Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Patrzaj hen daleko
Gdzie człowiecze oko nie sięga
Tam tańczy trójgłowa
Dupa.
Boć nie wiesz, jakim sokołem
Jest twoja żywotu natura,
Acz jeśliście ciekawi pospołem-
Z osła zrobili gbura.
Panieński żywot wiodą nasze konie,
Wiadomo o nich co nieco,
W żłobie leży nienarodzony
I idzie, gdzie go oczy poniesą.
Wiedzieć nie wiem, ile wron
Na mej twarzy się ślini.
Tylko jedno jest moją ozdobą-
To drób z mej głowy -
Moja bogini.
Patrzam na wrocławskie pielesze
I nie wiem, gdzie Dupa ma...
Gdzie moja dupa ma swoją dup parę
Boć niemożliwym jest nie mieć jej wcale.
Kędy się w grobie przewierca dziura
Śmiej się w glos - to twój jędrny poślad
Na świat się wymyka - na życie, przestrzeń
Ogromną, niezmierzony, ohydny jednoślad.

Rzeknę wiec jeszcze nieco o tem, jak rok
Już przeszło z nawrotem
Widno było i sucho, jak na zwiesnę zoraną.
Cóż teraz - Homera
Nie widać, a ty, plucho zawżdy nie pustosz
Obrazu mego drzewa
I koni doń przymocowanych;
Wszystko za jedno, powiesz, znam ja cię za dobrze.
Wiem, lecz z roku na rok coraz gorzej
Dzieje się z tą Dupą kwadratową, patrzeć nie chce-
Lepiej z głową trochę popracuj, niech się wydrze
Na światło dzienne, na świtanie lejcowe.
Nie ma, nie ma, jak to w porzekadle - "Kto komu ukradł,
Temu po sadle jak po imadle".
Więcej nie wracaj,
Idź w świat, do gwiazd i nie patrz w dal...
Homer cię przyciąga do siebie,
Wszystkich światów dupo.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...