Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

2) pierwsza lektura

Postanowił wrócić do książki. Wracał przez kuchnię gdzie zrobił sobie mocnej herbaty – na szczęście była taka jaką lubił, liściasta. Łyknął ponownie ze szpitalnego; spojrzał na butelkę. W tym tempie starczy płynu na niecałe trzy tygodnie. Miał nadzieję, że profesor dotrzyma słowa – wykombinuje za trzy tygodnie lepszy towar.
Usiadł na kanapie, szklankę z herbatą postawił na stojącym obok stoliku; wziął w ręce książkę.
Szczęście, że zostawił ją otwartą.
Zdanie po zdaniu, słowo po słowie wyrywał znaczenia, kojarzył, wymyślał. Szło coraz lepiej, szybciej ale książka była gruba. Że też autorowi się chciało – pomyślał.
Płynęły godziny i o to szło. Zająć czymś umysł do świtu, lub do chwili gdy zmęczenie każe spać. Nie zauważył, że po czasie działania mieszanki, wypił herbatę – wystygła. Zimna najbardziej mu odpowiadała.
Doczekał wschodu słońca. Jak wczoraj do czytania, tak dzisiaj przymusił umysł do działania. Ciało zdrętwiałe w pozycji siedzącej, też trzeba było przymuszać do ruchu.
Do kuchni – po tajemniczą mieszaninę, której był niewolnikiem, po herbatę, której był miłośnikiem. Książkę odstawił na półkę, najwyższą – łatwiej będzie sięgnąć. Popijając gorzki, gorący płyn czekał na dzień powoli wygrywający z nocą. Z nadzieją włączył radio; od razu znalazł jakiś anglojęzyczny szmer do bardziej lub mniej rytmicznych dźwięków.
Jaśniało, budziły się samochody, życie zaczynało nowy dzień. Poszedł do łazienki. Mycie, golenie – taki świeży, rześki przygotował dwa korki z waty; ubrał się w sypialni. Wiedział już na pewno, że jego stan przez czas pobytu w szpitalu uległ dalszemu pogorszeniu.
Kupił gazety w najbliższym spożywczym; potem przyglądał się gotowym potrawom, a raczej ich cenom, zastanawiając się, jak długo może przetrwać bez płatnego zajęcia? Szybko wyliczył w głowie – był w tym dobry – , że około dwu tygodni. Tyle miał czasu na znalezienie czegoś, jakiejkolwiek pracy. Postanowił nie wybrzydzać i korzystać z każdej oferty.
Żeby przeżyć najbliższe dni kupił kilka zupek „instant”, kawę, trochę cukru (dla ewentualnych gości – on nie słodził), gotowce do mikrofali, chleb. Czekał go trudny dzień, wrócił do mieszkania; już nic nie jadł, nie pił, by oszczędzić miksturę. Przecież nie jest darmo. Przypuszczał, że za następną butelkę będzie musiał słono zapłacić.
Zaczął szukać w gazetach ogłoszeń o pracy – te gdzie wymagano prawa jazdy, samochodu skreślał podejrzewając, że kryje się za nimi handel obwoźny; skreślał proponujące świetną pracę za granicą – nie chciał wyjeżdżać; był nieufny; pozostało mu kilkaset. Dlaczego bezrobocie jest tak wysokie? – zastanawiał się. Pomyślał jeszcze o urzędzie zatrudnienia, lecz nie pokładał w nim wielkich nadziei. Poszedł do łazienki i wymienił watę w nosie. Zaciski odłożył na półeczkę pod lustrem. Widać było nieco zniekształcenia ale, nieznajomi, a z takimi będzie miał do czynienia, nie poznają się. Gorzej, że głos miał zmieniony – nie dość, że nosowy to jeszcze metaliczny, nieprzyjemny. Obniżało to jego szanse. Wrócił do gazet; zaznaczył informacje dotyczące jego miasta. Zostało mu zaledwie kilkanaście ofert.
Zaczynał powoli rozumieć, dlaczego bezrobocie tak wzrosło.
Przypomniał sobie studia – cztery lata zabawy na koszt rodziców. Beztroskiej zabawy przerywanej jedynie uciążliwymi zaliczeniami; egzaminami. Żałował teraz, że w obawie przed zbytnimi obciążeniami nie skorzystał z możliwości wybrania drugiego kierunku.
W jego specjalności brak było ofert.
Właściwie jaka jest jego specjalność? Dotąd nie zastanawiał się nad sprzedażą siebie, nad pójściem do pracy, wyjąwszy krótki epizod w hipermarkecie.
Miałem nie wybrzydzać! – przypomniał sobie. Robić mógł cokolwiek byle zapłata pozwoliła utrzymać się na jakim takim poziomie nieubóstwa. Wstał szykując się do wyjścia. Pamiętał o profesorskiej mieszance – przelał drogocenną miksturę do trzech mniejszych buteleczek; jedną wsunął do kieszeni. Może gdzieś zaproszą go na kawę z ciasteczkami? – zamarzył.
Bał się wyjść. Za drzwiami czekały smaki i zapachy – życie. Tu było bezpiecznie, pełna izolacja od problemów świata, zwyczajnego człowieka – on, taki inny, musiał znaleźć wśród „normalnych” miejsce dla swoich kłopotów lub zniknąć. Otworzył wreszcie drzwi, które nabrały rangi Rubikonu.
Przed budynkiem postawił kołnierz jesionki, by chronił go przed wiatrem, przed zapachami. Mimo wypchanego nosa czuł je mocno, przyzwyczajał się powoli do tego, być może, gdyby ich brakło, czułby się niepełny?

Początek poszukiwań!
Przyjęła go mocno pachnąca panienka ufryzowana w modny „kosmicznie rozczochrany” sposób.
Nieaktualne – powiedziała – gdy wyłuszczył jej powód przyjścia.
Przestała zwracać na niego uwagę.
Wyszedł.
Na liście zaznaczył załatwioną pozycję.
Schodził szybko po schodach, bo nie lubił wind – przeważnie ciasnych, źle oświetlonych, skrzypiących, często stających w nieodpowiednich momentach. Miał jeszcze kilkanaście adresów do sprawdzenia. Wyszedł z budynku rozglądając się tym razem za przystankiem autobusowym. Znalazł! Przez chwilę kojarzył wypisane adresy z numerami autobusów.
Szybko mu szło ze spotkaniami w sprawie pracy. Podobne panienki wygłaszały podobne teksty. Nie zmęczył się zbytnio, a dotarł do centrum miasta. Na liście zostało mu kilka adresów, właśnie w środku miasta. Było koło pierwszej więc postanowił zrobić sobie przerwę. Wstąpił do napotkanego przypadkiem wielkiego sklepu z telefonami gdzie postanowił uradować siebie. Czyniąc zadość jednej z zauważonych reklam nabył małe urządzenie z słuchawką. Stając się posiadaczem numeru odczuwał jakąś ważność; mógł zadzwonić do profesora. Po drodze do następnej panienki wstąpił do firmy, w której w przeciągu pięciu minut dostał dwieście (sto kosztowało niewiele mniej) wizytówek z miejscem zamieszkania oraz numerem telefonu.
Następny adres. Panienka chyba przeniesiona z wyglądu spod poprzedniego wychrypiała sakramentalne:
- nieaktualne.
Tym razem zostawił jednak jej swą wizytówkę w nadziei, ze wydane pieniądze jakoś się zwrócą.
- Nieaktualne.
- Nieaktualne.
- Nieaktualne.
Słyszał to tyle razy, z ust tak podobnych, że zastanawiał się nad utworzeniem czynnej całą dobę agencji z jednym pomieszczeniem w dobrym miejscu gdzie podobne panienki za nieduże pieniądze powtarzałyby: „nieaktualne”.
Wszystkie pozycje „na dzisiaj” były skreślone z listy. Miał przed sobą jeszcze kilka dni na znalezienie pracy. Postanowił, że następny dzień szukania lepiej przygotuje.
Do domu wracał autobusem obiecując sobie gorącą kąpiel, przepłukanie zakurzonego gardła wodą. Wszedł jeszcze do małego sklepiku gdzie rano kupował jedzenie oraz gazety, i kupił aktualny plan połączeń komunikacyjnych, wodę mineralną – taką, jak lubił, nie gazowaną o małej zawartości minerałów. Poczuję jej smak, jeszcze jak! – pomyślał.
Z ulgą wszedł w drzwi bloku; skorzystał z windy – dwunaste piętro nie przelewki, a nie śpieszyło mu się. Poza tym miał telefon by wezwać pomoc – telefon do profesora, przypomniał sobie. Rano przekażę jakoś mój numer postanowił.
Winda zawiozła go bez przeszkód na górę drzwi zasunęły się za nim. Ruszył do mieszkania. Otworzył wejście; z ulgą pożegnał płaszcz, buty, kapelusz. Po to jest przedpokój – mieszkanie płaszczy, butów, kapeluszy. Pamiętał o miksturze – była już jego relikwią.
Przysiadł na kanapie. Wstał; poszedł do kuchni – łyczek profesorskiego płynu; zabrał się do robienia obiadu. Obiad? Prychnął w duchu z pogardą. Obiady gotowała matka, nie chodziło o czas spędzany w kuchni – chodziło o miłość na każdym talerzu, o uczucie w każdym kęsie. Szkoda, że te dziesięć lat temu tak nie myślał.
To co nazwał obiadem było gotowe w piętnaście minut. dwadzieścia minut zajęło mu jedzenie – szybko. Po obiedzie włożył naczynia do zmywarki; przeszedł do dużego pokoju. Zawahał się, podszedł do półki bibliotecznej; zdjął rozpoczętą książkę – chciał ją skończyć; pozostawić pamięci. Połowę zmógł wieczorem, w nocy – teraz postanowił skończyć. Szło mu nadspodziewanie dobrze. Poprzednio tak solidnie czytał w szkole. Dokończył w mig. Kiedy spojrzał na zegarek, zorientował się, że minęło cztery i pół godziny – czas na kolację. Pawłowi dawno nie zdarzyło się tak ugrzęznąć w książce. Nie zachwyciła go, nie – ale sprawiła, że odpadł od rzeczywistości, od przykrości. Zastanawiał się teraz jakie będzie jutro – znowu beznadziejne, szare czy z nutką optymizmu. Łyknął profesorskiego płynu przed kolacją; poszedł do kuchni. W lodówce odnalazł pozostałe po czasach pracy w hipermarkecie konserwy z ryb. Lubił te konserwy – jedną otworzył; zjadł razem z kupioną rano bułką. Nie mogło mu się jeszcze chcieć spać więc włączył telewizor. Wyłączył zaraz, bo nadawany film go nie interesował. Zauważył, że ostatnio historyjki obrazkowe przestały mu się podobać – nazbyt dosłowne, dokładne – nie pozostawiały oglądaczowi, jego wyobraźni pola do działania.

Opublikowano

Nie czytałam całości, oceniam więc tylko ten tekst. Cóż brakuje mi tu jasności, wszystko się plącze - może taki masz styl, nie wiem, czytam "Cię" pierwszy raz. Mi to nie odpowiada, nie wciąga, choć muszę przyznać że miłość na każdym talerzu wywarła wrażenie.

Opublikowano

ja uwielbiam być oceniany "nieobiektywnie"
co to znaczy - ocenić "obiektywnie" te parę słów?
obiektywnie można napisać - to jest wbrew zasadom
tylko kto ustalił te zasady?
ja?
Ty?
też pewnie nie mogę Twoich pisań oceniać obiektywnie
i co?
mam nie czytać?

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
    • @Charismafilos  wiersz nie jest o tym:)) .Zaskakujące skojarzenie ;) Dziękuję  @Marek.zak1

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Dziękuję, nie znałam tego. Sprawdziłam i rozumiem aluzję . Spokojnej nocki;))  @Mel666 Bardzo trafne odczytanie.  Serdecznie dziękuję.  Uściski.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @wiedźma nie wiem czy się nie mylę, ale dla mnie jest to wiersz o przemocy. Psychicznej, fizycznej....ale ukrytej. Tak o nim mysle po pierwszym czytaniu. Jest świetny!
    • ?trwałość pamięci*   upłynnij wymowę cz chupa chups w kwiatek czy chmurkę   od lat podnosi  poziom serotoniny staś dla nel zdobyłby chupsa zamiast chininy    logo zbyt  późno powstało avida słodycz salvadora dolar   galowe logo którego nie czupiają się zegary co zostało  osiemdziesiąt dziewięć    przełom zabrał malarza cukierek poszedł do kosza  papierek pozostał  w dłoni   * Nawiązanie do tytułu jednego z obrazów S.Dalego.
    • @Poet Ka i dziękuję za wszystkie lajki i komentarze. Wiele dla mnie znacza
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...