Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

ostatnia zmarszczka na tryptyku twarzy
dwa skrzydła profili zdobią ostry wzrok
en face skupione wypatruje w dali
dziedzictwa po przodkach
genetycznych zasad zachowania
rozsądku
asymetria geniuszu
czy złośliwość demiurgów
wpisują w żywy obraz
tkanki niedoskonałości

lewy profil jakby bardziej uległy
spolegliwy wobec grzechów ciała
z nutą ojcowskiej wyrozumiałości
leciutkim uśmiechem rozumiejącego
w kąciku ust

prawy za to twardy
prawy w swych zasadach
jednak pełen lęku o los i przetrwanie
tylko jedno oko
nie może wyrazić
wszystkich złożoności
mistycznych powiązań między prawem Kanta
a życiem doczesnym

pierwszy plan
rozsadza
zdziwienie nad światem
i ludzką naturą
która w swej teorii nijak nie przystaje
do zdziwienia nad światem
i ludzkiej natury
policzki nabrzmiały siłą paradoksów
opuchnięte powieki od znużenia
nienawiścią i małością ludzkich
pragnień
twarz jest krucha zdaje się mówić
drgający podbródek

cała doczesność znaleziona w głębi
spękanego lustra
szkło po którym długo
będzie zgrzytać
podwójna moralność
tych co nie dostrzegą
jedności
w trójcy

Opublikowano

znakomity - "przylega" w całości do Osoby;
"współczesnym wielkim oddać cześć"; takim imperatywem Norwid nawołuje do postawy obywatelskiej rodaków - nie wątpię, przyklasnął by Panu;
i za inicjatywę, i za artyzm.
Pozdrawiam! J.S.

Opublikowano

Dziękuję. W pewnym sensie ten wiersz jest dla mnie bardzo osobisty i nie potrafię inaczej niż osobiście przyjmować opini na jego temat. Tym bardziej dobre słowo trafia głębiej i napawa nadzieją.

Pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...