Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

(wszelkie podobieństwo osób i sytuacji jest przypadkowe – całkowicie
albo nie)

Leżałem w szpitalu, a było to jeszcze w czasie kiedy mogłem chodzić.
Więc chodziłem: taka moja wolność!
Wędrowałem korytarzem aż po klatkę schodową, aż po windy. Byłem wolny.
Z tej wolności korzystałem namiętnie uciekając od zaduchu sali, od śmierci chodzącej tuż obok, od bólu, od krwi z ust.
Ucieczka była moją wolnością.
Uciekałem piętro niżej.
Niżej, niżej...
Któregoś dnia stanąłem przed solidnymi drzwiami z kratą. Nad drzwiami - tablica z napisem: „ODDZIAŁ PSYCHIATRYCZNY”
Kres wolności? – zapytałem sam siebie.
Wróciłem pod kratę następnego dnia; następnego dnia; następnego dnia...
W tej kracie była magia, przyciągała mnie przypominając „Mury”.
Chodziłem tam co dzień przed wieczorem; pewnego dnia ujrzałem ruch – za kratą facet ubrany na biało podszedł do wiszącego na ścianie telefonu – gdzieś dzwonił, coś mówił. Powiesił słuchawkę na jej miejscu; zniknął za drzwiami pewnie pielęgniarskiej dyżurki. Stałem studiując kratę gdy obok zjawił się człowiek w granatowym, prawie czarnym, mundurze i grzecznie zapytał:
-chcesz się pan tam znaleźć?
-Jako pacjent? Nie!
-Wie pan. Telefonowali do ochrony, że jakiś wariat ich podgląda. Zdenerwowali się. Wariat wariatów...
-Nie mogę wytrzymać w sali – zaduch, śmierć, ból...
Pokiwał głową, rozejrzał się; zobaczył krzesła pod ścianą:
-usiądziemy?
Albo się nudził, albo chciał pogadać, albo i to, i to.
Kiwnąłem głową:
-dobra.
Usiedliśmy. Milczeliśmy zgodnie, pewnie grzęznąc w tematach płynących od krat.
-Po co ja chodzę po szpitalu?! - Atrapa – powiedział klepiąc kaburę.
-Pewnie żeby głośno krzyczeć – wymruczałem co mi przyszło do głowy.
-Kiedy zacząłem pracę, często tu przychodziłem. Nocą. Pracowałem wtedy zawsze na trzeciej zmianie dla większej forsy. Fascynuje pana to co za kratą?
-Fascynuje mnie krata. Tak. Myślę, że krata to wyzwanie; nieważne, z której strony na nią patrzeć. Wyzwanie, jak szczyt góry. Kiedyś czołowy wspinacz na pytanie - po co się wspina na góry? – odparł - bo są! Chcę pokonać kratę – bo jest.
-Wystarczy zwariować – uśmiechnął się mężczyzna.
Wtem drzwi z kratą uchyliły się – z oddziału wyszła lekarka – pamiętałem ją z konsultacji, gdy jako osoba towarzysząca starszemu koledze badała mnie, a raczej była obecna przy badaniu psychiatrycznym.
-Dobry wieczór – usłyszałem swoje słowa.
-Dobry wieczór – odrzekła marszcząc brwi.
Już wiedziałem – rozpoznała mnie.
-Dobry wieczór – skinął głową ochroniarz.
-Panowie niepokoją... obsługę.
-Pani wolontariuszka – spytałem?
-Kandydatka do lotu przez okno dziewiątego piętra – dobrze zapamiętała badanie.
-Państwo się znają? – zdziwił się ochroniarz.
-Służbowo – odparła.
-No. Chciałem tę panią wyrzucić przez okno – dodałem wyjaśnienie.
-Pan wariat. Pewnie dlatego pani doktor tak spokojnie obok pana siedzi - zaśmiał się bezpiecznik.
-Mam do pana prośbę – czegoś chciała? ode mnie?
-Tam za kratą jest pacjent, który nim być nie powinien według mnie. Według mojego szefa – zna go pan – tak.
-Trudno powiedzieć, że znam. Ale miałem wobec niego mordercze plany.
-Widziałam w pana oczach mord. Dlatego pana odprowadziłam szybko na salę. Jak z chodzeniem?
-Gorzej i gorzej. To po to są psychiatrzy – zwróciłem się do zbrojnego – nie pozwalają robić tego na co się ma ochotę.
-To jak. Mogę na pana liczyć? – spytała poważnie, bez żartobliwego tonu.
-Może pani ale musimy dokładnie zaplanować, co i jak.
-To ja tu jestem zbędny – ochroniarz był wyraźnie niezadowolony.
-O tym decyduje pani doktor. Chce, nie chce – rządzi tutaj.
-Spolegliwy pan dzisiaj – uśmiechnęła się do mnie.
-Wszystko zależy od otoczenia – odesłałem uśmiech
Zwróciła się do ochroniarza:
-będzie mi pan potrzebny, nie dzisiaj; za kilka dni.
Mężczyzna wstał.
-Fajnie się gada i milczy. Idę bo jeszcze szef przyśle po mnie. Wysłał mnie do wariata. Może się niepokoić.
Lekarka skinęła mu głową.
-Na pana też mogę liczyć?
-Pewnie – odparł.
Ruszył w czerń korytarza sięgając po radiostację; meldując, że wszystko jest w porządku, a alarm był fałszywy. Pani doktor zwróciła się do mnie:
-sprawa wygląda tak. Jest pacjent, który sra gdzie popadnie nie bacząc na towarzystwo, a ja mam podejrzenie, że nie musi. Że takie jego widzi mi się! Chcę, żeby pan z nim porozmawiał, bo ja nie mam kontaktu; sądzę, że nikt na biało ubrany nie ma. Mój szef najmniej. Uważa, że facet ma kuku.
-Odważnie podważa pani opinię szefa w nieprofesjonalnych słowach – będzie niezadowolony, jeśli się uda; i jeszcze bardziej niezadowolony jeśli się nie uda. Jak to zorganizujemy?
-Mam nocny dyżur za dwa dni – przyjdzie pan; ja pana wpuszczę.
-Pokonam kratę – wyszeptałem.
-Co pan powiedział?
-A bezpieczeństwo? Moje pani i innych.
-Potrzebna nam będzie pomoc tego ochroniarza! Wtajemniczę go w nasze plany. Będzie tu. Będzie czuwał. Dziękuję panu.
-Pani nie dziękuje. Robię to dla siebie; dla niego.
-Ja też robię to... dla siebie; dla niego.
-Dobranoc. Pani doktor.
Odszedłem do windy – byłem zmęczony, senny. Jeszcze odwróciłem się na chwilę:
-skontaktuje się pani ze mną?
Kiwnęła głową. Była naprawdę bardzo ładna... dobra.

Nadszedł dzień, właściwie noc działania. Tuż po dziesiątej pielęgniarka wezwała mnie do telefonu:
-dobry wieczór panu – jej głos.
-Pani też. Nam wszystkim. Oby.
-Zejdzie pan?
-Już idę.
-Czekam przed drzwiami na oddział.
-Bezpiecznie – z ochroną?
-No.
Poszedłem do dyżurki powiedzieć, że idę się przejść, pooddychać przed snem. Ruszyłem w drogę – tym razem skorzystałem z windy, żeby było szybciej. Czekali na znajomych krzesłach; miny mięli ponure. Skinąłem głową na powitanie.
-Musiałam powiedzieć pacjentowi.
-To dobrze. Nie powinien być zaskoczony jeśli pani ma rację. Wierzę, że ją pani ma.
-Nie jestem pewna...
-Dobrze. Mieć wątpliwości jest piękne, męczące.
-Idziemy – ucięła dyskusję.
Pokonałem kratę!
Podeszliśmy do drzwi; więzienne takie tylko białe. Od samej bieli można zwariować. Dobrze, ze nie jestem zbyt sprawny, bo wdrapałbym się na krzesło; napisał pod szyldem oddziału „porzućcie wszelką nadzieję, wy którzy tu wchodzicie”. Więzienne? Wiedziałem z filmów, które oglądałem. Otworzyła drzwi i wpuściła mnie do środka.
Na podłodze – krzeseł nie było – siedział typ w szpitalnej piżamie; usiadłem pod drugą ścianą. Uważnie mi się przyglądał.
-Rzuci się na mnie, przegryzie mi krtań? Wariat – ujdzie mu na sucho – przemknęło mi przez głowę.
-Przyszedł pan? Po co?
-Chciałem pokonać kratę; udało się! – postawiłem na szczerość.
-Może pan iść; dopiął pan swego.
-Jest jeszcze coś. Ciekawość. Czekam na pański popisowy numer.
Podniósł się powoli podszedł w pobliże drzwi i popisał się. Dobrze, że katar zatykał mi nos, bo mimo to czułem smród.
-Zadowolony pan? – spytał wracając na miejsce.
-Już wiem – oświeciło mnie!
-Chce pan, aby otworzono te cholerne białe drzwi. Potem następne. Każde! Cierpi pan na klaustrofobię i tak walczy pan. O wolność od lęku.
-Postawił pan diagnozę; może pan iść.
-Jeszcze mogę. Moja wolność. Mogę. Za kilka dni, tygodni, miesięcy się skończy. Zamknięty w swoim ciele, będę oglądał świat skurczony do pokoju, do lóżka; dobrze jeżeli będę mógł dać znać, że muszę srać, muszę lać nie chcąc brudzić łóżka. Jak pan myśli? Dostanę dzwonek?
Przyglądał mi się uważnie, oceniał czy?...
Czy jestem szczery? Byłem.
Uśmiechnął się.
-Powie mi pan? Powiedziała co pan ma mówić?
-Nie
-Nie?
-Gratuluję panu.
Wstał, wyjął papier toaletowy spod poduszki i zawinął weń efekty popisu. Uniosłem się ciężko z podłogi.
-Chce się pan dołączyć? - Obrzucił wzrokiem moją piżamę wskazując brodą na zawiniątko.
-Jeszcze pana przeniosą za te kraty – wskazał podbródkiem na okno.
Zapukał wolną ręką do drzwi. Otworzyła natychmiast. Wyszedł z pokoju do ubikacji. Ona weszła; klapnęła na podłogę. Bladość, drżenie rąk zdradzały ile ją kosztowało stanie pod drzwiami; słuchanie naszej rozmowy. Dziesięć minut – spojrzałem na zegarek. Godzinę to trwało. Ciężko usiadłem obok niej. Czułem znużenie – wolność kosztuje.

Minęło dziesięć szpitalnych dni, dziesięć dni krwawych rzygowin, dziesięć dni śmierci.
Dowiedziałem się... Za dwa dni do domu.
Przyszedł pożegnać się. Ubranie zmieniło go bardzo. Wyszliśmy z duchoty sali w przestrzeń korytarza.
-Dziękuję – powiedział.
-Kiedy będę tam – kiedy będę, wypiję jeden kieliszek za pana swobodę; jeden za moją.
-Niech pan wypije za panią doktor.

Przyszła następnego dnia popołudniu. Siedziałem na korytarzu by odejść od zaduchu sali.
-Był?
-Był!
-Straciłam pracę.
-Pokonałem kratę! Dwa razy!
-Straciłam pracę.
-Wolność kosztuje.

Opublikowano

Właśnie przeżywam okres powtórnej fascynacji "Lotem nad kukułczym gniazdem", więc przeczytałam. Podoba mi się pewna niezrozumiałość, te dialogi, jakby oderwane od rzeczywistości, trochę bez sensu. I to jest właśnie ciekawe. Sam pomysł również. Natomiast całość ciężko się czyta, brak jej płynności. Do dopracowania, bo podstawy są i to dobre, dobre :) Końcówka - bomba.
Pozdrawiam :)

Opublikowano

rumianek
ciekawe
miałem dokładnie takie skojarzenie po napisaniu
"Lot nad kukułczym gniazdem"
bałem się nawet oskrżenia o wtórność
tekst powstał w dwa dni
bardzo szybko - jak na mnie

płynność? - ma być urywane

ciężko się czyta
żona "padła" po początku, kiedy skończyła powiedziała, że nie wie o co chodzi
córka powiedziała, że świetne i wie o co biega
syn - tytuł bee

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @viola arvensis :) dziękuję     
    • A z rei mi zakała dała Kazimierza
    • Kluczowe jest: "nie co oni robią, ale co sami sobie robicie". Inny wektor spojrzenia daje szerszą perspektywę. A tekst wart uwagi, może komuś pomoże. bb
    • Muzo, ramadan. Ada ma rozum
    • ------------------------------ ##  ALEKSANDRIA  (W Bizancji) Nagle noc stała się zimniejsza. Bóg miłości do odejścia gotuje się; Aleksandry dusza na ich ramionach lżejsza  Gdy prześlizgują się między strażnikami serc. Karmiąc się jedynie prostotą czaru, Wychodzą w światło, jednym się stają w śnie mym, I, promienni ponad najhojniejszą ludzką miarę, Wstępują w tłum głosów i win. To nie mara, to zmysły cię zawodzą, Przelotny sen to, poranek położy kres, gdzie jego szlak – Pożegnaj się, bo Aleksandra odchodzi, Zażegnaj ból, że Aleksandry brak. Chociaż śpi w twej pościeli świątyniach,  Choć co dzień pocałunkiem budzi cię, Nie mów, że chwilę tą sobie wyobraziła, Nie uciekaj się do wymówki tej. Przecież tak długo gotowałeś się na tę okazję, Podejdź prosto do okna. Światłem obmyj twarz. Gra muzyka. Aleksandra śmieje się łez spazmem,  Twe zobowiązania znów w zasięgu ręki masz. A ty, który miałeś honor spędzić z nią wieczór, I dzięki temu odzyskałeś honor swój – Pożegnaj się, Aleksandra już odchodzi w wieczność, Zażegnaj łzy, bo Aleksandrę woła Bóg. Chociaż spała na twej pościeli ruinach,  Choć co dzień pocałunkiem budziła cię, Nie mów, że chwilę tą sobie uroiła, Nie zniżaj się do wymówki złej. Tak długo szykowaleś się na tę okoliczność, Podejdź do okna. Światło? W twarz spójrz mu. Muzyka jak sen. Aleksandra się śmieje prześlicznie, Twe pierwsze śluby znów namacalne, tu. Od dawna wiesz, że tak się właśnie stanie Zawsze byłeś kapitanem planów, co się rozbiły w pył – Więc nie uciekaj w tanie "tak, ale', Co  'dlaczego' i 'więc' zakłóca rytm. Od dawna wiedziałeś, że tak się właśnie stanie; Zawsze byłeś kapitanem planów, co się rozsypały w proch – Więc nie bądź, jak ci z liniowca Titanic Zbiegowie, co kryli się na samą myśl o 'jak' i 'bo'. A ty, któremu szyki plątał nonsensowny sens, Któremu kod złamano, przekreślono krzyż - Zażegnać już nie możesz nic, więc - Przeżegnaj się bo Aleksandra martwa jest. Noc staje się coraz zimniejsza. Bóg miłości odszedł do pieleszy swych, Lecz Aleksandry dusza pod ich ciężarem stała się lżejsza: Już prześlizgnęła się pomiędzy strażników rzeki - Στυξ     DNO CEN [Zwrotka 1] Wszyscy wiemy, że kości są felerne Lecz rzucamy, zaciskając kciuk. Wiemy, że wojna przyniosła korzyści wymierne; Wszystko poszło wybornie: wygrał wróg... Wszyscy wiemy, że ta walka  to sztos Biedni dalej bez grosza, bogatym pęcznieje trzos  Już taki los Tak chce Pana głos [Zwrotka 2] Wszyscy wiedzą, że łajba bierze wodę  I posiedli wiedzę, że kapitan to łgarz  I poczucie, że w tych okolicznościach przyrody Zawsze tak, jakby ojciec lub pies ci zmarł... Wszyscy zapatrzeni w konta stan: Każdy na  bombonierkę  ma smak z dyskontu  I bukiet  że stu róż.. Tak tu jest tuż [Zwrotka 3] I wszyscy wiedzą, że mnie kochasz niezmienne Wszyscy wiedzą, że tak dokładne jest Wszyscy wiedzą, że mi jesteś wierna Wyjąwszy tysiąc nocy +/- dwie Wszyscy wiedzą, że święty ci małżeński próg Lecz tak gorąco monitują do Twych ud Że musisz przyjmować, jak cię stworzył Bóg Taki masz drobny druk [Refren] Wszyscy wiemy, że taki klimat tu, Taki ciągniemy drut, Tak czytamy z nut Maestra Ubu, Hołd  składamy mu Nie licz więc na cud [Zwrotka 4] I oboje wiemy,że nigdy, jak nie teraz Wiemy, że albo ja, albo ty I wiemy, że żyć nie umierać  Jak pociągnąć kreskę filmu Biała Śmierć Wszyscy wiedzą, że układ jest zamknięty, Że murzynek Bambo zrobił swoje, jak Nel Staś; Nawet Kali ma nieswoje momenty I wszyscy odkładają wszystko na zaś  [Zwrotka 5] I wszyscy wiedzą, że nadchodzi pandemia  Wiemy, że po kościach rozeszła się, idź się lecz... A nadzy on i ona na planecie Ziemia  To dziś niezwykle niezwykła rzecz Wszyscy wiemy, jaki rozkład ról  Lecz przy twoim łóżku będzie siedział mól, Który zaksięguje jak wół  To, co wszyscy wiemy już [Zwrotka 6] I wszyscy znają ten twój zapaszek I się zakładają, jak realizowałaś ten sam cel, Od krwawego krzyża na Górze Czaszek Do plaży na półwyspie Hel  Wszyscy wiedzą, że przemija ten świat: Jak się dobrze przyjrzeć, Najświętsze Serce jest pełne łat, Z I zaraz pęknie jak Albert brat, Wiemy to od lat.. [Refren] Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą Tak to jest Wszyscy wiedzą Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą Tak to jest Och, wszyscy wiedzą Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą Tak to jest Wszyscy wiedzą Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą ICH ATME GESANG. Sprawiasz, że śpiewam By zapomnieć świata pleśń Sprawiasz, że śpiewam Jedyną, jaką miałem, pieśń  Pozwalasz śpiewać, śpiewać Mu Odkąd rzeka odpłynęła do swych spraw Dajesz mi śpiewać, śpiewać wciąż tu - Z mego marnego kopczyka sław Wciąż śpiewam, śpiewam tak: Nawet jeśli przeminął świat Sprawiasz, że śpiewam - Tę samą pieśń od stu lat Sprawiasz, że śpiewam Alleluja, mój hymn Sprawiasz, że śpiewam Jak więzień swój ostatni Rym  To dzięki tobie śpiewam - Nawet gdy wieści złe, I ciągle śpiewam Jedyną, jaką miałem, pieśń  Sprawiasz, że śpiewam Odkąd rzeka umarła mi... Sprawiasz, że śpiewam, By zapomnieć na parę chwil - Śpiewam, śpiewam, śpiewam ci! Ty sprawiasz, że śpiewam, o Signore, Alleluja, mój  jedyny hymn Fac me hymnum tuum canere W tej Wieży Pieśni, tym więzieniu mym... Dajesz mi śpiew, więc śpiewam, Choć się skończył świat - Życie to śpiew, i śpie-wam wam; Przenoszę swój głos jak wojnę wśród lat.. Wciąż śpiewam, śpiewam ci Choć pełen dziur jest ten świat Noszę dumnie głos swój pełen łat Wciąż śpiewam, śpiewam ci, Choć mi prawie wiek pękł  - Wnoszę dumnie swój głos pełen łat Na jedno z niższych Wieży piętr A ty - dajesz mi śpiewać, śpiewać mi  Śpiewać ci... Ich atme Gesang -   ------------------------------ ## [BEL CANTO ] Słyszałem, że był tajemny ton, co go Dawid grał, I cieszył się Pan, i w głos się śmiał Ale dla ciebie muzyka to jak nic. Tylko zgaduję... To idzie tak: kwarta, kwinta [chór], Zapaść w mol,  uniesienie w dur Zagubiony król komponuje "Alleluja"... [Refren] Alleluja, Halleluja Alleluja, Halleluja [Zwrotka 2] Miałaś wiary moc, lecz tylko Tomasz mógł przekonać cię, Zobaczyłaś, jak w słońcu kąpie członki  swe Jego piękno i  księżyca blask w trans się sublimują... Przywiązał cię do krzesła tam, gdzie stoisz ty, Połamał ci tron, kłaki wyrwał ci  A z twoich ust wyrwał umęczone Alleluja [Refren] Alleluja, Halleluja Alleluja, Halleluja [Zwrotka 3] Mówisz, że splugawiłem imię Twe, Ja nawet nie wiem, z czym je się je, A nawet jeśli wiem, to co cię tak denerwuje?  W każdym Słowie jest Światła blask, Nawet jeśli śpiewasz w ten czarny czas Nie przeczyste, lecz pokalane Alleluja... [Refren] Alleluja, Alleluja Alleluja, Alleluja [Zwrotka 4] Próbowałem, lecz nie udała mi się żadna rzecz Nie czułem nic,więc chciałem dotknąć jądra treść  Prawdę mówię, nic nie konfabuluję... I chociaż wszystko na opak wyszło mi, Stanę z czołem otwartym przed Panem pieśni, i  Język mój będzie śpiewać tylko: Alleluja! [Refren] Alleluja, Alleluja Alleluja, Alleluja Alleluja, Alleluja Alleluja, Alleluja Alleluja, Alleluja Alleluja, Alleluja Alleluja, Alleluja Alleluja, Alleluja Alleluja, Alleluja Alleluja, Alleluja Alleluja, Alleluja [Outro] Alleluja, Alleluja Kochanie moje, ja już byłam tu, Ten pokójc znam. Tu kładłam się do snu. Kiedyś byłam sama, jak trzeba, znów spróbuję... Widziałam Twój sztandar tam, gdzie Zwycięstwa Łuk; Miłość to nie marsz chwały, lecz walka z wiatrakami złud, To - z zimne zesztywniałe, strzaskane Alleluja Był czas, kiedy dawałaś mi znać Co tak naprawdę dzieje się w twym gąszczu spraw, Lecz dziś mi już nic nie pokazujesz...  Czy pamiętasz - gdy dosiadłem cię, Świętej Gołębicy też dał się słyszeć śpiew,, A każdy nasz oddech był jak Alleluja! Może jest Bóg, tam na górze gdzieś, Ale miłość jednej rzeczy nauczyła mnie - Strzelać do każdego, kto cię dubluje... I to, co słyszysz co noc, to nie miłosny spazm, Nie ktoś, kto nagle ujrzał światła blask - To skalane, sponiewierane, unicestwione Alleluja... ירומם, יתקדש שמך יישלל מכבודו, יעונה לצורה אנושית זו למרות שמיליון נרות דולקים אין נחמה בשעת הרעה האם אתה רוצה שהיא תהיה חשוכה יותר? השטן אומר... אני מברך אותך! ------------------------------ RONDO ALLA POLACA Jeśli Twój majestat żąda, bym Zamilkł jak po zachodzie ptak, Ciemności nie skalam głosem mym, Nie ubliżę nim urodzie dnia. Nic nie powiem już, Będę tylko trwał, aż Policzony będzie każdy oddech mój, Jeśli taka wola Twa. By głos nie zadrżał mi, Gdy z kurhanu złych sław Będę śpiewał Ci; Z tego kurhanu lat, Śpiewał Chwałę Twą , Jeśli tylko dasz Wciąż śpiewać mi. Z tego kurhanu dni Twa chwała będzie grzmieć, Jeśli pozwolisz mi Mą śpiewać pieśń Na sam rozkaz Twój, Lub gdy wybór dasz, Rzekom daj nabrać wód, Wzgórzom radość wskaż. Niech łaska Twa udzieli się Sercom zgorzałym w piekielny czas Jeśli tak Pan chce - Chce uzdrowić nas I zgarnąć do rąk, Na rękach zacieśnić więź, Twym dziatkom tu, Jeśli Ty tak chcesz. W tych z lumpexu snach, Wszystkie w na zabój sznyt I dać, by nadzieja pokonała strach, Jeśli tak zechcesz Ty. W Twych w szmaciankę grach I w strzelankach, gdzie każdy to śmiertelny wróg, I dać, by odszedł ten strach, (Jeśli tak zechce Bóg...). Jeśli Twój majestat chce, bym nie mówił nic, Mój głos skryje się Jak w ciemnościach widz Nic nie powiem już Będę tylko trwał, aż Policzone będą me dni Jeśli taka wola Twa (Jak pan Władza chce, Żebym zamknął ryj, Z chęcią zamknę się Jak w komórce stryj Jak tak, to tak Jak mam być twój błękitny ptak, Jak chcesz, zamknę się W klatce, jak papug ten To co? Stul pysk, bo.... Z tulipana ci.... Ci, ci, ciuciubabko, Won!)  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...