Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki
Wesprzyj Polski Portal Literacki i wyłącz reklamy

PeeL


Rekomendowane odpowiedzi

Jak zwykle poszło o jakiś banał...
Siedzieliśmy przed telewizorem i przekonany byłem, że zaraz coś wystrzeli. W takich chwilach staram się powtarzać w myślach jakieś zdanie, czasem nawet słowo, żeby nie powiedzieć głośno czegoś idiotycznego, co mogłoby prowadzić do kłótni.

jezus, jezus, jezus, jezus, jezus...

Skupiłem się na małej czarnej plamce na ścianie i zacząłem myśleć...

Niewielkie zawiniątko emocjonalne żarzy się w słońcu i błyszczy w odblaskach kontenerów na śmieci. Absurdalny widok skłania do płaczu. Człowiek jest upośledzony - zakładam kostium wstydu, ponieważ podobno też jestem człowiekiem.
Czy każde pytanie połączone jest w parze z konkretną odpowiedzią? - A może odpowiedzi tworzą pytania - jako ułomne potomstwo? Nie mam więcej pytań.


...jezus, jezus, jezus, jezus...

Wpadłem chyba w jakiś trans myślenia o absurdzie.

Wybudowałem dom pod skrzydłami kruka. Żywię się jego odpadkami, popijam pot zrodzony podczas lotu - życie jest piękne - tak powiadają.
Jestem bardzo odważnym tchórzem – czy to kolejne zapudełkowane uczucie oraz marny autoportret na ścianie dworca PKP? - gdzie jest wzór życia? Dlaczego go nie znam? - Wszystko odleciało z mojej głowy w bezkształt. Kruk też odleciał.
Podsumowując: prawie nikt na stosie płonie.


...jezus, jezus, jezus, jezus... (dziś chyba nie działa)

- Pe. powiedz właściwie - dlaczego ZAWSZE oglądamy to samo i dlaczego to właśnie ty ZAWSZE wybierasz wszystkie te cholerne programy a ja zawsze nie mam nic do gadania?
- co mówisz?!
Pe. obronił się pytaniem, chociaż dobrze wiem, że słyszał każde moje słowo wyraźnie. Często tak robił wiedząc, że potrafi mnie tym zdenerwować
- mówię tylko, że straszny z ciebie egoista, na dodatek znowu udajesz, że mnie nie słyszysz.
Po dłuższej chwili ciszy wstałem z kanapy i wyrosłem przed Pe. patrząc mu prosto w oczy. Wcale go to nie zaskoczyło - gdybym nie zasłaniał mu telewizora pewnie nawet nie zwróciłby uwagi na to, że próbuję nawiązać dialog.
- t-e-r-a-z m-n-i-e s-ł-y-s-z-y-s-z? - wyklułem każdą sylabę bardzo dokładnie, zabrzmiało to jak próba wytłumaczenia starszym ludziom gdzie jest dworzec.
Można również porównać z rozmowami dotyczącymi daty ważności na serkach homogenizowanych. Prawie zawsze jak jestem w sklepie, staję się ofiarą takich rozmów. Najgorsze jest wyjaśnianie, że sam ledwo widzę, bo mam poważną wadę wzroku. To nie skutkuje - każda babka i tak zapyta na końcu: "to ważny ten serek, czy nie?" - cóż poradzić, taki już urok starszyzny.
Wróciłem myślami do rozmowy z Pe. Przez chwilę patrzył na mnie chcąc chyba prześwietlić moje ciało i zatopić oczy w swoim kochanym odbiorniku. W końcu zrozumiał, że nie ustąpię, poprawił się na kanapie i zaczął spokojnie:
- czego ty właściwie chcesz eL.? - no powiedz, jeśli naprawdę cię wkurwiam, mogę stąd wyjść w tej chwili, rozumiesz? - w tej chwili.
Pe. zaczerwienił się trochę i wsadził najmniejszy palec w ucho ruszając nim tak, jakby dokręcał śrubkę. Zaczynałem rozumieć, że znowu oberwie mi się, chociaż mam rację.
Pe. dodał po chwili podniesionym głosem:
- ciągle się czepiasz: telewizor, malowanie mieszkania, praca, sprzątanie, problemy z erekcją... Przecież wiesz dobrze, że to tylko kurewskie życie.
Słuchałem go uważnie. Wyglądał teraz jak filozof. Zrobiło mi się smutno - rzeczywiście wciąż się czepiałem.

jezus, jezus, jezus, Jezus...(zadziałało)

Usiadłem na kanapie. Pe. oglądał znowu swój ulubiony program, w którym blask uśmiechów każdego uczestnika oślepiał mnie za każdym razem gdy próbowałem spojrzeć w ekran. To idiotyczne - ale zawsze chciałem wystąpić w tym teleturnieju. Może to odmieniłoby moje życie i też miałbym piękny uśmiech? – chyba właśnie to było moim jedynym spełnieniem. Nigdy nikomu o tym nie mówiłem...
Spojrzałem na Pe. - wykonywał mechaniczne ruchy jak nakręcony robocik. Dłubał w nosie, wycierał wszystko o kanapę, czasami pierdział tak głośno, że słyszeli to chyba wszyscy mieszkańcy bloku. Gdy otworzył kolejną puszkę piwa, zachciało mi się rzygać.
Znowu zapadłem w głębiny rozmyślań...

Pływałem rzeką ognia, było bardzo gorąco, płonęły wiosła, - a może to tylko przepocone ze strachu dłonie? Widziałem we własnych porażkach samozadowolenie. Stworzonka emocji smażyły się w wielu żywiołach osobowości. Widziałem upadek wielu jednostek ludzkich. Umrzemy w tłumie sinej, zimnej masy nagromadzonej pomiędzy trzonowcami jakiegoś durnia, zamkniemy marzenia w puszkach po piwie.

Wydukałem pod nosem, że idę poczytać. Pe. wiedział co to oznacza - odprowadził mnie do drzwi pokoju nietrzeźwym, ironicznym spojrzeniem i krzyknął gdy wychodziłem:
- tylko nie szalej! mało nam zostało słodkości!
Gdy zamknąłem się w łazience, wciąż miałem przed oczami widok Pe. Tak dużo mi pokazał, ale jednocześnie sam jest bardzo słaby.
Kiedyś bałem się strzykawek, jednak od kiedy poznałem Pe. wszystko się zmieniło. Moje żyły przypominały teraz pole minowe. Uważam, że niedoskonałość jest bardzo ważna - tworzy rozterki metafizyczne, zmusza rzeczy doskonałe do rozmyślań na temat samorealizacji. Dzięki moim wadom wciąż mogę żyć, zadawać pytania i szukać w sobie piękna... Znalazłem wolne miejsce na spuchniętej ręce...

jezus, jezus, jezus, jezus...

Wyjmowałem strzykawkę i czułem wielką ulgę. Patrzyłem chwilę przez małe, zabrudzone okienko klozetowe. Trwało to dosłownie minutę.

I wszystkie chmury zaczęły płakać. Każdy obłok wydał z siebie dźwięk nasiąknięty niepokojem, każdy suchy, bezdomny kawałek liścia zaczął kręcić się i wirować wraz z wietrznym kaszlem. Słoneczny dzień był tak bardzo odległy i niedostępny dla myślenia.
Wszystko to, co nie zostało obdarzone definicją, wszystkie niewyjaśnione zjawiska skumulowane zostały w jednym pudełeczku w kształcie ludzkiej czaszki. Podniosłem jednak głowę wbrew prawom fizycznym oraz metafizycznym i spojrzałem przed siebie.
Zamglone oczy nie widziały szczegółów, ale dostrzegły zarys osobowościowy. Oczywisty wynik starcia z własnym 'ja' nie liczy się już dla mnie. Próbowałem...


Nagle usłyszałem stukanie do drzwi - coraz głośniej docierał do mnie każdy dźwięk:
- eL. co ty tam kurwa robisz? - ile mam czekać? - otworzysz wreszcie?!
- przecież siedzę tu kilka minut - starałem się krzyknąć, ale ledwo wyszeptałem zdanie.
- kilka minut? - walę w drzwi prawie pół godziny!
Spojrzałem na zegarek - rzeczywiście minęło sporo czasu od kiedy wyszedłem z pokoju. Otworzyłem drzwi.
- nareszcie! - miałem już lać pod drzwiami. co ty robisz człowieku?
Chciałem chyba coś powiedzieć, ale kręciło mi się w głowie, Nagły skurcz w żołądku powalił mnie na ziemię - zdążyłem jeszcze poczuć jak Pe. próbował mnie podnieść.

Gwałtowna metamorfoza gałek ocznych w dwa soczyście obrzydliwe owady - nowonarodzone stworzonka pałętają się później w zasięgu mojego nie-myślenia. Złe nowiny? Klątwy całkowicie nowych na rynku bogów? Czym są?
Czasem ich poczynania stają się coraz bardziej zorganizowane - owady roznoszące uczucia wkraczają w dorosłość, stają się samodzielne i całkowicie niezależne - stanowią w pełni odrębne organizmy należące do ogółu egzystencjalnego. Skazane na śmierć - trwają w mojej głowie gdy śpię.


Powoli budziłem się i dochodziłem do siebie. Za oknem było już ciemno. Trudno mi zawsze określić ile czasu byłem nieprzytomny. Kilka minut, godzin, dni - a może nawet lat?!
Patrzyłem w sufit. Wyobrażałem sobie różne rzeczy.

Włos malarza pokryty farbą staje dęba - jeszcze przed chwilą był skazą na pięknej, białej ścianie - teraz jednak wraca z powrotem na głowę malarza.
Wśród innych włosów nie wyróżnia się już niczym szczególnym. Ale w roli skazy był wyjątkowy, niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju.
Puste miejsce na czystej i białej ścianie podkreśla wartość wcześniejszej ułomności.


Do pokoju wszedł Pe. Ubrany był w niebieską pidżamę w delfiny. Dobrze widziałem jego uśmiech, chociaż wciąż bolała mnie głowa i miałem silne zawroty głowy.

jezus, jezus, jezus, jezus...

kochaliśmy się do 5.00 rano.

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Przemijamy Często zastanawiam się Czy to dobrze, czy może źle Odchodzimy Zazwyczaj nie zostawiając zbyt wiele Kilka książek, samochód, gitarę Znikamy Niby na stale zapisani w pamięci ludzi Tak naprawdę żyjąc w ich głowach tylko krótką chwilę Ustępujemy Tym żywszym i tym co pojawią się po nas Głupio wierzącym, że żyć będą wiecznie Gaśniemy Bo nawet największy pożar musi Wyruszamy Gdzieś dalej Nie, tego akurat nie jestem pewien
    • Śmierć? Chyba żywot wieczny jak u Lenina

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @graf omam Dziękuję :)
    • Wiesz, Zygmuncie, węże są właściwie głuche, głuche jak pień, tak jak te zaskrońce (natrix, natrix), którym czytasz swoje opowiastki, które słuchają twojego chropawego głosu. Głuche jak małpi pień buka, a może jak gryf mandoliny, jak lelki, które słyszą tylko głos duchów i beczenie kóz i kręcą się wokół koron drzew wyłącznie po to, aby dostąpić dobrodziejstwa dźwięków, znaleźć się między nimi, umościć w nich gniazdo. Próbując uchwycić linię melodii, wiją się w górę pni, wspinają w górę kozich racic, omamiają i usypiają rogate kozły, budując ornament dla ciszy. Ale czy wiesz, że potrafią pływać i nurkować? I popatrz, te ich żółte plamki za uszami, kioski żółtych łodzi podwodnych jak szkatułki meandrującej między nami opowieści, zausznice zdobne niby żółte piórka, jakbyś zobaczył opierzonego węża Majów, samego Kukulkana, syna bogini dziewicy Coatlicue, tego, co przybywa ze wschodu, aby przejrzeć się w obliczu swojego brata Xolotla, a może aksolotla. Dymiące zwierciadło, rybowąż, w którego zamienił się Wodnik, aby przyjąć od Uka w ofierze święcone monety, przyjąć dumne wizerunki słonecznej tarczy, otworzyć portal, przez który wędrujemy do gwiazd, aby znaleźć tam porozrzucane kości rzeźbione oczami węża, pięcioma oczami, które pozwalają widzieć wszystko. Wąż, który wyrósł na potylicy Ofelii, udając kwitnącego kosaćca, to ich brat, ozdobiony został piórami ptaka  Kwezala, po to, aby zdołał pokonać ziemskiego potwora, a może opierzoną rybę, w którą zamienił się Bruno Schulz, zanim wtopił się w srebrną ławicę, jak święcona, srebrna kula, szlifowana latami, aby stała się tą jedną jedyną, co trafia w ciemno, co trafia na wylot i nie pozostawia śladu. Wąż połykający własny ogon, przezorny Ouroboros – jedno ciało, jeden gest, zero – kostnica liczb, którymi zimni rachmistrze wybijają o grobowe deski taneczny rytm; słowo jedno, może nawet to, co będzie na koniec albo to, co było na początku i to, co było, a nie jest, wpisane do rejestru sadowych ksiąg, w księgę gości odwiedzających dwór zielonołuskiego Wodnika,  zaginionych po wsze czasy w nas, zaginionych od wszech czasów, co w wilgotnej gazie, ślepi jak nas Pan stworzył, siejemy nasiona rzeżuchy na wielką noc.   Pamiętam ciągle, jak mi opowiadałeś: Jestem do snu. Później odchodzę uczyć się kaligrafii. Z wszystkich przykazań wody: tertium non datur. Płyń we mnie. Ziemio, zgódź się. Nie cierpię, gdy kwitną wiśnie, przez ich pory przyznaję się do bieli, z lękiem przewidując przymrozek. Kiedy drzewa rozniosą świat w pył, przyjdzie zamknąć oczy. Kapelusze kwietne, kruche białogłowy, na objeździe Janusów w czasopad kwietniowy – caryce (lub nie kto nie lubi) coraz mocniej uderzają do głów, chociaż to tylko sok. Zaraz po nim listopadowy wieczór – szrama na plecach dokumentuje przechodzenie i stajesz się śladem długiego spadania. Obcy wobec doświadczeń, a jednak we własnej skórze, wymieniam cię między błogosławieństwami. Jednym tchem odwrócisz los, kiedy tylko zajdzie konieczność, kiedy tylko wzejdzie słońce.   Zauważ, jak uważnie słuchają cię zaskrońce. Jak pilnymi potrafią być uczniami, a może uczą się ciebie przedrzeźniać, uczą się kołysać na tej samej fali co ty. Nawet nie sam głos, bo on jest nieistotny, nie linia melodii, ani tląca się kadencja, ale te wibracje powietrza, delikatne jak rysy twarzy zanurzonej w wodzie, delikatne fale eteru rozchodzące się uważnie, w przeczuciu, że nie będą miały do czego wracać, że muszą wtopić się w szklisty piasek, że rzeczy mają uszy, a czasem tylko za dużo wosku nakapie w gwiaździstą, andrzejkową noc, za dużo gabinetów woskowych figur trwa zastygłych  w gotowości, aby, gdy tylko nadarzy się okazja, objąć rząd dusz, za dużo przetrwało delikatnych, woskowych cylindrów, jak te na dnie szafy Uka, przechowujących głosy umarłych, za dużo wypalono świec, zbyt dużo wosku nakapało ze świecy, którą twoja matka stawiała w oknie jak morską latarnię, nawołując burze, hucząc mgielnym tłuczkiem w ciemność, niby tłuczkiem do mięsa, co łamie żebra zatwardziałych, nawołując ptaka Kwezala,  grom i błyskawicę, żeby darły ziemię na strzępy, a ona później delikatnie zdezynfekuje i zaszyje rany i dla niepoznaki zostawi ozdobne szwy z malw i piwonii, dalii i bratków, które zwiążą i zamienią w ciało każde słowo, co padło na żyzny grunt.   Zygmunt często wspominał gabinet woskowych figur – tę świecę i matkę, burze, przez które przeszedł boso i wilgotne stopy pod kołdrą, które powoli obsychały przez całą noc, żeby rano, gdy wzeszło słońce, zamienić się w cierpkie i kwaśne listki szczawiu. Szczawiu, po którego liściach później biegał i deptał go, tłukąc suchym patykiem, który potem zrywał na pastwisku, układał w uroczyste bukiety i przynosił matce na wiosenną zupę okraszoną jajem i śmietaną. A ona wkładała do garnka żeberka, żeberka, które przypominały mu abażur nocnej lampki, ożebrowanie wyrzuconej na brzeg nocnej arki. Dodawała ziemniaki, por, cebulę i marchewkę, a później łyżką cedzakową wydobywała ugotowane składniki i zostawał sam rosół, czysty jak obraz w dymiącym zwierciadle z obsydianu, kamień filozoficzny, eliksir praczasu, do którego wkładała z powrotem pokrojone kawałki mięsa, mięsa odłączonego od kości ojca jego i gotowała na wolnym ogniu, hartując śmietanę, hartując jak wykutą z najlepszej stali białą broń, damasceńskie ostrze, miecz, którym chrzciła wygłodniałych domowników, pokolenie błogosławionych głodomorów, komponujących marsze na ziemniaczaną kiszkę, a szczaw jak liście wawrzynu wieńczył ich zwycięstwo nad głodem, zwycięstwo nad godzinami bezdennej pustki, nad gromem i błyskawicą.   – Jestem ze Śląska, ale nie jestem Ślązakiem – zaznaczał Zygmunt z naciskiem i trochę wstydliwie. Może dlatego, żeby nie traktowano go jak wyrwane z korzeniem drzewo, ale raczej  doniczkową roślinę, którą można ustawić, gdzie się chce, ale trzeba o niej pamiętać, podlewać i zraszać, nawozić i mówić do niej – jesteś piękna, kwitniesz i wydajesz owoce, chociaż tylko kapka ziemi i te granice, których nie możesz przekroczyć. A przecież garstka ziemi musi często wystarczyć, ta garstka, której grudki znalazłem w kieszeni jego płaszcza, daleko od domu, daleko od gdziekolwiek, jak u wyrwanego ze swojego macierzystego grobu potępieńca, bezgłowego, przebitego osikowy kołkiem, z ustami pełnymi suchych liści szczawiu i ziarenek soli. Wystawionego w środku dnia na palące słońce, nocnego marka,  wyrwanego z ojczystej mogiły  księcia skalistej Transylwanii,  który wybrał się na światowe tournée, wędruje ramię w ramię ze swoim przeznaczeniem i rodzinną ziemią w kieszeniach. Garstka pępowinowej ziemi i te macierzyste skrzynki zbite z desek, w których pysznią się fikusy i eukaliptusy, oleandry i mandarynki, których człowiek się chwyta, gdy tonie wraz z Brunonem w ławicy wypukłookich, srebrnolicych ryb, ginie przykuty do skały na dworze Wodnika,  ginie o suchym pysku wśród obudzonych z letargu lemurów, w małpim gaju, rozpuszczony jak wosk przez majowe słońce, zamieniony przez Pana w dziczejące zielsko, lub zamienia się w wyrzuconą na piasek rybę, langustę, kraba pustelnika i szuka pustej muszli, w której może zamieszkać i odzyskać siły, wsłuchać się w gardłowy koncert orkiestry Louisa Armstronga, przetrwać najdłuższą z wielkich nocy.   I wtedy właśnie Uku odkrył nową krainę, odkrył portal w drzwiczkach duchówki, a może tylko przyjął jej posłów przynoszących mu przebłagalne dary – ani to Transylwania, ani Siedmiogród, ani matecznik, ani Śląsk, ale również nie miedza z dziadkową gruszą, gdzie noga ludzka nie zostawia śladów, a tłusty cień wpełza między liście drzewa i nie posępna olszyna detronizująca królów, co mają na pieńku z drzewcami. Przyszli do niego jednak jej wysłannicy i powiedzieli – zbuduj nam dom. – Zbuduj, gdzie chcesz, nie jesteśmy wymagający. – Może być zapiecek, może sterta kompostu albo podszafie, może być też pęknięcie w podłogowej desce. – Ale najlepiej wynieś nas wysoko, wynieś pod samą powałę, załóż nam miasteczko wśród gałęzi drzew, w koronach starodrzewu, jak cieśla co dźwiga belkę, kreator, który wieńczy los zielonym wiechciem, jak matka, co potrafi przebłagać los listkami szczawiu, wydaj głos, który powołuje do życia albo weź w rękę pędzel, który nadaje mu kształt. – Chcemy wiedzieć, gdzie popłynęła wielka rzeka, gdzie podział się czar i dlaczego pękła bańka, w której cieszyło nas widło i powidło, gdzie tysiąc jeden drobiazgów było jak tysiąc jeden nocy, bo jesteśmy zaginionymi potomkami Sindbada Żeglarza i wiemy wiele o tobie, wiemy o tobie wszystko, co chciałbyś wiedzieć o sobie.     Tak właśnie, po raz kolejny, Sindbad Żeglarz dowiódł, że to on właśnie, wyłowiony został spośród tylu innych, żeby nas odkryć i ukryć w swoich słowach – mówisz, Uku, dodając, że są  także ptaki, które wylatują z muszli i gniazda zakładają na wodzie, żywiąc nią młode. – Trudno je jednak rozpoznać  wśród setek odbić, ani uchwycić w locie, bo tylko mowa jest płodna, pewny jedynie los Odysa, kiedy na koniec zostaje jeden mądry, żeby na naszych oczach zakończyć wszystkie podwodne podróże. Ofiarnym dawcą obrazu, zostałeś Uku, choćby miarą szerokiego na piędź, tyle, co korytko dłoni  i chwila przejścia, kiedy otwiera się horyzont i nikt już nie jest w stanie dłużej się za nim ukrywać.   Wkrótce później Uku odszedł, ale wcześniej spełnił ich życzenia. Założył w  domu krasnoludzką spółdzielnię pracy i nauczył ich fachu pielęgnowania losu, krasnoludzkie stowarzyszenie rzemiosł różnych, cech żerców piastujących wysokie, najwyższe,  leśne urzędy. Krasnoludzką rzeczpospolitą  wypełnił południcami, bagienicami i biesami, zaludnił karykaturalnymi i pokracznymi mieszkańcami ostępów i mateczników. Dębowe i bukowe chatki zajęły brodate skrzaty, pod drzewami wystawały borowe dziady. Dziwożony i licha opuściły moczary i zaczęły wieść korowody wśród ciemnych sadzawek, a wszystko to na ścianach jadalni i sypialni, niby platońskich jaskiń, gdzie ich losy mogły rozsmakować się w czystej ułudzie. Poprzez zarośnięte dukty korytarza do najciemniejszych zakamarków kuchni i łazienki – Uku odszedł i zostawił  na pastwę światła leśne mocarstwo, aby żyło swoim życiem, radziło i świętowało, choćby miała to być tylko nieruchomość, iluzja posiadania, działka wydzielona kreskami geometry w miejscowym planie, świat uświęcony śladem pędzla, co kreuje, a nic nie zabiera dla siebie, co tworzy, aby tylko sprowokować krnąbrną dolę, podstępną idyllę leśnych knowań. Uku odszedł, zostawiając Zygmunta, jako samozwańczego plenipotenta krasnoludzkiej domeny, umocowanego przez leśne księgi, prokurenta, zostawiając na stoliku kubek czereśni, zagubione między wymiarami tęczowe muchy, mandolinę z małpiej skóry, woskowe cylindry przechowujące głosy umarłych i stary, mosiężny  żyrandol z kurkami na gaz, który wieczorami czyścił kredą i octem. Uku odszedł, zostawiając powołane do życia w czerwcowe święta, leśne sadyby dziwadeł, mówiąc im: radźcie i wyrokujcie, czyńcie poddanymi sobie jadalnię i sypialnię, ustanawiajcie prawa, dobijajcie się o swoje, a jeśli wam czegoś zabraknie, to wyślijcie Zygmunta, aby prosił waszą władczynię, królową, co trzyma w dłoni złote jabłko, co trzyma za gardło najświętszego z węży, świętą i miłościwą patronkę waszego królestwa. Proście Ofelię o gest łaski, o wyrozumiałość i poczucie wspólnoty, proście ją o ratunek i modlitwę.   I została im Ofelia, chociaż nigdy do końca nie zdołali jej zaufać. Ofelia na czele zastygłego w pół gestu, zwierzyńca, coraz mocniej osiadająca na brzegu czasu, między ziarenkami piasku z pękniętej klepsydry, z wąskim gardłem, przez które sączyła coraz bardziej rozmyte obrazy. I plątały jej się włosy i plątały jej się słowa, a Zygmunt próbował je rozplątać, w zastępstwie Uka, przeczesując żółtym grzebieniem z bakelitu i czytał, czytał jej historię żółtego piórka, aż do chwili kiedy zaczynała go bić po rękach.   Zygmunt,  czyli historia żółtego piórka – 2 – Bywa i tak – mawia Zygmunt – że jak człowiek nie znajdzie właściwego pierwiastka, to może się zgubić nawet we własnej łazience, zwłaszcza gdy akurat dokonuje skomplikowanych obliczeń. –  Tak to już jest z tą matematyką, że gdy próbuje się rozwiązać najprostsze równanie, nagle okazuje się, że nieskończoność razy nieskończoność równa się osiem kwadratowych metrów, w których trzeba zmieścić kilka niezależnych źródeł, a w dodatku obdarzać się intymnym płynem, a tego to już nie obejmuje pierwsza z brzegu nauka, a szczególnie taka co to musi się borykać z ciężką przestrzenią. – Z tego wszystkiego – zauważa Zygmunt – jak zamknąć się w łazience to dobrze chyba myśleć o jedzeniu albo astronomii, a najlepiej o jednym i o drugim, co nie jest takie trudne,  jak tylko się ma odpowiednie medium. Dajmy na to, Zygmunt, jak tylko pomyśli o Zośce, zaraz znajduje się całym sobą w jej nasączonym wanilią niebie, rozsiada się na miękkim obłoku z bitej śmietany, a stąd to już przecież tylko mały krok do bardziej namacalnych odległości. Bo szczerze mówiąc, to przez Zośkę i te jej poglądy, Zygmuntowi  wszystko przypomina kosmos i czuje, że coś musi być na rzeczy. – Dajmy na to – zauważa Zośka – pouczająco jest popatrzeć sobie na takiego Saturna, co się codziennie przechadza pod blokiem ze swoim  psem, i zdarza się, że już przed dziewiątą wchodzi w kolizję  z niewielką kometą spod szóstki, która wraca akurat ze sklepu i nie lubi, jak jej pies obsikuje zamszowe kozaczki, i wtedy bardzo wyraźnie widać te wszystkie  jego zagadkowe pierścienie i to bez użycia skomplikowanej technologii. –  Albo co ciekawe, nawet taki Saturn – twierdzi Zośka – chociaż wydaje się potężny i złowrogi ,wcale nie zbliża się od tego ani na jotę do słońca, bo dokładnie zna swoje miejsce w szeregu, zresztą zupełnie tak jak nasza stara ziemia, która nawet, gdy wraca już przed obiadem do domu i ma wyraźnie mniejszą gęstość, nie zdarza się przecież, żeby wypadła z orbity. – Bo kosmos już taki jest – dodaje Zośka tajemniczo – dużo bardziej rozsądny od naszych do niego pożądliwości, a niektórym to się wydaje, że mogliby go przelecieć jak jakąś naiwną małolatę, przelecieć, wziąć na pamiątkę kilka gadżetów i wcale nie interesują się jego głębokimi uczuciami dojrzałej kobiety. – Ludzie jak to ludzie, chcieliby mieć taki układ słoneczny, najchętniej bez żadnych zobowiązań. –  Nawet taki nasz wielki Kopernik, co to robił mu nieprzystojne propozycje jako uczony bawidamek, to po prawdzie  też go chciał przelecieć, tylko że na swój naukowy sposób. – A najgorsze – wyznaje w końcu Zośka – to jak się komuś wydaje, że jest mądrzejszy od ustalonego porządku, bo co człowiekowi przeszkadzało, dajmy na to, że takie słońce się rusza, a ziemia nie, tym bardziej że z kosmicznego punktu widzenia to i tak wszystko się porusza, tylko nie wiadomo w jakim kierunku, a równie dobrze mogłoby się w ogóle nie ruszać. Zośka się irytuje  i przygryza wargę, a po chwili dodaje – teraz takie czasy, że podobno o wszystkim wie nawet papież, ale i tak nie doznaje od tego pobożnej  satysfakcji, bo co tu dużo mówić,  ludzie chyba nigdy nie docenią swojej międzyplanetarnej wyobraźni. A co to właściwie ma znaczyć, żeby jedni drugich przekonywali, że rozpiętość słońca wynosi tylko jakieś głupie osiem czy dziewięć planet, skoro taka Zośka tylko przed południem, przy obieraniu ziemniaków dostrzega wyraźnie co najmniej piętnaście niebieskich ciał, zwłaszcza gdy akurat Zygmunt za pomocą swojego żółtego piórka dotyka jej ostatecznej struny. – Taki mam z nimi układ – mawia Zośka – i koniec, a inni niech się zadawalają jakimiś tam ograniczeniami. Zygmunt docenia  wkład Zośki do astronomii, a nawet  w stołowym  ma  małe obserwatorium, gdzie jak sam mistrz Kopernik, za pomocą żółtego piórka wyzwala biodra Zośki z nieznośnego egocentryzmu. Zygmunt wie, że nie musnął jeszcze najbliższej choćby gwiazdy, ale nie martwi się tym, bo kto by myślał o gwiazdach w takich czasach.
    • @violetta   Czeska komedia na podstawie scenariusza tego samego reżysera, wcześniej była wystawiana jako sztuka teatralna, teraz z innej beczki: sędzia, który uciekł na Białoruś i poprosił o azyl polityczny - nie jest Słowianinem (patrz: niemieckie nazwisko) - Słowianie na Białorusi są prześladowani za próbę obalenia dyktatury, a sam prezydent Białorusi ma żydowskie pochodzenie jak prezydent Ukrainy, prezydent Rosji: ma chazarskie pochodzenie, dlaczego to mówię? Kolejny pajac zaczyna pieprzyć o zjednoczonej słowiańszczyznie, niech pani uważa i niech pani nie da się nabrać, Słowianinem to był car Aleksander I - miał szacunek dla polskich żołnierzy walczących po stronie cesarza Napoleona I i pozwolił im pozostać w Królestwie Polskim (Kongresowym), nomen omen: wyżej wymieniony car był masonem, kończąc: Poganie, Słowianie i Masoni mają dużo wspólnego ze sobą jak kulturę osobistą, higieniczną i seksualną...   Łukasz Jasiński 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...