Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Piąta rano. Jedna z tych godzin, podczas których to, co pozostawało uśpione – lęki, uczucia - budzi się do życia i wyrusza na żer.
Ostrymi pazurami trącają ludzi, przesuwając z obmierzłym skrzypieniem po krawędziach ich dusz. Niepostrzeżenie rozszarpują delikatne sieci snów, wplątując się w tkaninę umysłu, i zaczynają działać.
Wydzierają z gardeł ludzkich krzyk, płacz, wołanie o pomoc. Wyrywają ich z bezpiecznego snu, przenoszą ich z pozycji horyzontalnej do siedzącej. To one uderzają w ludzkie serca pięściami, aż nie zaczną one bić głośno, szybko i boleśnie. To one wywołują w nas strach – te potwory, jedne z wyklętych tworów boskich, które zawstydzony swym partactwem stwórca zepchnął w czarne odmęty nocy.
Ludzie nazywają je koszmarami.

Jeden z nich, o płonących skrzydłach, leci właśnie przez jaskrawobrązowe niebo. Gdy jego pazury, z których skapuje olej silnikowy, stykają się ze sobą, strzelają różnokolorowe iskry. Paliwo, cieknące bestii z pyska, zapala sie w locie od muśnięcia skrzydeł i spada na ziemię, w postaci małych, płonących kropelek.
Koszmar podlatuje do jednego z budynków. Przyczepia się do jego ściany szeroko rozstawionymi łapami, ugiętymi w kilku miejscach. Z metalicznym chrzęstem pełznie do okna i przenika przez szybę.

Krzyk przeciął powietrze jak rzucony nóż i wbił się w przeciwległą ścianę. Kobieta siedziała na łóżku, oddychając głośno i nierówno.
Wstała chwiejnym krokiem, na trzęsących się nogach, otworzyła okno i oparła się o parapet.
Nie widziała brązowych chmur, pulsujących neonów, cichej i spokojnej ulicy. Przed oczami tańczyły jej płomienie, jęzory ognia o niebieskich i zielonych brzegach. Widziała tylko te płomienie i feerie iskier z płonących instalacji, jedyne, co przebijało się przez czarny, duszący dym. Słyszała ogłuszający huk i wrzaski płonących, rzężenie duszących się i milknące szybko wycie tych, którzy wypadli.
Jej włosy i ubranie płonęły. Pas stopił się na niej, uniemożliwiając ucieczkę... Dokąd? Gdzie miała uciekać, skoro wszystko, cały świat, płonął, dymił, spadał i umierał w cierpieniach?
Smród, koszmarny smród palących się ciał, topniejącego plastiku, płonącego oleju. Strach, strach, strach....
Samolot leciał, zostawiając za sobą smugę dymu, a jego skrzydła płonęły. Czarna suknia i płomienne skrzydła anioła śmierci, który śmiejąc się, czerpał pełnymi garściami z tej latającej puszki Pandory i rozrzucał ludzi, jakby sypał sól na ziemię.
-To tylko sen – szepnęła kobieta, a w ustach wciąż miała smak oleju zmieszanego z żółcią, przed oczami wciąż tańczyły jej płomienie, a w uszach dźwięczały wrzaski konających. Osunęła się na kolana, szorując dłońmi po ramie okna, i zwymiotowała.

Kolejna z bestii przemyka poprzez cienie. Nie sposób stwierdzić, jakiego jest kształtu, koloru, czy ma pazury i kły. Może przez sekundę ujrzałeś migoczące w mroku oczy, może kątem oka dostrzegłeś błysk światła odbijającego się od czegoś długiego, ostrego i zakrzywionego, może to nie porzucone opakowanie po batoniku, tylko koniec ogona? Przecierasz oczy, ale nie ma tam nic.
Koszmar – o ile tam jest... - prześlizguje się miękko między liśćmi drzewa, skapuje po gałęzi na parapet okna i przeciska się przez szczelinę w okiennicy do pokoju.

W nieruchomej ciszy rozlega się głośny płacz. Chłopiec kuli się pod kołderką, przyciskając poduszkę do ucha. Chowa się, by potwór go nie wypatrzył. Gdy stwór go zobaczy, zrobi mu coś złego. Stara się opanować płacz, ale nie daje rady.
Wie, że jeśli otworzy oczy, zobaczy potwora. Widział go przecież tak wyraźnie, wyszedł spod łóżka chłopca, machnął pazurzastą łapą w powietrzu, szukając go. Palce poruszyły się powoli, a po krawędziach szponów prześlizgnęło się światło lampki nocnej, I nagle chłopiec zobaczył głowę, z błyszczącymi kłami, paskami na twarzy (mama mówi, ze tylko ludzie mają twarze, wszystko inne pyski...) i żarzącymi sie oczami. Jest trochę podobny do potwora, którego chłopiec widział w telewizji.
Gdy zwierz otworzył paszczę, chłopiec krzyknął, i w jakiś sposób bestia zniknęła. Musiało się przestraszyć, ale z całą pewnością czeka pod łóżkiem, aż chłopiec straci czujność...
- To tylko sen – próbuje chłopiec. Nie wie, co to znaczy sen. Ale tata mówi, że wszystkie potwory, przychodzące w nocy, to sny. I że nie są prawdziwe. Ale strach jest prawdziwy, a magiczne zaklęcie go nie odgania. Chłopiec kuli się jeszcze bardziej, naciągając kołdrę na głowę.


Kolejny koszmar idzie chodnikiem. Miarowy stuk jego kroków rozbrzmiewa na całej ulicy. Chustka na jego szyi zawiązana jest perfekcyjnie, z szytego na miarę eleganckiego kostiumu nie odstaje nawet jedna nitka, na koszuli nie ma nawet jednej fałdki. Szpilki Prady przy każdym uderzeniu o chodnik zostawiają wypalone, dymiące dziury. W miejscu twarzy koszmar ma papierową maskę, posmarowaną markowym podkładem, drogim tuszem do rzęs i krwistoczerwoną szminką. Z opiłowanych u równie słynnej, co drogiej kosmetyczki paznokci ścieka czerwony lakier.
Koszmar podchodzi do kolejnego bloku. Maska przybiera wyraz wzgardy, a okno samo zniża się i powiększa, wpuszczając stwora do środka z drżeniem szyb.


Dziewczyna otworzy oczy. Będzie leżała na boku, na podłodze koło łóżka, zaplatana w kołdrę. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczy, będzie jej wczorajsze ubranie, rzucone byle jak na podłogę. Przeniesie się z powrotem na łóżko. Za godzinę musi już być na nogach, by zdążyć się umalować, uczesać, wcisnąć w swoje zamszowe, o dwa numery za małe spodnie. Na śniadanie nie będzie miała czasu, o siódmej będzie już stała w korku, powstrzymując się od obgryzania paznokci. Wie, że za każde spóźnienie może zapłacić zwolnieniem, a z całą pewnością dzień zamieni się w torturę.
O ósmej musi być w biurze, by odebrać i posegregować pocztę, na tyle szybko, by wyskoczyć po mleko sojowe dla szefowej, po czym otrzyma od niej wielki plik dokumentów do dostarczenia jakiemuś ważniakowi. A gdy wróci, będzie miała jeszcze szereg upokarzających, nudnych i ciężkich zadań do wykonania. Wszystko to okraszone złośliwymi uwagami, wbijającymi się jak szpilki, jedna obok drugiej, aż nie będzie miejsca, na nieposłuszeństwo, bezczelność, spóźnialstwo, odpoczynek czy godność osobistą.
Dziewczyna tak bardzo będzie się bać, że będzie zmęczona i będzie wyglądała 'niereprezentatywnie', że nie będzie mogła zasnąć. Wstanie, pójdzie do kuchni i wypije gorzką herbatę. Nie będzie mogła oderwać wzroku od cukiernicy stojącej na stole, ale nie sięgnie po nią.
Nie będzie pamiętać, co jej się śniło, ale i tak będzie wiedziała. Zawsze te same uwagi, spojrzenia, polecenia, upokorzenia. I może, może czyjaś dłoń, o czerwonych, idealnie opiłowanych paznokciach chwyciła ją w pół i ścisnęła, aż rozległ się trzask łamiących się kości i huk pekających organów wewnętrznych.
- Dobrze, że to tylko sen – mruczy do siebie dziewczyna, przecierając oczy, mimo że wcale nie jest tych słów całkowicie pewna.

Kolejna postać pojawia się na ulicy, ale to nie jest koszmar. Nikt nie mógłby powiedzieć, jak wygląda. Niektórzy widzą ją jako nobliwego starca z białą brodą i aureolą, odzianego w białą togę, jak została uwieczniona na tylu swoich podobiznach. Ale z całą pewnością nie jest to jej prawdziwe oblicze, jeśli coś takiego jak prawdziwe oblicze – w ludzkim rozumieniu, oczywiście - posiada.
- No tak – wzdycha, opierając ręce na biodrach, i kiwając głową rozgląda się dookoła z niezadowoleniem. - Ja tu widzę niezły burdel.
Klaszcze, a wszelkie koszmary odchodzą z powrotem do swojego więzienia. Ogniste skrzydła gasną i rozsypują się na płaty popiołu, cień topnieje i rozlewa się jak kałuża, a z papierowej maski płatami odpada makijaż. Po chwili nie zostaje z nich nic, a postać kiwa głową z ukontentowaniem. Brązowe chmury zaczynają szarzeć, by z jakiś czas poróżowieć. Stwórca wyciąga zegarek i przesuwa wskazówkę o godzinę do przodu.


************************************

Opowiadanie do szkoły.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Berenika97 dziękuję

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @hollow manbracie!  Spokojnej nocy!

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • budziłem się w nocy jakże znana ciemność wyraźnie pulsowała oślepiając czernią   aż wykipiały słowa o zapachu fermentu
    • Uwaga! Uwaga! Ewakuacja! - Chrapliwy głos zanika to znowu moduluje dziwnie w trzeszczących megafonach… Na słupach drewnianych, betonowych… Przekrzywionych od wiatru, obłoconych… Wiesz, idę przez wysokie trawy. Ja. Albo może moje dawne wcielenie. Moje dawne Ja. Moje… Przez trawy wilgotne. Przez jakieś krzaki. Zapętlone. Spętlone. Poplątane… Pełznie po mokrej ziemi, gliniastej, nagie ciało. Wije się w sobie… Ja? Czy ono?   Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Spójrz. Pognieciona kartka na stole. Rozlana plama. Atramentu…   Wiatr zagłusza bicie serca. A za oknem… Za oknem noc okropna kłębi się i pulsuje mnogością świateł. Dalekich. Zimnych drżących rubieży…   Jestem tutaj? Czy tam? Ja? Czy ono? Wchodzę po spirali schodów. Gdzieś wysoko. W jakimś miejscu. W jakiejś nieznanej mi egzystencji przeszłego czasu...   Uwaga! Uwaga! - Wciąż ten sam głos. Wciąż to nieustanne trzeszczenie w moim mózgu…   Piskliwy szum rozsadza nabrzmiewające żyły. Pulsujące boleśnie skronie... Wielomilimetrowe struktury tuż przed moimi oczami. Ziarniste. Powiększone w zimnym oku mikroskopu. Spuchnięte jak w chłoniaku twarde węzły. Zaciskam je powiekami.   Lecz, kiedy otwieram…   Wysypują się zdradliwie, jak lśniące koraliki. Ze szmerem: na blacie stołu. Łzawe perły. Błyszczące.   Na drewnianej podłodze ułożonej w jodłę. Wytartej. Przetartej obcasami przechadzającej się w tę i z powrotem pradawnej, zamyślonej śmierci.   Mnożą się jak w kalejdoskopie. Te zwidy nowotworowe Płyną. Donikąd płyną. W szumie i pisku gorączki.   Wiesz, umierałem tu wiele razy. I jakoś dziwnie umieram raz jeszcze...   To mnie prześwietla. Spójrz! Moja twarz okrojona półcieniem. Straszliwy blask i straszliwa ciemność. Idą we dwoje, trzymając się w objęciach. Kontrast: chiaroscuro. Twarz spalona słońcem.   Ida przez wiry w strumieniach powietrza przecinających niebo. I nikną. W milczeniu nikną.   I płoną w straszliwej pożodze ciszy. Nie słychać ich. Nie słychać tej rozpędzonej menażerii. Tej skondensowanej siły, ostrej niczym brzytwa.   Dlaczego odwracasz głowę? Twoje milczenie. .. Albowiem twoje milczenie…   Więc w tym milczeniu przedzieram się. Przez krzaki. Gałęzie kolczaste. Przez korzenie…   Sam. I sam jeden. Bez ciebie.   Wiesz, tutaj jest tego najwięcej. Cząsteczek mżących w oddali. I na każdym liściu, gałązce, łodydze…   Widzę je. I widzę coraz przejrzyściej. Dłonie zanurzam w tych srebrzystych błyskach nieuniknionej, bolesnej śmierci.   Kiedy wnikam. Kiedy… Idę… Spójrz! Twarze. Twarze. Zrakowaciałe oblicza.   I te twarze uczniów, nauczycieli.   Te twarze niczyje… Prześwietlone. Napromieniowane. Spalone słońcem…   Szkolne ławki. Klasa. Bo to jest klasa. Chyba… Na ścianach portrety poetów, malarzy… Na ścianach towarzysze. Spoglądają ze zdjęć te obojętne oblicza.   W drewnianych ramach. W metalowych. Słońce lśni na wypolerowanych szybach,   Te twarze na wprost. Te twarze w kolorze sepii.   Szare. Ziemiste. Te twarze… Całe archiwum twarzy. Umarłych. Wtedy szły zimne obłoki.   Pomiędzy nimi słońce. Teraz jest wiatr.   Ten wiatr, który wieje z przeszłości. I idzie całą nawałą. Szumią. Szemrzą czułe membrany liczników Geigera…   Gdzie ty jesteś?   Rury ciągną się kilometrami. Donikąd. Idą stąd, dotąd, aż do tamtąd. I dalej. W przestwór nicości. W cienistość przemijania.   Skorodowane naczynia. Przedmioty. Stoły. Kuchenne blaty pokryte kurzem.   Weź mnie za rękę. Ja biorę, lecz kiedy zaciskam palce, wyczuwam jedynie próżnię. Jesteś tu jeszcze?\   Nie?   Więc do kogo to mówię? Do samego siebie.   Błotnista droga. Gliniasta. Liście. Łodygi krzaków zakrzepłe w błocie. Spowite blado w całunie niemrawego słońca, które spoza chmur, z mlecznej powłoki ciężkiego nieba...   … spogląda, gdzieś w niedosycie czyichś wspomnień.   Znowu tu jestem. Po raz wtóry.   Przybyłem znikąd. I na powrót idę. Donikąd, I dalej. I jeszcze...   W bezruch zagadkowych miraży. Na skraj ciszy…   (Włodzimierz Zastawniak, 2026-06-08)    
    • @Starzec klasyk pisał: nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą!  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...