Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ot, kwiecista powiastka-pierdziastka. Zapraszam do czytania.


Równa szachownica z wyżłobionych w marmurze i granicie wielkich kloców tworzyła piękne ściany zamku. Piętrzyły się one ponad okalające królestwo dęby, jakby unaoczniając przechodzącym wieśniakom swoją dla nich niedostępność. Ze szczytu budowli spoglądały ku dołowi obronne wieże, usiane mężnymi dzierżycielami stali.
Każdy, kto przechodził opodal niebosiężnej budowli, czuł jej doniosłość i swoją małość. Każde spojrzenie ku jej wierzchołkowi rodziło zachwyt i zazdrość do ludzi, którym przyszło żyć wśród złota i z dostojeństwem.
Słońce prażyło u grzbietu nieba, kiedy chłop przerwał rąbanie drew i zaczął wpatrywać się w piękny zamek. Jak zawsze, kiedy to czynił, popuszczał wodze młodzieńczej wyobraźni. Zagłębiał się w świat swoich marzeń, gdzie walcząc mężnie jako cny rycerz króla czynami swymi zbliżał się ku sławie i ślicznej księżniczce.
Tak, pomyślał, oto jest cel mojego życia, będący dla innych głupią dziecięcą mrzonką. Przejść przez wrota zamku, zasłynąć w jego wnętrzu jako szlachetny wojownik i stać się mężem księżniczki. Wyrwę się z pęt tego szarego życia, dopnę swego!
Rzucona przezeń siekiera wpiła się w surowy kołek, przepoławiając usadowione nań drwa. Wyrwał ją i piorunem dokończył rąbanie. Przy każdym ruchu pod jego skórą tańczyły silne mięśnie, znające się dobrze z ciężką wiejską robotą.
Serce jego było szalone i swoim chybkim biciem rysowało się na kształtnej piersi. Miał długie włosy o barwie świtania, które okalały przepiękną zdrową twarz. Pod krzaczastymi brwiami świdrowało wyzywające spojrzenie, łające swoją ostrością wszelką niesprawiedliwość. Poruszał się zgrabnie i silnie, miał posągowo wyrzeźbione ciało, którego piękno zawdzięczał swojej miłości do rzęsistego ruchu.
Nieraz mu się zdarzyło zniknąć w morzu zboża i wylegując się na nagrzanej słońcem ziemi wpatrywać się w sunące po niebie chmury. Widział w ich kształtach ściskającego miecz siebie, obejmującego czule niewypowiedzianie piękną księżniczkę z tym samym błyskiem w oku, co on.
Szarość otaczającego życia była dla niego nie do zniesienia. Okraszał je radosnymi tułaczkami ku zachodzącemu słońcu, pięknymi marzeniami i swoją twórczością. Klecił rymowanki już jako dziecko, odkąd po raz pierwszy dojrzał niezwykłość motyla, a z czasem zaczął tworzyć piękne wiersze, dorównujące wspaniałością piosenkom królewskich grajków.

- Ach, ojcze, litości! - zawyła księżniczka, odrzucając w kąt swojej błyszczącej komnaty jedwabne szaty – Chcę normalne ubranie!
- Jesteś córką króla, toteż będziesz się ubierać jak należy. Do zobaczenia na dole – rzekł włodarz głosem nieznoszącym sprzeciwu i ruszył ku drzwiom.
- Tak jest, królu! - wrzasnęła ze złością tak, że jej krzyk odbijał się po ścianach bogato zdobionej komnaty, póki władca nie wyszedł.

Była to śmigła dziewczyna ze złocistymi, wiecznie splątanymi włosami (których szczerze nienawidziła). Jej zdrowy - zdaniem ojca pojawiającym się zawsze wtedy, kiedy nie trzeba - uśmiech upiększał otoczenie, gdy w pełnej krasie promieniował na jej twarzy. Miała piękne, pełne skier młodzieńczego szaleństwa ciekawskie oczy, które wiecznie szukały powodów do śmiechu. Ruchliwsze od niej były tylko jej myśli, stale się mnożące i wypełniające swą niezwykłością rozmarzoną głowę.
Kiedy zamek zapadał w sen, wymykała się ze swojej komnaty i tak cicho, jak to możliwe, szła do piwnicy. W pomieszczeniu z najwspanialszymi winami świata znajdowała drzwi, do których klucze ukradła niegdyś śpiącemu służącemu. Przystawała przed nimi, nastawiała uszu i upewniwszy się, że nikt nic nie wie o jej wyjściu, otwierała je. Skrzypiały denerwująco i po chwili ukazywały jej lepszy świat.
Oplatały ją wówczas wonności natury, a krajobraz życia przed nią zachęcał swoim pięknem, aby ku niemu ruszyła. Nie opierała się nigdy; wbiegała na ziemię łysą, usianą trawą bądź śniegiem i kluczyła tam, gdzie prowadziło ją szalejące serce i zadowolony nos. Zawsze rozstawała się z tym pięknem niechętnie i dopiero za którymś z kolei wewnętrznym nakazem.

Księżniczka podeszła do otwartego okna, oparła swoje smukłe ręce na stojącej przy nim szafce, a do ziejącej gniewem twarzy przyłożyła piękne, choć niezbyt zadbane dłonie. Rzuciła okiem na rozciągający się u dołu kraj szarości. Zapragnęła w nim żyć, przecinać złociste łąki, kąpać się w bystrym potoku i wraz z prostymi wieśniakami wykpiwać królewskie życie.
Po jej maślanej twarzy spłynęła łza smutku. Przebiegła chyżo po zgrabnym nosie i zeskoczyła z jego czubka na cisową szafkę, gdzie się rozprysła. Tak jej było źle w tej wypucowanej komnacie! Tak okropne było tulenie się do usługujących dziewek! Tak denerwowało ją przykładne zachowywanie się przy stole!
Wyobraziła sobie, jak na zawsze opuszcza dwukolorowe mury tego wiezienia jej duszy. Opatuliła ją wonność smażonego chleba i polnych kwiatów. W mroku zamkniętych oczu pojawił się obraz dokuczających jej chłopców i pierwszego pocałunku, kształtowanego w myślach od dziecięcych lat.
Z jej wielkiego niebieskiego oka wyskoczyła łza radości, która spłynęła po twarzy jakby dumniej od swojej poprzedniczki. Księżniczka wpadła na pomysł. Pisnęła ze szczęścia i wskoczyła w jedwabne szaty, wyjątkowo nie narzekając na ich wygląd.

- Ha, ha! Nie uciekniesz mi!
Biegł za spłoszoną sarną, nurkującą co chwila w gęstwinie liściastych gałęzi i zżynającą kopytami wysokie trawy. Kiedy przerażone zwierzątko zaczęło zwalniać, by nie zderzyć się z żadnym z dojrzałych drzew, kiedy chłopak był już blisko niego, bliżej niż kiedykolwiek, wyścig dobiegł końca. Noga młodzieńca ugrzęzła w lisiej norze; upadł. Przeturlał się po chropowatej, usianej twardymi szyszkami ziemi, zderzył się z niemałym bukiem i wywołał deszcz orzechów. Kiedy doszedł do siebie i wypluł parę owoców, krzyknął za niknącą w oddali wesołą sarną: Jeszcze cię złapię! Kiedy jego głos ucichł, zwierzę spoiło się z rozpostartymi ramionami krzewów.

Szła po błyszczącej podłodze, tupocąc cicho swoimi smukłymi bucikami. U kącików jej ust pełgał radosny uśmiech, piękne piersi tańczyły pod schludną szatą.
- Och, córko! – rzekł do niej król, wychodząc nagle z korytarza i stając naprzeciw – Zdejmij tę niepoważną minę i chodź wreszcie do sali przyjęć. Goście już czekają.
Z dobrze zagraną pokorą, która zdumiała ojca, ruszyła ku wielkim bukowym drzwiom.

Świat przyoblekał się w mrok, ptaki milkły, rzeka zaczynała szumieć bardziej zdecydowanie, a jej głosowi wtórowała jedynie muzyka świerszczy. Tu i ówdzie zbudzony puchacz zeskakiwał z gałęzi i zaczynał krążyć nad drzewami, szukając soczystych myszy.
Drzwi piwnicy zamku zaskrzypiały, odegnały od siebie przestraszone żaby. Księżniczka wyszła na dwór, zamknęła oczy i zaczęła radować się przepięknym zapachem natury. Dotknęła swojej kieszeni; w jej wnętrzu zabrzęczały złote monety, dzięki którym miała zamiar ruszyć daleko w świat. Zaczęła iść przed siebie. Zatrzymała się na chwilę, jakby chcąc zrezygnować. Spojrzała w tył na straszny o tej porze ogromny zamek, siedlisko jej dawnego życia. Łzy nabiegły jej do oczu. Trwała tak, myśląc, aż w końcu puściła się biegiem w kierunku, który wskazało jej wyzwolone serce- ku nieznanym lasom i niezwykłej przyszłości.

Cóż to za ciepła noc! – pomyślał wieśniak, zrzucając z siebie kolejny cienki koc. Podszedł do okna. Widok na idący spać bór, odziany w kuszącą czerń nocy, wyzwolił w nim chęć zaznania przygody. Wzuł skórzane buty i ruszył ku drzewom. W biegu zdjął z drewutni koszulę i narzucił ją na siebie.

Strasznie tutaj, myślała księżniczka, przedzierając się przez wysokie trawy łąki, przecinanej nierzadko przez obślizgłe żaby. Zaczęła żałować swojego czynu, lecz nieustannie kluczyła w zieleni ku widocznemu oczyma wyobraźni pięknemu życiu.
- Ach! – krzyknęła nagle, ujrzawszy majaczącą w mroku postać. Postać także się wystraszyła; podskoczyła nerwowo, ale po chwili przemówiła doń ciepłym męskim głosem
- Nie bój się, dziewczyno! Zapewniam cię, że znalazłem się tutaj przypadkowo; nie śledziłem cię, nie zrobię ci krzywdy!
Zaczął się do niej zbliżać. Choć była wystraszona, kierowana jakąś siłą wyższą stała w miejscu, czekając, aż nieznajomy podejdzie.
Los, wiedzący dobrze, co musi się wydarzyć, był niecierpliwy. Wysłał między podnieconą dwójkę gromadkę świetlików, która ukazała ich piękne twarze.
Przywarli do siebie w uścisku miłości. Smakując jego usta, przypomniała sobie swój dziecięcy sen. Całowała w nim nieznajomego młodzieńca w lesie opodal królestwa.
Dziękuję ci, Boże. Dziękuję za to, że uczyniłeś mnie zdecydowanym i rozmarzonym, za rzeźbiące myśli – pomyślał wieśniak, karmiąc ręce delikatnością jej smukłych pleców.
Niespodzianie nad nimi pojawiła się burza. Jej krople mieszały się z potem ich kochających się ciał.
Opad ustał. Jej rączka znikła w jego dłoni, ruszyli ku zagęszczającemu się lasowi. Mech zabawnie skwierczał, kiedy po nim kroczyli, a wszystko wokół było przyobleczone pięknem.

Opublikowano

tytuł nieco świąteczny;)
Dobry tekst zważywszy na to, że upchałeś w niego mnóstwo archaizmów i da się czytać. Zakończenia spodziewałem się raczej hardcore`owego, jednak obecne też można przyjąć.
i świąt wesołych a dyngusa-śmingusa mokrego!!!

Opublikowano

[quote]tytuł nieco świąteczny;)



Cholera, rzeczywiście. Nie miałem tytułu, a "drób" był pierwszym słowem, jakie mi przyszło do głowy. Nie zwróciłem uwagi na to, że obecnie kurczaków mamy od groma.

[quote]Dobry tekst zważywszy na to, że upchałeś w niego mnóstwo archaizmów i da się czytać.

Myślę, że nie ma w nim żadnych archaizmów. Są słowa książkowe, ale jeszcze nie przestarzałe. Takie, jakie lubię najbardziej :)

[quote] Zakończenia spodziewałem się raczej hardcore`owego, jednak obecne też można przyjąć.
i świąt wesołych a dyngusa-śmingusa mokrego!!!

Dziękuję ślicznie za ocenę i czekam na następne.

Aha, pisze się "śmigus-dyngus" :) No i wesołych!
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Cholera, rzeczywiście. Nie miałem tytułu, a "drób" był pierwszym słowem, jakie mi przyszło do głowy. Nie zwróciłem uwagę na to, że obecnie kurczaków mamy od groma.

[quote]Dobry tekst zważywszy na to, że upchałeś w niego mnóstwo archaizmów i da się czytać.

Myślę, że nie ma w nim żadnych archaizmów. Są słowa książkowe, ale jeszcze nie przestarzałe. Takie, jakie lubię najbardziej :)

[quote] Zakończenia spodziewałem się raczej hardcore`owego, jednak obecne też można przyjąć.
i świąt wesołych a dyngusa-śmingusa mokrego!!!

Dziękuję ślicznie za ocenę i czekam na następne.

Aha, pisze się "śmigus-dyngus" :) No i wesołych!

tak tak

pewnie się tak pisze ale wybacz - u mnie już wlany poniedziałek;)
Opublikowano

1) Każdy, kto przechodził opodal niebosiężnej budowli, czuł jej doniosłość i swoją małość - lepiej by mi się czytało, gdybyś napisał: Każdy, kto przechodził opodal niebosiężnej budowli,czuł zarówno jej doniosłość, jak i swoją małość.

2)Każde spojrzenie ku jej wierzchołkowi , którym przyszło żyć wśród złota i z dostojeństwem - lepiej by mi się czytało, gdybyś napisał: rodziło zachwyt i zazdrość ludziom... - Nie pasuje mi też człon zdania: "...żyć wśród złota i z dostojeństwem" - może to "i" jest niepotrzebne, wtedy możnaby "dostojeństwo" wkleić przed wyrażenie "wśród złota"?

3) "Słońce prażyło u grzbietu nieba" - Dobre! Don Cornellos zapamięta.

4) Serce jego było szalone i swoim chybkim biciem rysowało się na kształtnej piersi. Miał długie włosy o barwie - Wiem, że w drugim zdaniu w domyśle mamy podmiot, ale jakoś tak przez niepodkreślanie go, kiedy czyta się "Miał długie włosy" - w pierwszej microsekundzie nasuwa się myśl, że chodzi tu o jego owłosione serce. Proponuję napisać " Wieśnik miał...".

Jutro ciąg dalszy propozycji Don Cornellosa.
Pozdrawiam

Opublikowano

5) Jej zdrowy - zdaniem ojca pojawiającym się zawsze wtedy, kiedy nie trzeba - uśmiech upiększał otoczenie - Chyba powinno być: zdrowy...pojawiający się...uśmiech - nie "pojawiającym"?

6)Skrzypiały denerwująco i po chwili ukazywały jej lepszy świat - zamiast "i" dałbym "ale"

Znowu muszę kończyć komentarz. Moje wrażenia? - Wirtuozeria godna pozazdroszczenia! Niespotykana wręcz dbałość w komponowaniu zdań. Jeśli nie jesteś już znanym pisarzem, to na 95 procent nim będziesz. Pozdrawiam prawdziwego mistrza.

Opublikowano

[quote] Znowu muszę kończyć komentarz. Moje wrażenia? - Wirtuozeria godna pozazdroszczenia! Niespotykana wręcz dbałość w komponowaniu zdań. Jeśli nie jesteś już znanym pisarzem, to na 95 procent nim będziesz. Pozdrawiam prawdziwego mistrza.



Ha, ha! Jeśli nie żartujesz, to przesadzasz :) Niemniej, prostytucko miło jest czytać takie słowa.
W tym tekście jest parę błędów, których jeszcze nikt nie wytknął. Na przykład rysowanie się serca na kształtnej klacie. Nie chce mi sie ich poprawiać. Już mi się nie chce mi patrzec na ten tekst.
Dziękuję za oceny i czekam na następne.
Opublikowano

Ha, Ha! Nie żartowałem. Próbuję po prostu zdobywać się na szczerość. Byłoby miło Pankracy abyś zajrzał kiedy do mojego rubasznego dziennika. Mógłbyś mi co nieco wytknąć, podpowiedzieć itp. - Bo wiesz, ja w przeciwieństwie do Ciebie chcę pracować nad zamieszczonymi tutaj tekstami.
Moim celem (co się będziemy oszukiwać) jest między innymi otrzymywanie takich komentarzy, jak ten, który ja Tobie wysmarowałem.
Pomóż mistrzu. Wniknij w mój dziennik. Wytknij słabości, wskaż silne strony (jeśli takowe posiadam)
Pozdrawiam :))

  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...