Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

"Nie przegrasz tego czego nie postawisz"

David Levien & Brian Koppelman - "Hazardziści"


IMIĘ: Jakub

NAZWISKO: Turkowski

WIEK: 29 lat

ZAWÓD: Dziennikarz

MIEJSCE PRACY: Klub pokerowy.


Warszawa, zima 2006.


Texaspoker jest jak życie. Albo grasz o wszystko albo nie masz nic.

Marzę o śnie. Niczego w tej chwili nie pragnę jak zdrzemnąć się choćby przez chwilę, położyć głowę na poduszce i pobyć przez kilka godzin w spokojnym śnie. Nie teraz.
Zjazd. Resztki białego, gorzkiego proszku tkwią mocno na podniebieniu. Sczękościsk. Żrenice mocno rozszerzone nie pozwalają powiekom na samowolne mrugnięcie. Pocę się. Pocę się jak zdechła świnia. Zupełnie jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody. To chyba wtorek. Zupełnie się pogubiłem. Przyszedłem do Toma w niedzielę wieczorem. Wskazówka czterokrotnie przekroczyła dwunastkę więc powinien być już wtorek, ale nie jestem tego pewien. Nie dałbym sobie uciąć ręki. Nie mógłbym wtedy trzymać kart.
Dwie damy. Karta jak każda inna. Muszę być ostrożny. Nie mogę zagrać ostro, i tak gram czytelnie. Podbijam tylko stawkę. Nikt nie wchodzi do gry i po frajersku zbieram wejściówkę. Trzeba było dołożyć stawkę i poczekać na flopa. Rozegrać to rozdanie po mistrzowsku. To zmęczenie. Czuję jak pot spływa mi po bokobrodach. Podbródek trzęsie się w rytm trzaskania górnych zębów o dolne.
Potem kilka podobnych rozdań bez historii. Rozpoczynam czwartą paczkę papierosów. Smakują wyśmienicie. Wciągam tytoń głęboko,do samych płuc. Sztach za sztachem. Mocno, po męsku. Dany rozdaje karty. Ślizgają się na zielonym płótnie. As król w kolorze pik. Moja ulubiona karta. Piki dawno nie były w grze. To może być rozdanie wieczoru...

W czerwcu dwutysięcznego pierwszego roku skończyłem nareszcie studia. Co to była za męczarnia. Najgorszy okres w moim życiu. Pięć kurewsko straconych lat. Pamiętam jak tuż przed maturą odwiedziłem matkę w szpitalu. Zapytała mnie co dalej? Powiedziałem, że nie wiem bo naprawdę nie wiedziałem wtedy co zrobię ze swoim parszywym życiem. - Może będziesz lekarzem? - zapytała mnie. Nie wiedziała, że boję się krwi i nienawidzę igieł. - Prawnikiem? - nigdy nie byłem dobry z historii. W niczym nie byłem dobry. Tylko wóda, ćpanie i karty. - No to może dziennikarzem? Pojawił mi się przed oczami Max Kolonko i pomyślałem sobie: Tak kurwa. To dobry pomysł - będę dziennikarzem. Będę wyrywał na to laski. Każda poleci na dziennikarza. Będe obracał najlepsze dupy w stolicy. Będę dziennikarzem. Potem przez pięć zasranych lat wbijali mi do głowy piepszone teorie pisarstwa, gatunków dziennikarskich i innych podobnych bzdur. Kazali ćwiczyć dykcję, obniżać rezonans, dzień zaczynać od papierosa. Zawsze budziłem się na szkockim kacu. Rano miałem taki fajny pluszowy głosik. Pracowałem w małym, undergrandowym radio. Czytałem wiadomości. W między czasie posuwałem fajną panienkę. Miała w sobie tyle seksapilu jak żadna inna i fantastyczne długie nogi. Miała cycki w sam raz i ogoloną cipkę. Była fajna. Mruczała i wiła się jak kotka gdy posuwałem ją od tyłu. Uwielbiała czuć mojego kutasa właśnie w tej pozycji. Może to dziwne, ale ona płaciła rachunki. Miała nadzianych starych, którzy nie znosili mnie i wice wersa. Uważali, że jestem nieudacznikiem, zwykłym śmieciem i nie zasługuję na ich córkę. Nie zasługiwałem, ale żeby zrobić im na złość kupiłem Dianie pierścionek zaręczynowy. Zgodziła się od razu. Byłem jej pierwszym facetem. Pierwszym, który kochał ją nad życie i ubóstwiał jak nikt dotąd. Żyliśmy sobie na kocią łapę i było zajebiście. Chciałem wracać każdego ranka, każdej nocy i móc rżnąć ją na tysiąc sposobów. Chciałem by była moją żoną, moją i nikogo więcej. Chciałem mieć ją tylko dla siebie.
Mniej więcej w tym samym czasie zacząłem grać. Nigdy nie lubiłem pokera, wolałem brydża i nawet byłem całkiem niezłym brydżystą. Grałem w drugiej lidze. Pamiętałem rozdania, które grałem pół roku temu i gdy ktoś zbudził by mnie o dwunastej w nocy i zapytał o nie, podałbym mu rozkład wszystkich czterech rąk bez zająknięcia. Uważałem że brydż jest inteligenty a grając w pokera wystarczy mieć szczęście i unikać szulerów, ale kiedy poznałem odmianę Texas Hold'em, wszystko przestało mieć sens. Brydż może jest inteligenty ale nie przynosi pieniędzy. Tu poczułem smak wielkiej fortuny. Marzyłem o wielkiej, milionowej wygranej i wylocie do Vegas. Chciałem zobaczyć stolicę światowego hazardu. Poker w teksańskiej odmianie jest królem wszystkich gier karcianych i od tamtej pory wyrzuciłem ze swojego słownika wyraz "szczęście". Fart nie ma tu swojego miejsca. Decydują umiejętności.
Zasady są proste. Każdy gracz dostaje dwie karty i zaczyna się licytacja. Potem na stole wyświetlają się trzy karty tzw.flop. Gracze dopasowują swoje dwie karty do flopa i licytują się. Następnie pojawia się czwarta karta (turn) i piąta (river). Gracze szukają swoich szans w siedmiokarcie. Czy to nie wspaniałe i podniecające?
I tak oto stałem się hazardzistą. Kiedy po raz pierwszy przekroczyłem progi Royal Card Club wiedziałem czego w życiu potrzebuję. Znalazłem swoje powołanie. Teraz mogę ci mamo odpowiedzieć na twoje pytanie, które zadałaś mi tuż przed śmiercią. Nie pytaj mnie mnie kim chcę być. Zapytaj mnie kim jestem. Jestem pokerzystą. Jestem pierdolonym hazardzistą i jest mi z tym kurewsko dobrze. Hazardzistą się nie bywa. Hazardzistą człowiek się rodzi i zostaje aż do śmierci. Nie ma na to lekarstwa.
Rzuciłem robotę w rozgłośni, no bo przecież nie mogłem tracić czasu na niepotrzebne rzeczy. Dianę okłamałem, że muszę więcej pracować. Zapytała mnie dlaczego nieprowadzę już wiadomości? Odpowiedziałem, że zostałem szefem działu sportowego i nie wchodzę na antenę. Złapała ten bajer, bo przynosiłem więcej hajsu. Bywały miesiące kiedy wyciągałem z pokera nawet dziesięć tysięcy. Diana zaszła w ciążę i urodziła mi córkę. Przepiękną dziewczynkę. Moje kochane dziecko. Do dziś trzymam jej zdjęcie na nocnej szafce. Ono przypomina mi, że mam dla kogo żyć.

... Mała ciemna, duża ciemna ja tylko dokładam. Wyczekam skurwieli. Poczekam na flopa i wtedy zagram agresywnie. Młody zrzut,Tadek zrzut, Dany podbija. Ja tylko dokładam. Pozostali się zrzucają i zostaję na placu z Danym. Ogrywam go za każdym razem gdy siadamy do stołu, ale chłopak jest ambitny. To zaprzyjaźniony neurochirurg. Nie ma co robić z pieniędzmi. Ogrywam go, i będę to robił zawsze, dopóki się sukinsyn nie nauczy grać. W dupie mam to, że to mój przyjaciel. Jedyny jaki mi jeszcze został. W kartach nie ma przyjaciół. Jeśli myślisz, że możesz z kimś grać na spółę jesteś w błędzie. Kiedyś kumpel cię wyroluje i obudzisz się nad ranem z ręką w nocniku. W kartach nie ma przyjaciół...

Pewnego wieczoru wróciłem do domu spłukany. Przegrałem wszystko. Diana nie spała. Próbowała uśpić małą. Ja też płakałem. Nie mogłem już więcej jej okłamywać. Powiedziałem jej o wszystkim.

...piki nie idą, ale mam strita z ręki. Największego. W stole leży Dama, walet i dyszka w różnych kolorach. Dany zagrywa - agresor. Po namyśle dokładam. Jesteś mój skurwielu. Kropla potu spływa mi po czole. Na języku czuję smak amfetaminy, oblizuję się. Tom dolewa mi brendy. Czwarta karta trójka karo - nic nie zmienia w układzie. Dany myśli pewnie, że mam wysokiego kickera z dziesiątką lub waletem. Damę wyklucza bo pewnie ma na ręku dwie więc słusznie zagrywa za pięć tysięcy. Uśmiecham się i stawiam wszystko. Dany dokłada. Nie myliłem się. Tylko czwarta dama w ostatniej karcie mogła sprawić, że wróciłbym do domu z pustymi rękoma. Szansa nikła. Dany odsłania ostatnią kartę...

Zima tego roku jest sroga. Wracam po trzech dniach nieustannej gry do domu nad ranem. Jest ciemno. Czuję na twarzy ten siarczysty mróz.
Kasia ma już cztery latka. Mylą mi się dni, miesiące, lata. Rozróżniam tylko cztery kolory: trefl, karo, kier i pik, ale datę jej urodzin pamiętam doskonale. Co roku wysyłam jej kartkę. Nie wiem nawet czy ją przeczyta. Mam zakaz widzenia. Sąd nie pozwolił mi na widywanie się z córką. Nie protestuję, nie walczę. Nie chcę by wiedziała kim jestem, wysyłam tylko urodzinową kartkę.
Wracam do domu i chcę odpocząć. Nie mogę. Szklanka Wild Turkey, powinna mnie rozluźnić.
Prześpię się trochę. Jutro też jest dzień.

Opublikowano

witam bracie!
tym tekstem wypełniasz lukę, która się pojawiła w momencie chwilowej nieobecności kilku dobrych pisarzy z forum.
pomysł interesujący tytuł sugeruje, że może dojść do niezłej gry.
I tak się dzieje - prawdziwy karciany hardkorr nam zaserwowałeś. Podskórnie wyczuwam, że lubisz filmy o hazardzie. Mnie się jednak nasunęło Las Vegas Parano.
Wóda, dragi i sex + hazard dają niesamowitą mieszankę, co pewnie obfituje "piaskiem pod powiekami".
Opis zjadzu dobry, choć mozna wywalić to powtórzenie pocę się
Zajebiście opisałeś rozdanie - po prostu wczułem się w ten klimat, fantastyczny groove.

Żeby cię nie zagłaskać proponuję korekty:
piepszone - pieprzone
W jednym zdaniu pomieszałeś czasy (nie pamiętam gdzie)
Interpunkcja kuleje - chyba nie lubisz przecinków.

mam nadzieję, że dopracujesz ten tekst, bo warto - z chęcią bym przeczytał coś w tym klimacie
dla mnie najlepszy twój tekst!!!
pozdr!

  • 1 miesiąc temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...