Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wczoraj nienawidziłam ludzi. Za bycie, za oddychanie, za człowieczeństwo. Dziś staram się ich pokochać. Chodzę ulicami i obserwuję. Ludzi, którzy jak bydło tratują ulice, gnając niewiadomo gdzie, niewiadomo po co. Jak stado, którego należy się bać, uciekać, by nie zdeptało w swym szaleńczym pędzie. Bać, bo cóż innego pozostało.

Boję się zatłoczonych ulic. Puste mamią obietnicą bezpieczeństwa. Ciemne oferują niewidzialność i anonimowość. Te zaludnione stwarzają zagrożenie. Zagrożenie bycia pochłoniętym przez zobojętnienie. Zioną pustką miliona twarzy. Obcych i nie wyrażających nic poza pośpiechem. Muszę się ich bać.

Zasadziłam wczoraj roślinę. Całą noc obserwowałam, chcąc uchwycić moment, w którym urośnie choć o cal. Nie urosła. Podejrzewam czystą złośliwość. Zawsze gdy na coś czekam, nie nadchodzi. Przestałam więc czekać. Na cokolwiek, na kogokolwiek. Przychodzi tylko strach. Pojawia się ze wschodem słońca. Szepcze o bramie, którą będę musiała przekroczyć, wychodząc na ulicę. Z upływem godzin szept zamienia się w głośne nawoływanie, wieczorem w krzyk, a z nocą cichnie zupełnie. Nocą odpoczywam. Nocą się nie boję.

Jest południe, siedzę zaszczuta przed komputerem. Nie chcę wstać z fotela, by nie wyjrzeć przypadkiem na ulicę. Jest pusta, jak zawsze o tej porze. Gdzieniegdzie przemyka bezpański pies i babcia, biegnąca na popołudniową mszę. Rozgląda się z przerażeniem, dzierżąc w dłoni ostatnie kilka złotych, które wrzuci do magicznego koszyka i usłyszy o Bogu, który podobno zapłaci, ale ona tego nie dożyje. To się nazywa nadzieja. W skrytości ducha, zazdroszczę jej tej nadziei. Zazdroszczę wiary, która zachęca ją każdego ranka, by opuścić bezpieczny dom i wyjść na ulicę.

Lekarz powiedział, że to nerwica. Zaśmiałam się tylko, trąc spocone dłonie ułożone na kolanach. Powiedział, że nie muszę się bać. Czekał, ale ja nic nie powiedziałam, nie poruszyłam się nawet. Poruszała się jedynie stopa, która bezwiednie wwiercała się w wykładzinę, smagając kosmate włókna i nie czując nic przez grubą podeszwę. Jedynie oko śledziło jej ruch i przesyłało do mózgu uczucie miękkości.

Znalazłam książkę, której przeczytanie miało mi zagwarantować spokój. Kupiłam ją na Internecie. Modnie tak, a poza tym można ominąć zatłoczone księgarnie. Pełne ludzi, którzy i tak nie czytają, ale wydaje im się, że książka to idealny prezent. Prezent, który zostanie rzucony na półkę, bo obdarowany również nie czyta.

Po interesującej lekturze, nie czułam się wcale lepiej, bezpieczniej, czy spokojniej. Ot, książka o psychice, o problemach. A równocześnie poradnik, jak być szczęśliwym. Kolejne złote myśli nieszczęśliwego autora, który wmawia czytelnikom, że zna złoty środek, który zapewni wieczną młodość, życie i zadowolenie ze swego jestestwa.

Przyszła noc i ukoiła zszargane zmysły, które dzień cały walczyły ze światem. Światem ludzi, których się boję, zjawisk, których nie rozumiem i myśli, które szarpią mój wewnętrzny spokój. Odpłynęłam w ciszę i ciemność. Śniłam, że umarłam.

Opublikowano

Ciekawy tekst.
Jedyna rzecz do której się przyczepię, to "oko, które przesyła uczucie miękkości do mózgu". Oko przesyła obraz, a za "uczucie miękkości" odpowiada raczej dotyk.
Stan o którym piszesz, to nie nerwica (jakie to typowe - niedouczony lekarz;)) lecz lęki społeczne i jak z każdą inną fobią powinno się, moim zdaniem, z nimi walczyć (nie z ludźmi). Walczyć dość skutecznie z fobią można poprzez świadome, kontrolowane przebywanie z czynnikiem wywołującym lęk (oczywiście w granicach rozsądku, bo nie polecałbym komuś bojącemu się węży przebywania w pokoju ze 100 grzechotnikami ;)). Czyli zachowanie bohaterki jedynie pogłębia jej stan.

Pozdrawiam Serdecznie

Opublikowano

hmm...

1)Wczoraj nienawidziłam ludzi. Za bycie, za oddychanie, za człowieczeństwo. Dziś staram się ich pokochać. - ciekawe zdanie i nawet szczytny cel ...

2)(...)gnając niewiadomo gdzie, niewiadomo po co. - banalne stwierdzenie. Ludzie w swojej codziennej wedrówce, tułaczce mają zawsze jakiś cel, coś,lub ktoś nimi kieruje, jeśli autor wyraża opinię o bezsensownośc iich iostnienia powinien rozwinąć to zdanie...stało by się ciekawsze, w tej formie to banał.

3)Bać, bo cóż innego pozostało. - o nie...dlaczego bać? bzdura!!! Podejrzewam, że autor , choć nie wynika to z tekstu, pisze o ludziach małorefleksyjnych...taka moja intuicja... to takim ludziom należy WSPÓŁCZUĆ, nie trzeba sie bac takich ludzi

4)Boję się zatłoczonych ulic. Puste mamią obietnicą bezpieczeństwa.- ??? nie rozumiem. To chyba tych pustych nalezy sie bac?

Ciemne oferują niewidzialność i anonimowość. - w porządku, z tym się zgodzę. czyli sa bezpieczniejsze od tych pustych? tak czy nie?

Te zaludnione stwarzają zagrożenie. Zagrożenie bycia pochłoniętym przez zobojętnienie. Zioną pustką miliona twarzy. Obcych i nie wyrażających nic poza pośpiechem. Muszę się ich bać. - banał, banał , banał, zwyczajna paplanina o niczym. Jeśli tematem tego tekstu jest wyścig szczurów, to napisz coś o tym, wyraź swoją opinię, a nie rzucaj hasełkami tu i ówdzie i nagle koniec..

5)Zasadziłam wczoraj roślinę. Całą noc (brakuje w tym miejscu zaimka - JĄ chyba)... obserwowałam, chcąc uchwycić moment, w którym urośnie choć o cal. Nie urosła. Podejrzewam czystą złośliwość.(czyją???) Zawsze gdy na coś czekam, nie nadchodzi. Przestałam więc czekać. Na cokolwiek, na kogokolwiek. Przychodzi tylko strach. Pojawia się ze wschodem słońca. Szepcze o bramie, którą będę musiała przekroczyć, wychodząc na ulicę. Z upływem godzin szept zamienia się w głośne nawoływanie, wieczorem w krzyk, a z nocą cichnie zupełnie. Nocą odpoczywam. Nocą się nie boję. - bardzo ładny akapit...

6)Jest południe, siedzę zaszczuta przed komputerem. Nie chcę wstać z fotela, by nie wyjrzeć przypadkiem na ulicę. Jest pusta, jak zawsze o tej porze. Gdzieniegdzie przemyka bezpański pies i babcia, biegnąca na popołudniową mszę. Rozgląda się z przerażeniem, dzierżąc w dłoni ostatnie kilka złotych, które wrzuci do magicznego koszyka i usłyszy o Bogu, który podobno zapłaci, ale ona tego nie dożyje. To się nazywa nadzieja. W skrytości ducha, zazdroszczę jej tej nadziei. Zazdroszczę wiary, która zachęca ją każdego ranka, by opuścić bezpieczny dom i wyjść na ulicę. - zauważam skok po tematach, tak jakby autor nie wiedział o czym chce pisać.

Najpierw ludzie w pospiechu potem wyscig szczurow teraz kpisz ze starszej kobiety, ktora placi za zycie po smierci(i dobrze) jednoczesnie jej zazdroscisz...paradoks i platanina refleksyjna w tak krotkim czasie. bo co ma wspolnego babcia placaca ksiedzu za spokoj wieczny, z oderwaniem od komputera i wyjsciem na zewnatrz...???

7 jesli nerwica ma byc rozwiazaniem moich watpliwosci, to niestety mnie nie przekonuje...


Tekst napisany jezykiem prostym, duzo banalu, haselek oklepanych, podanych w bardzo prosty sposob, nie porywajacy literacko ...a szkoda...

Tytul nieadekwatny do tresci...refleksyjny kogel mogiel...

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Masz rację, ale nie wiem jak to rozwinąć. Może jakiś pomysł?


To nie jest wcale takie oczywiste. Boimy się pustych uliczek, nie dlatego, że uliczki, ale dlatego, że ktoś może w nich czyhać. Czyli boimy się kogośtam. Idąc dalej, ktoś może bać się zatłoczonych ulic, właśnie z tego samego powodu, ale pomnożonego przez dziesięć. Na pustej ulicy nie ma ludzi, a jak nie ma ludzi, nie ma zagrożenia (nie licząc kosmitów, upiorów i wampirów ;)


Najlepiej ciemne i puste :)


Mam nadzieję, że będzie lepiej następnym razem i dzięki za komentarz :)


Ale stopa nie czuła miękkości przez grubą podeszwę. Jedynie oko zanotowało fakturę, przesyłając do mózgu informacje, które zostały skojarzone z podobnymi fakturami dotykanymi w przeszłości. Stąd właśnie przekonanie o miękkości wykładziny. Chyba się zagmatwałam :) Pomyślę jeszcze nad tym zdaniem.


Trudno mi dyskutować, bo nie mam wystarczającej wiedzy w dziedzinie narwic, ani żadnych innych chorób psychicznych.

Dziękuję za komantarz :)
Opublikowano

Wiesz Adamie, to chyba kwestia wychowania. Przynajmniej częściowo. Dzisiaj dzieciom się nie czyta. Przecież prościej włączyć kreskówkę, czy cokolwiek, byle tylko migał obraz. Prościej po pracy zalegnąć przed telewizorem, czy komputerem, bo nic nie trzeba robić, tylko być i widzieć. Jesteśmy społeczeństwem konsumpcyjnym, a ulubiona lektura to reklamówka Selgrosa. Media rozleniwiły nas, podając wszystko na tacy. Po co więc męczyć się czytając książkę? Zawsze można kupić ekranizację na DVD i nie musieć wytężać wyobrażni, tylko ulec wizji reżysera i uznać, że jest dobra.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Przepraszam, ale taka drobna moja dygresyjka.

Ludzie nie czytają dzieciom książek, nie tylko z lenistwa, ale przede wszystkim z braku zamiłowania do literatury. Gdy byłem dzieckiem, zaczytywałem się sam w Klechdach Domowych, w Andersenie, Brzechwie, Szelburg-Zarembinie, dzisiaj czyta się Harrego Potera głównie. A kino i media idą swoją drogą. Nie można zmusić kogoś, kto nie czuje magii literatury, piękna języka, nie czuje, zarywania nocy, by dowiedzieć się co jest ideą pewnego utworu literackiego, by dowiedzieć się jak potoczą się losy bohatera i przede wszystkim zachwycać cię językiem, stylem i narracją. Po prostu się nie da. A kultura medialna, film to inna sztuka. Owszem sproszczona i dla wzrokowców głównie, ale też ma swój klimat...mam na myśli głównie film i to , że ktoś woli adaptacje na dvd niż lekturę nie oznacza że ma gorszą wyobrażnię czy idzie na łatwiznę. Nie jestem już dzieckiem, nie czytam bajek literackich, a wiem, że jakieś istnieją na rynku, bo w ksiegarni trochę ich zawsze jest, ale Klątwę Królika, to oglądałem kilka razy, pingwiny z madagaskaru też...to klasyka, a literacko te bajki chyba by nie zaistniały...

Pytasz czy mam jakiś pomysł...heheheheh, no mam ale to twoje opowiadanie, ty masz tutaj cos do przekazania, ja jak wychodzę na ulicę to w ludzkich twarzach widzę tysiące problemów, tysiące zmartwień, każdy niesie jakiś plecak doświadczeń, traumy z dzieciństwa, to nie prawda, to nie są zwykli ludzie..to nie bydło jak napisałaś...gdzieś idą i po coś...:)
Opublikowano

Nie musisz mi mówić o magii kina, bo ja akurat kinomaniak jestem ;) Mam jednak szczęście otaczać sie ludźmi, którzy czerpią przyjemność z czytania i trochę współczuję tym, co tej przyjemności nie zaznali. Kiedyś poznałam człowieka, który powiedział ciekawą rzecz. Zapytalam go co czytał ostatnio (zawsze jakiś temat do rozmowy). Odpowiedział, że nic. Dlaczego? - zapytałam. "Bo książki są głupie". Krótkie, ale treściwe. Obawiam się, że takie podejście reprezentuje zdecydowana większość. Książki jako książki, nie ich treść, okładka, czy nawet nazwisko autora. Książki są głupie. Bo trzeba czytać.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dobra, przy najbliższej okazji pogapię sie na ludzi bardziej dokładnie i doskrobię ten fragment :)
Opublikowano

To ja z diagnozą się zgadzam
Jeszcze bym dodał sitkomy - nawet śmieją się za mnie we właściwych momentach!
co ja się będę wysilał
chlapnę bryny, spać pójde i poczekam śniąc o Harrym
na Griszę lub Helmuta zaczekam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...