Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Suknia, co z lekka opada
luźno na ziemię
nie czuję już głodu
wychodzę z wc
już mi lepiej

Codziennie...na wpół strawiony orzech
karmi mnie strachem
Jak długo jeszcze?
ukrywam moje ja
głęboko...jak najgłebiej

W moim pokoju wisi wieszak
przypatruję mu się z uwagą...niemal zazdrośnie
jest mi dziwnie bliski
a on patrzy na mnie z ironią

Ależ oczywiście czuję sie świetnie
Wszystko jest ok

Idę drogą, uważnie stawiam
stopy jedna za drugą
ostrożnie by nie upaść

Zakrywam lustro
nigdy więcej kłamstw
moje ciało...nie należy już do mnie
to cząstka Wszechrzeczy

Wśród wysokich traw bujnych
moje ciało złóż
niepotrzebne mi już

Opublikowano

Widzę, że debiut, więc zacznę od tego by poradzić najpierw seans w Warsztacie przed umieszczeniem utworu na właściwym forum (tak czynią nie tylko debiutanci)
Tak dla siebie to wiele tu niestety nie znajduje.
Spodobała mi się stosunkowo jedna strofka:

W moim pokoju wisi wieszak
przypatruję mu się z uwagą...niemal zazdrośnie
jest mi dziwnie bliski
a on patrzy na mnie z ironią

Nie widzę usprawiedliwienia dla takiego zapisu, natomiast wers:
Wszystko jest ok
rozwalił mnie kompletnie :|

życzę powodzenia w dalszych próbach, pzdr.

Opublikowano

Anno Mario i Jego Alter Ego na pewno macie rację co do warsztatu, jest to mój pierwszy wiersz, więc na pewno się przyda się go podszlifować i pewnie przerobić.Dzięki za odpowiedź i Wasze rady.

Olesia: Tytul nie musi byc wcale subtelny. Ma oddawać treść, przynajmniej w moim przekonaniu.
Pozdrawiam:)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


gdyby tak wszystko w taki sposób napisać, to było by smaczne, ale że tak nie jest- robi sie niedobr(z)e
z treścią tak jak z tytułem- nie tak wprost

pozdr, fr.ashka ;)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...