Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Idę sam
stawiam kroki
łapię mrówkę
mrugam do kreta widzącym lepiej okiem
przytulam ziemię w słońcu pełnym cudzych
uniesień - dobrze że trawa między nami ziemio
jak iść dalej?
słuchaj laseczko!
nie słucha
ja w lewo – ona w prawo
ja w prawo – ona w lewo
prosto chcę iść
ona pada
schylam się
wstawaj
padam – za głowę się chwytam
to ona winna
wiem - równowaga
łatwiej pisać niż ją zachować
idę prosto – za wzgórzem miasteczko
dokąd idziesz?
gdzie mnie prowadzisz laseczko
czy to Rzym?
Adam Sosna(2006.02.26)

Opublikowano

ad 1) chyba to takie podkreślenie, że prosto
ad 2) połamany jak ja - nie brzmi może
ale co brzmiącego w padaniu?
ad 3) no łatwiej - uwierz, wiem coś o tym
ad 4) jakoś moja mnie bardziej przekonuje
tam laseczko gdzie mnie prowadzisz

Opublikowano

Może tak?

Idę sam
stawiam kroki
łapię mrówkę
mrugam do kreta widzącym lepiej okiem
ziemię przytulam w słońcu pełnym cudzych
uniesień - dobrze że trawa między nami ziemio
jak iść dalej?
słuchaj laseczko!
nie słucha
ja w lewo – ona w prawo
ja w prawo – ona w lewo
chcę iść prosto - ona pada
schylam się by powstała
padam
chwytam się za głowę
to ona odpowiada za...
to się nazywa równowaga
łatwiej pisać niż zachować
idę prosto – za wzgórzem to miasteczko
dokąd idziesz?
gdzie mnie prowadzisz!
czy to Rzym?

Opublikowano

Mogę się wtrącić? :)




Idę sam
stawiam kroki
łapię mrówkę
mrugam do kreta widzącym lepiej okiem
ziemię przytulam w słońcu pełnym cudzych
uniesień - dobrze że trawa między nami ziemio
jak iść dalej?
słuchaj laseczko!
nie słucha
ja w lewo – ona w prawo
ja w prawo – ona w lewo
chcę iść prosto - ona pada
schylam się
padam
unosząc głowę odgaduję
to ona odpowiada za...
to się nazywa równowaga
łatwiej pisać niż zachować
idę prosto – za wzgórzem to miasteczko
dokąd idziesz?
gdzie mnie prowadzisz!
czy to Rzym?

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Wiersz jest dziwnie poprowadzony i wersyfikacja powinna ulec zmianie; ale to
drobiazg - rozmowa z laseczka prosta, bez wyrazu może dowcipem trąci,ale
po poprawkach ( już sa widzę sugestie) może być całkiem dobrze.
Przepraszam, już nigdy nie napiszę ''jednym slowem'' :) A.
Opublikowano

natasza zawacka
może to laseczka Charlie'go?
może to laseczka - kostur - laga
może...
laseczka
wiele mieć znaczeń
wiele postaci
Pani łaskawie, kategorycznie orzekła
laska nebeska z dyskoteczki
ubóstwo doświadczeń
współczuję
kategoryzm to błąd

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Wiersz jest dziwnie poprowadzony i wersyfikacja powinna uledz zmianie; ale to
drobiazg - rozmowa z laseczka prosta, bez wyrazu może dowcipem trąci,ale
po poprawkach ( już sa widzę sugestie) może buć całkiem dobrze.
Przepraszam, już nigdy nie napiszę ''jednym slowem'' :) A.

osobnik Allena
powinien, chcąc innych pouczać, wystrzegać się się prostych błędów
np. "uledz"
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Wiersz jest dziwnie poprowadzony i wersyfikacja powinna uledz zmianie; ale to
drobiazg - rozmowa z laseczka prosta, bez wyrazu może dowcipem trąci,ale
po poprawkach ( już sa widzę sugestie) może buć całkiem dobrze.
Przepraszam, już nigdy nie napiszę ''jednym slowem'' :) A.

osobnik Allena
powinien, chcąc innych pouczać, wystrzegać się się prostych błędów
np. "uledz"
Osobniku Adamie Sosno - jesteś w 100% doskonały i do tego mądry. nie omieszkam jednak
wytknąć błędu, bo chyba go Pan popełni kiedyś.Nie wiem czemu zwraca się Pan do mnie''per - osobniku''Odpłacam Panu tym samym,ale nie jest mi przyjemnie- z natury nie jestem mściwa tak jak Pan i podejrzewam,ze ma Pan kłopoty z rozróżnianiem (wiadomo czego) i używa Pan bezpiecznego nazewnictwa. Do kobiety mówić '' osobniku'' ?
A.
Opublikowano

ciekawa dyskusja:)
ja może tylko coś dodam do tej laseczki. Otóż myslę Autorze, że bardzo sprytnie to sobie wykombinowałeś z tym kretem i prowadzeniem. Podaba się mi:) może tak tylko powrzucać kilka enterów i będzie cacy
pozdrawiam :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ależ ja się z Panem zgadzam, tylko dając wiersz trzeba się liczyć z różnymi
gustami odbiorców, a krytykantom nie mieć za złe,że nie myślą tak jak Pan.
Ciekawa jestem tylko skąd u Pana takie uprzedzenia do mnie, przecież Pan
mnie nie zna, jak wielu innych, a tylko do mnie zwraca się Pan ''osobniku''
W profilu napisałam swoje prawdziwe nazwisko i podobnie jak Pan - jestem z
tego dumna :) Malwina Rudecka ( allena)
Opublikowano

się nie zgadzam z brakiem wyobraźni - sąd kategoryczny
trzeba, tak pisząc, liczyć się z odporem
wyobraźni moim zdaniem mi nie brak
w tym wierszu (moim zdaniem) też
odsyłam Panią do prozy
"Fantazja-Wyobraźnia"
nie, żeby pouczać
żeby pomóc ewentualnemu zrozumieniu
przepraszam jeśli uraziłem
przepraszam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Panie Szanowny - pszeprosiłam już Pana za niestosowny komentarz z mojej strony i uważam sprawę za zamkniętą.Wysyłanie mnie powiedzmy do biblioteki z propozycją czytania czegoś co Pan uważa,że powinnam przeczytać nie jest eleganckie.Oczekiwałam raczej odpowiedzi na zadane pytanie w związku z nazwaniem mnie osobnikiem - jako jedynej osoby na tym forum. Tylko tego oczekiwałam. Czyż nie wyraziłam się jasno? Lektury niech Pan poleca osobom sobie znanym - tak jest lepiej; chyba, że to reklama(?) A.
Opublikowano

le mal
ma być wieloznacznie
słowo powinno być bogate w znaczenia i skojarzenia
w tym wierszu laseczka jest z jakiegoś powodu
podobnie jak wers "dokąd idziesz?"
co nie znaczy że nie można podkładać pod słowa lub zwroty własnych treści

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...