Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Miał zatrzymać ten autobus i zażądać:
- wysiądź ze mną,
ale nie uczynił tego. Można napisać coś o samotności, nieszczęściu, rozterkach, ale to nie będzie o tym. To będzie o szansie, co trwała tylko dwa przystanki. W tym krótkim czasie zabrakło paru słów, jakiegoś gestu, porozumienia, spojrzenia. A tak, gdy wysiadł, została mu tylko noc, przeorana opadającymi gwiazdami. Bo gdyby wysiadła, byłaby czymś dla niego, urzeczywistnieniem sensu poświęcenia, podstawą kruchego fundamentu stereotypu. Gdyby. Ale milcz, bo panteon bóstw zaczyna się wyczerpywać. Promień słońca ocali ciemność przed zapomnieniem. Tak kochać tylko i wyłącznie dla cierpienia, ból jak czarnoziem dla rośliny. Przybiera pozór romantyka, pochyla głowę.
- twoja osoba jest największą poezją tutaj
- mam wysiąść ?
- a czy to jest konieczne ?
- a chciałby pan ?
Zachmurzył się, wtulił w siebie.
- pan jest śmieszny
- może to i lepiej ?
Woda zawsze go urzekała. Czasem żałuje, że nie został żeglarzem, podziwiającym bezkresne dale, za dnia błękitne i uśmiechnięte delfinowo, nocą zaś straszne i okrutne jak Lewiatan. w palcach poczuł papier, zacisnął go i miął. Ruch określony, chociaż bezwiedny.
- a w co pan gra ?
- w to, po co wsiadłem
- to ciekawość
- albo coś więcej.
Nie musi martwić się o nic. Średnio uzdolniony, samoistny filozof w poszukiwaniu urzeczywistnienia. typowy topos, tak samo jego postać, krok za krokiem orająca przywiędłe już liście. Gdy czas mija, to wraca do siebie, jak zresztą każdy. Dom o nim nic teraz nie wie, jest na zewnątrz. Bałby się dotknąć, tego rdzenia istotowości, podsyconej jego ideą. Ale myśl jest przy nim ciągle, nieustająco. Zawisł nad nią ciężar rzeczywistości, światłość spełnienia przy którym marzenie blaknie. A to, co trwa, musi być nieprzerwane. Wolał pisać listy do siebie samego, idealnego odbiorcy toku zdań, ich chaosu i ukrytej prośby. Z dawności powraca melancholia, wypełza z tych chat, ta przeklęta, ale śniona. A gdy ona zginie, nadejdzie nowa ona, ale już dla kogoś innego. Nie wierzy w ponowne narodzenie, bo i po co. Jeżeli wyrzuci teraz ten świstek, to i on zniknie, rozpłynie się. To jego potwierdzenie, choć już lekko poszarpane. Te słowa na razie są bezkarne, nikt za nie wyklina, nikt ich nie analizuje i interpretuje, są wolne jak ptaki ułożone w klucz, nadające im sens i barwę. To piękne ptaki.
- pan wierzy w Grecje ?
- w tragizm
- to ja
- dlaczego ?
To czarodziejska i nostalgiczna pora. Przy skowycie wiatru fale rozrywają brzegi próbując wedrzeć się na nie, zdobyć je, zalać, pochłonąć. Jaki miała szalik, jaką kurtkę, spodnie, buty, rękawiczki ? Zagłuszył to szum wody. Czy gdy wychodził to chociaż zbladła ? Czy go przejrzała ? Ma przecież błękitne oczy, mówią mu często, że takie smutne. On wie, że gdy on przegrywa, to tamten wygrywa. Ale ona ? Ona go pokonała, ten cień, tą dwoistość. Jego koniec stał się niezauważalny. Krople wpadają za kołnierz, otrząsa się. Nabywając to prawo, wiedział że musi ponosić konsekwencje. To dla niego takie wulgarne, jak ten rybak przekłuwający żywe stworzonko, by złapać kolejne stworzonko i je zjeść. Jakże brakuje tu uwznioślenia. Ordynarny ból, na który już nikt nie zwraca uwagi. A on to potrafi, potrafi płakać, zna smak własnych łez.
- wiesz, jesteś największym poetą – powiedziała mu jedna z minionych pewnej nocy. Potem zaległa cisza. Sama przyszła, a on pozwolił jej odejść. A ta, czy rzeczywiście musiała odjechać ? Przy nim doszłaby do czegoś, a tak do niczego pojechała. To kolosalna różnica.
- czy pan lubi niszczyć ?
Zaczęła boleć go głowa. Drobne ostrza kropel cięły mu twarz. Przecież ja jestem stwórcą królestwa dusz. Po co mi wasze ciała, do czego ? Tak, teraz już pojął, schemat Pigmaliona spotkany w autobusie. Tak musiała wyglądać w oczach mistrzów. Przecież gdyby wysiadła, poszedł by za nią. Wyśpiewał swój poemat, zmięty teraz w kieszeni. To cudowny poemat, ci, którzy go słyszeli, nie powtórzą go dalej. To gwarancja nieśmiertelności. A tak całe istnienie zostało niedomówione, zawisło we wnętrzu tego pojazdu i nie wysiadło razem z nim. a czyż on nie urodził się właśnie dla nich, wcielenie przeznaczenia, wynurzył się z pierwotnego chaosu by mówić do nich ?
Gdy stąpa, słyszy ten delikatny płacz. Wyciąga pomiętą karteczkę i wyrzuca za siebie. Jeszcze raz patrzy na rybaka i zawraca. Może jeszcze zdąży na kolejny autobus. Jutro napisze kolejny poemat i wsiądzie jeszcze raz. Wymacał w drugiej kieszeni nóż.
- dziś będziesz milczał. Ale do jutra – wyszeptał.

Opublikowano

"Po deszczu gwiazd, na łące popiołów" Pan na Prawo.
Nie będę majstrował w dziedzinie interpretacji, bo nie przepadam za tym. Co nie oznacza, że nie mam własnej. Podoba mi się styl i zabiegi z nim związane, poza tym nawiązania do klasycyzmu zawsze mnie urzekały.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie





    • Ciągną ją za rękę, przez dno wąwózu, które pokrywała ciemność – nie rycz, nie masz pecha, masz męża – zakpił wiedząc doskonale co aranżacja na zawsze i na wieki robi z obietnicą.

      – Z tych łez jeszcze będzie potok – wyszeptała. – Nie pocieszał jej żaden podszept oprócz śmiechu wiedźmy, który miał w zwyczaju wydobywać się z czeluści rozerwanych skał.

      – Za drzewami niedaleko wyjścia z tej jaskini jest kamienne miasto. Zaprowadzę cię tam, przybierzesz się w łachy wieszczki, suknie wrzuć do studni, tylko uważaj na tubylców. Nikt nie może cię zobaczyć, ale jeśli twoja moc czystości zacznie dominować tutaj i ściągniesz na nas niebezpieczeństwo... – przerwał wyjaśnienia.

      Miał już taki przypadek na swojej wspaniałej liście doświadczeń. Dziewica wydawała się z natury urocza, tak nie do końca, bo kiełkowała w niej siła wiedźmy, którą skrzętnie skrywała. W momencie wybawienia spod kobierca, zmieniła się w potworzycę. Walka była ciężka, miecz stracił swój blask, a on uszczerbek na dumie.

      – Ależ Panie, nie zostawiaj mnie! – Panna młoda widząc brak zainteresowania jej pozycją społeczną i nagrodą za oddanie jej w ramiona niechcianego pana młodego zaczęła mówić przez łzy.

      – Chimery depczą po twoich śladach. Jesteś na ich włościach. Twój miecz jest z kamienia zorzy polarnej, nie wystarczy ta moc na ścięcie tych cieni. Przydam ci się, będę walczyć niewinnością aż po grób. Wysoki czarnowłosy Pan Mroku odwrócił się i zwolnił uścisk dłoni. Spojrzał na białolicą pannę młodą swoim lodowatym błękitnym spojrzeniem.

      – Uważaj na śliskie kamienie – powiedział cicho i stanowczo.

      Teren był wymagający ogromnej sprawności w wyważeniu ruchów. Jeden błąd i kostki chrupną jak patyk pod naporem ciężaru dorosłego człowieka.

      Mroczny Pan szedł wolniej niż miał w naturze. – Zostańmy tu chwilę. – Mroczny puścił uścisk, zbyt mokry już od kontaktu z drugą skórą. Odczuwał dziwny rodzaj odbierania mu poczucia niezależności.

      – Przez tę suknię wytropią nas po wyjściu stąd – zmienił zdanie o dalszej wędrówce dziewczyny w tym stroju. Ratowanie uciekających panien było odskocznią od polowania na magów z krainy wiecznych przepisywań ksiąg magii.

      Niewielkie wiązki światła, które przebijały się przez coraz cieńszą pokrywę zieleni na zboczach, odbijały promienie od czysto krystalicznego materiału weselnego stroju.

      – Zdejmij ją i rzuć wysoko na te uschnięte gałęzie, ja mam jeszcze odrobinę pyłu zmian. Zmylimy ich złudzeniem, tylko nie panikuj. Zmienisz się za to w kogoś kogo nie rozpoznam na pierwszy rzut oka nawet ja, wytrawny łowca dziewic i wybawiciel.

      Szmer i syk, podmuch frunącej podmienionej panny młodej w brokatowym musie zawiesił ją na naturalnym wieszaku. Kukła żywa projekcja ze zwieszonym w dół nosem, bose nogi, pełna radość z uwolnienia się od przyszłości. Mroczny oglądał dzieło jeszcze, narzucając resztki poprawek z uformowanej kukły, gdy mamroczący duch ślubu uleciał ze sukni.

      Woń starego potu kozła, z którego zrobiona była sakiewka, wywołała u Mrocznego salwę kichnięć. Deszcz z magią spadł na stojącą obok dziewczynę.

      Mroczny ze swoją tęgą pamięcią, zapylił przez przypadek przeszłość wciągając przemianę nosem.

      Zmrużył oczy, gdy wir pochłonął obraz przed nim. Widział raz rękę raz nogę wyłaniającą się zawirowań, aż nagle wszystko opadło.

      – Kim jesteś?! – zapytał niepewnie łowca. Anielica porośnięta mchem z ogromnym garbem na klatce piersiowej przypominała żywy kamień.

      Czuł się oszołomiony widokiem. Nie tak miała wyglądać pozbawiona piętna skazanego na porażkę małżeństwa piękna dama.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @.KOBIETA. zaproszę Kornelka:)
    • @andrew   ach gdyby tak szybować i szybować ponad chmurami, ponad przestrzenią!

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      pozdrawiam, dziękuję @Poet Ka   chodźmy w cytrynowych pelerynach i kaloszach ! pomalujemy świat! podoba mi się! Dziękuję! Serce dla Ciebie @violetta   Zawsze kiedy się rozbieram wbijasz mi szpilkę ( prosto w serce a może nawet w oko ? ) boję się z Tobą spacerować!
    • @.KOBIETA. nagie będziemy, och mam piękne miejsca do pokazania:)
    • @Andrzej P. Zajączkowski  moim zdaniem charakter oryginału jest zachowany

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Ciągną ją za rękę, przez dno wąwózu, które pokrywała ciemność – nie rycz, nie masz pecha, masz męża – zakpił wiedząc doskonale co aranżacja na zawsze i na wieki robi z obietnicą. – Z tych łez jeszcze będzie potok – wyszeptała. – Nie pocieszał jej żaden podszept oprócz śmiechu wiedźmy, który miał w zwyczaju wydobywać się z czeluści rozerwanych skał. – Za drzewami niedaleko wyjścia z tej jaskini jest kamienne miasto. Zaprowadzę cię tam, przybierzesz się w łachy wieszczki, suknie wrzuć do studni, tylko uważaj na tubylców. Nikt nie może cię zobaczyć, ale jeśli twoja moc czystości zacznie dominować tutaj i ściągniesz na nas niebezpieczeństwo... – przerwał wyjaśnienia. Miał już taki przypadek na swojej wspaniałej liście doświadczeń. Dziewica wydawała się z natury urocza, tak nie do końca, bo kiełkowała w niej siła wiedźmy, którą skrzętnie skrywała. W momencie wybawienia spod kobierca, zmieniła się w potworzycę. Walka była ciężka, miecz stracił swój blask, a on uszczerbek na dumie. – Ależ Panie, nie zostawiaj mnie! – Panna młoda widząc brak zainteresowania jej pozycją społeczną i nagrodą za oddanie jej w ramiona niechcianego pana młodego zaczęła mówić przez łzy. – Chimery depczą po twoich śladach. Jesteś na ich włościach. Twój miecz jest z kamienia zorzy polarnej, nie wystarczy ta moc na ścięcie tych cieni. Przydam ci się, będę walczyć niewinnością aż po grób. Wysoki czarnowłosy Pan Mroku odwrócił się i zwolnił uścisk dłoni. Spojrzał na białolicą pannę młodą swoim lodowatym błękitnym spojrzeniem. – Uważaj na śliskie kamienie – powiedział cicho i stanowczo. Teren był wymagający ogromnej sprawności w wyważeniu ruchów. Jeden błąd i kostki chrupną jak patyk pod naporem ciężaru dorosłego człowieka. Mroczny Pan szedł wolniej niż miał w naturze. – Zostańmy tu chwilę. – Mroczny puścił uścisk, zbyt mokry już od kontaktu z drugą skórą. Odczuwał dziwny rodzaj odbierania mu poczucia niezależności. – Przez tę suknię wytropią nas po wyjściu stąd – zmienił zdanie o dalszej wędrówce dziewczyny w tym stroju. Ratowanie uciekających panien było odskocznią od polowania na magów z krainy wiecznych przepisywań ksiąg magii. Niewielkie wiązki światła, które przebijały się przez coraz cieńszą pokrywę zieleni na zboczach, odbijały promienie od czysto krystalicznego materiału weselnego stroju. – Zdejmij ją i rzuć wysoko na te uschnięte gałęzie, ja mam jeszcze odrobinę pyłu zmian. Zmylimy ich złudzeniem, tylko nie panikuj. Zmienisz się za to w kogoś kogo nie rozpoznam na pierwszy rzut oka nawet ja, wytrawny łowca dziewic i wybawiciel. Szmer i syk, podmuch frunącej podmienionej panny młodej w brokatowym musie zawiesił ją na naturalnym wieszaku. Kukła żywa projekcja ze zwieszonym w dół nosem, bose nogi, pełna radość z uwolnienia się od przyszłości. Mroczny oglądał dzieło jeszcze, narzucając resztki poprawek z uformowanej kukły, gdy mamroczący duch ślubu uleciał ze sukni. Woń starego potu kozła, z którego zrobiona była sakiewka, wywołała u Mrocznego salwę kichnięć. Deszcz z magią spadł na stojącą obok dziewczynę. Mroczny ze swoją tęgą pamięcią, zapylił przez przypadek przeszłość wciągając przemianę nosem. Zmrużył oczy, gdy wir pochłonął obraz przed nim. Widział raz rękę raz nogę wyłaniającą się zawirowań, aż nagle wszystko opadło. – Kim jesteś?! – zapytał niepewnie łowca. Anielica porośnięta mchem z ogromnym garbem na klatce piersiowej przypominała żywy kamień. Czuł się oszołomiony widokiem. Nie tak miała wyglądać pozbawiona piętna skazanego na porażkę małżeństwa piękna dama.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...