Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

wlałbym sobie trochę nieba,
(bo mi dzisiaj go potrzeba)
gdybym misę miał głęboką,
wyobrażnie dośc szeroką,
gdybym sięgał po sklepienie,
gdyby mi chwytały cienie,
horyzontu krawędz czystą,
chmurę lotną, posuwistą,
co się pławi w górnym morzu,
jak ta ważka w szczerym zborzu,
gdyby przynosiły cienie,
niebo na palca skinienie.
wlalbym sobie wtedy nieba,
co mi teraz go potrzeba,
bo zła zima wiosne kradnie,
niech mi zima wręce wpadnie,
już ja zimie bym pokazał!
zmiażdżyl bym ja tego płaza!

Opublikowano

cha chrobotku, masz ją i rób co chcesz
obij kijem zrób z niej bałwana
masz okazję póki jest!
zacznij jutro z rana
bo sobota wolny dzień
zrób z tej zimy błotną maź
marny cień!
by juz nie chowała baź
niech te kotki juz na wierzbę wejdą!

Opublikowano

tak ja zrobie
niech sie zima dowie!
niech otrzeżwieje!
niech się z nas nie śmieje!
śniegiem się zasłania,
zmarzla już od stania
daje nam popalić,
chce na glowe zwalić!
jak ja kijek chwyce
to ja już ją rozliczę,
z wszystkich mrozów i zawiei,
nie tracę na wiosnę nadziei!

Opublikowano

nie trać nadziei Mikołaju
bo wiosną jest jak w raju
zima przeminie i wtedy wiosna
wyskoczy z gałązek radosna
wyskoczy zielenią traw
ta wiosna warta jest braw
więc biję najmocniej jak mogę
czekając na tę drogę
istotę, co wiosną zwana
oszczędzi mi me kolana
bo ileż można się modlić
by zimy się pozbyć ;)))

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...