowało ludzi. W mgnieniu oka przebrałem się w kombinezon roboczy i po dziesięciu minutach gotów byłem tyrać jak wół za grosze. Wyglądałem tak, jakbym przygotowywał się do kolejnej misji Apollo. Nie było już odwrotu.
Zaprowadził mnie do mroźni. Był tam facet, od którego waliło wódą na kilometr. Grubas powiedział, że mam mu pomóc i zostawił mnie z nim. Obserwowałem faceta z zaciekawieniem. W ścianie był otwór, przez który wlatywały do środka kartony a on układał je z gracją na drewnianej palecie. Kiedy paleta była cała, brał do ręki folię i zapierdalał z nią dookoła, następnie brał paleciaka i wywoził ją na drugą komorę, w której notabene zimniej było niż na śluzie. Nie zapominajcie, że to wszystko działo się w swoistych, arktycznych warunkach. Tam, temperatura sięgała minus trzydziestu stopni. Facet miał co prawda taki sam kombinezon jak ja, i wełnianą czapkę, ale pot na jego kurtce zamarzał błyskawicznie a katar nie znikał ani na sekundę. Żeby było śmieszniej, w tym czasie, kiedy biedaczek siłował się z czterystukilową paletą, szukając jednocześnie miejsca na jej postawienie w boksie, kartony blokowały taśmę. Maszyna wyła, że aż głowa boli. Hałas był nie do zniesienia. Facet szybko wracał z komory i znów układał kartony na palecie. Nie wyrabiał się. Brygadzista z produkcji wpadał na śluzę i darł się na biedaka, jakby to on był temu wszystkiemu winny. Praca przestała mi się podobać, mimo, że na dobre nie zdążyła się jeszcze zacząć. Poszedłem do Grubego i powiedziałem , że nie mam zamiaru tam pracować. Zdziwił się i zapytał o powód. Powiedziałem, że TAKA PRACA UDERZA W GODNOŚĆ CZŁOWIEKA. Wtedy Grubas wkurwił się na mnie, zapisał coś w notesiku i przydzielił do zadań specjalnych. Wysłał na rampę i postawił przy wielkim, pięciotonowym kontenerze.
- Jest czternasta trzydzieści, do dwudziestej kontener ma być pełny -
powiedział i poszedł na drugą kawę. Wziąłem się szybko za robotę ponieważ chciałem mieć to z głowy. Oto moja proza, moja literatura. Każdy worek, to jeden wyraz, jedno słowo. Cała moja pisanina ląduje tam gdzie jej miejsce. Mój pierwszy , debiutancki scenariusz między mrożonkami po terminie. Uwijałem się jak mrówka, z zaciśnietymi z żalu zębami, ze łzami w oczach, żeby tylko zdążyć przed przerwą. Starałem się o tym nie myśleć. Zapomnieć, wmówić sobie ,że to się wcale nie dzieje. Chciałem mieć to z głowy i pójść wreszcie do domu. Końca jednak nie było widać. Śmieci układały się powoli a wszystko sprawiało wrażenie syzyfowej pracy. Po dziesięciu minutach zgrzałem się jak cholera więc musiałem zdjąć kurtkę. Czułem własny smród. Rozrywałem kartony, wyjmowałem zamrożone bułki z folii, wrzucałem je do śmietnika ,czasem wycierałem łzy i nie mogłem ich powstrzymać.
Nadeszła przerwa. Wyszedłem, na świeże powietrze, usiadłem na schodkach i zapaliłem papierosa. Cała druga zmiana, wszyscy, włącznie z Grubasem, patrzyli na mnie jak na kosmitę. Nie wiem czemu. Prawdopodobnie, zdążyli przerzucić mój życiorys, albo Podskoczy musiał im o mnie naopowiadać. W każdym razie, stali tam wszyscy i dziwnie się na mnie gapili, a ja cieszyłem się , że dostałem wreszcie pracę, przynajmniej na okres próbny i wmawiałem sobie, jak zwykle z resztą, że to tylko na jakiś czas, na chwilę, aby przetrwać zimę.

2)

Przez pierwsze dni robiłem ciągle to samo. Mieli chyba jakąś zapowiedzianą kontrolę, dlatego hurtowo kazali wyrzucać przeterminowane żarcie. Przyzwyczaiłem się , choć w dalszym ciągu nienawidziłem siebie za to co robię, ale po prostu potrzebowałem łatwej forsy, żeby odbić się od dna i zacząć wreszcie normalnie żyć, jak człowiek. To miała być robota na jakiś czas, żeby tylko skończyć szkołę, i załapać się na jakiś serial. Wmawiałem sobie to bardzo często, zawsze wtedy, kiedy słabł mój optymizm i ogarniał mnie jakiś wewnętrzny smutek, przygnębienie.

Po tygodniu skończyły się śmieci, dostałem nocki i wtedy poznałem Jagodę. Od razu rzucił mi się w oczy. Facet nigdy nie trzeźwiał i miał wielką czarną plamę zamiast dwóch, górnych jedynek. Nazywał się Jagodziński, ale wszyscy w robocie mówili na niego Jagoda. Był legendą tej piekarni. Wszyscy go znali, nawet te szmaty z biura, a ja stopniowo, z dnia na dzień, zacząłem odkrywać tajemnicę tego człowieka. Lubiłem nocki z Jagodą, bo nie robiliśmy praktycznie nic. Chodziliśmy tylko za palety , waliliśmy wódę, paliliśmy mocne fajki i gadaliśmy do świtu. Właściwie to on mówił, ja słuchałem. Opowiadał dziwne rzeczy. Mówił o swojej rodzinie, o żonie i córkach , które niby bardzo kocha. Chciałem mu wierzyć, naprawdę, mocno się starałem, ale z jego ust brzmiało to żałośnie, bo co jak co , ale Jagoda nie wyglądał na człowieka, który odczuwa i potrafi nazywać emocje po imieniu. Był alkoholikiem, jak każdy tu. Nie było na magazynie człowieka, któryby nie pił. Każdy miał w szafce pół litra a już minimum ćwiartkę.
Siedzieliśmy więc z Jagodą na paletach i waliliśmy wódę z czerwoną etykietką. Każde jego słowo trafiało we mnie głęboko , zdawałem sobie sprawę z tego, jak nisko upadłem, i zastanawiałem się, czy można upaść jeszcze niżej. Wypiliśmy po maluchu i wtedy Jagoda powiedział do mnie:
- Student, ty tutaj długo nie posiedzisz.
- Tak myślisz?
- Jasne kurwa. Chłopaku, ty nie pasujesz do tej roboty.
Przynajmniej on mnie rozumiał.

3


Mijały dni i niestety zdążyłem się z piekarnią oswoić. To przerażające. Zabierają ci osiem godzin z życia, i płacą marne pieniądze. Wracasz zmęczony do domu i od razu zasypiasz, potem budzisz się, jesz kolację, albo śniadanie, zależy od tego, na którą chodzisz do pracy i idziesz dalej spać. Nie masz życia. Nie mogłem tego znieść , ale też nie mogłem stamtąd odejść, ponieważ matka wyrzuciłaby mnie z domu i nie miałbym dokąd pójść, a zdolna jest do tego. Szukałem w między czasie czegoś bardziej człowieczego. Takiej pracy, po zakończeniu której, nie trzeba się myć i szorować paznokci. Byłem nawet na kilku rozmowach, ale bez rezultatu. Na mejle też nikt nie miał zamiaru odpisywać. Na szczęście Jagoda każdego dnia pocieszał mnie jak tylko mógł. Przypominał mi bez przerwy kim jestem i jakie jest moje przeznaczenie. Ochrzcił mnie nawet ksywką Polański i tak już zostało. Nawet mi się to podobało. Poznałem pozostałych chłopaków. Nawet całkiem przyjemni goście. Może niezbyt rozgarnięci intelektualnie, żadne tam filozofy, ALE LUDZIE. Nie mogłem ich przecież winić za to , że los kazał mi pracować i przebywać z nimi. Dobrze nam się pracowało i piło. Dzięki temu praca mijała bardzo szybko. Nie znosiłem tylko tych z biura. Nie mogłem patrzeć na ich mordy. Do Podskoczego teoretycznie nic nie miałem, z wyjątkiem tego, że musiałem mu włazić w dupę, żeby dostać tę pracę, ale jako człowiek, nie miał chyba nic na sumieniu. Z tego co mi było wiadomo, to facet był jakimś inżynierem po studiach więc brał odpowiednio dużo hajsu. No co ?, człowiek powinien się cenić i zarabiać tyle, żeby na wszystko starczyło. Przesadzał trochę z tym luksem, ale to jego sprawa. Jedni jeżdżą zimą na narty w Alpy, a inni, jak na przykład Jagoda, biorą dzieciaki na sanki i zjeżdżają z nimi z wiaduktu. Tak już jest ten świat zbudowany i nikt na to nic nie poradzi.
Podskoczy był więc mi zupełnie obojętny, ale Grubasa, nie mogłem znieść. Nie przepadałem za nim od początku i vice versa. Nie mogłem pojąć tego, że facet po podstawówce zarabia trzy razy więcej ode mnie i ustawia mnie jak pionka na szachownicy. Ile ja bym dał, żeby zarabiać trzy tysiące. Wynająłbym mieszkanie, urządziłbym się w nim i żył. Niestety tysiąc musiał mi wystarczyć. Tysiąc i ani grosza więcej (...)

Opublikowano

- Dziękuje. – odpowiedziałem błyskawicznie - ę

Nie mogłem tego znieść , ale też nie mogłem stamtąd odejść, ponieważ matka wyrzuciłaby mnie z domu i nie miałbym dokąd pójść, a zdolna jest do tego. - ze dwa zdania bym z tego zrobiu

a ogolnie prawda

Opublikowano

Ogólnie mi się podobało. To chyba pierwszy Twój tekst jaki przeczytałam :)
Ale jest parę rzeczy do poprawki.
1) nie stawiaj podwójnej spacji po kropkach, przecinkach i wg w zdaniach !!!! - wygląda to nieestetycznie i nieprofesjonalnie, więc to należy zmienić.
2) "czasem wycierałem łzy i nie mogłem ich powstrzymać." - w połączeniu z resztą zdania... e, no nie wiem, ale jakoś mi to nie pasuje. Może pomyśl nad zmianą tego zdania, albo wytłumacz mi czemu tak.
3) "No co ?, człowiek powinien się cenić i zarabiać tyle, żeby na wszystko starczyło." - czy ten znak zapytania, aby napewno ma tam być? Tu się akurat pytam Ciebie, bo to mnie zaskoczylo.

W kwestii technicznej tekstu, to wszystko ode mnie. Najbardziej wali po oczach 1 punkt, ale tak poza tym to jest całkiem fajny tekst. Chociaż wolę bardziej styl Dzie wuszkowy.
Pozdrawiam Cię cieplutko.
M.

Opublikowano

Choc Dzie wuszkowaty styl do mnie nie trafia, to jestem pełna podziwu. Autorka posiada niesamowity dar - wyobraznie.
Wole jednak bardziej realistyczne teksty, dlatego jestem za Piotrkiem.

Jest fajnie Piotrus. Jest duzo lepiej niz poprzednio. Tak realistycznie, lekko, niewymuszenie. Podoba mi sie, mimo braku wartkiej akcji. Swietny początek. Było by jeszcze lepiej gdyby bylo więcej dialogów. Piszesz rozpieprzające "rozmówki", to moim skromnym Twoj najmocniejszy atut.
Będą z Ciebie ludzie!
Aby do przodu Polański, aby do przodu!

P.S. Nie zwracaj sie do mnie "Oxy" kojarzy mi sie z płynem na pryszcze.
-K.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Piotrze Rutkowski,


na forum jestem od niedawna i strrrrasznie podoba mi sie Twoj styl.
Bardzo ladnie widac wplywy Topora, Bukowskiego, Millera i paru innych.

Ale to chyba wiesz, prawda?

(aha, i lubie jeszcze ten rozdzwiek miedzy Chlopakiem, Ktory Ma Marzenia i tym drugim, ktory lubi laski co chca byc bzykane i sluchac slow o milosci). Niektore Twoje produkcje to naprawde perelki, jakem Agdam.
Ostatnio niewiele rzeczy mnie zaciekawilo tak, jak pare z Twoich opowiadanek.

tak trzymaj :-)

AA

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...