Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Nawet marudna nadal jesteś cudna,
Kiedy narzekasz, od konkretów uciekasz
Ja nawet lubię to...

Kiedy kochanie masz własne zdanie
Z którym należy liczyć się,
To właśnie za to kocham cię

Chociaż nie mogę wcale obiecać
Że nie będziemy nigdy się sprzeczać
To nie zostawię niedomówienia
Kocham po prostu twój punkt widzenia.

Kiedy marudzę, humor ci paskudzę,
Kiedy narzekam, od konkretów uciekam,
Myślę, że dalej lubisz mnie

Kiedy kochanie mam własne zdanie
Z którym należy liczyć się
Myślę, że właśnie za to kochasz mnie

Choć mi nie możesz wcale obiecać, że
Nie będziemy nigdy się sprzeczać
To perspektywę ten szczegół zmienia:
Możesz pokochać mój punkt widzenia.

Czy to w radości, czy próżnej złości
Warto ochronić iskrę miłości
Tak mało ich...

Opublikowano

Żeczywiście wiersz jest banalny, tak samo jak temat. I za to należy się plus. Nie widziałem jeszcze wiersza traktującego o tak banalnym temacie jak różnica zdań który jest powodem licznych konfliktów. Ubranie tego tematu w "słodkie rymy" nadaje polotu, wesołości. Jest to według mnie wiersz na poprawienie humoru i warty zacytowania kiedy się pokłóci z drugą osobą na której nam zalęzy. A teraz troche krytyki. Za dużo się powtarzasz, gdybyś zróżnicował słownictwo wiersz nabrałby wiekszej mocy oddziaływania na czytelnika. Tylko dlatego że się nad nim zastanowiłem i dwa razy przeczytałem spowodował że mi się spodobał. Szczeże mówiąc zachęciły mnie krytyczne komentarze innych. Ode mnie plus, chętnie przeczytam inne twoje wiersze zachowane w tak radosnej atmosferze

Pozdro

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...