Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

ledwie go ujrzę szybko się zbiera
na deszcz i rzepak duszny złotawy
co gdy skoszony w nozdrzach zawiewa
na smak się zbiera – na smak

len z jego włosów żytem przybrany
ramiona nosi chłodne napięte
może go latem naciągnę w ramy
jak cień rozlany – jak cień

do takiej wtedy przywiera chwili
gdy wiatr mu ciepłem smaga kolana
jak gdyby ciepło z uczuciem mylił
i wzrok pochyły – i wzrok

czemu miesiącu zostać się boisz
kto poza tobą ulgę przyniesie
kto dni płochliwe tak załagodzi
i nas ukoi – i nas

Opublikowano

Wyliczony co do tchu ;), ale rzeczywiście: rytm, średniówka - pieknie, co do rymów, to by można ;) (zwłaszcza zbiera - uwiera - mnie uwiera). Jest też bliski rym do średniówki (mylił - pochylił - nie za ładny, prawdę mówiąc: czysta częstochowa ;))
"Miesiąc" oznacza też księżyc, najpierw tak właśnie czytałem, może jakoś bardziej bezpośrednio go nazwać? odczerwcowo?
Ja bym optował za wydłużeniem zakończenia o powtórzenie też "ukoi" - niech popłynie w końcu i znaczy, i ukoi ;)
pzdr. b
PS. Niegłupi w obrazowaniu i przesłaniu.

Opublikowano

ech o tych rymach to ja wiem,Iza by mnie zatłukła za nie,ale poki co nie wiem,dlatego warsztat:)pierwsza wersja była "czemu ty czerwcu zostać się boisz"...
powtórzenie "ukoi" kompletnie nie do przyjęcia:)w ogole tam musze pomajstrowac zeby to jasniejsze bylo
dzięęęki za wejscie:)

Opublikowano

czemu miesiącu tak szybko odchodzisz - propozycja pierwszego
wersu w ostatniej strofie
może go latem oprawię ( zamiast naciągnę ) w ramy
wiersz jest piękny w formie i ciekawy treściowo:) A.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...