Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Była gładka i lśniąca. Cieszyła wzrok i napawała zmysły harmonią swych kształtów. Chłodna w dotyku, ale z wyczuwalnym wewnętrznym ciepłem. Idealnie wyprofilowana do kształtu dłoni, która wydawała się po niej ślizgać z gracją mistrzyni świata w łyżwiarstwie figurowym. Ze starannie przemyślaną wysokością i nachyleniem poręczy. Spod półprzymkniętych powiek jej prostota wydawała się mienić rokokowym przepychem.
Wdzięczna przyjaciółka, przy okazji powrotów ze spotkań Dyskusyjnego Klubu Miłośników Deklamacji Treści Butelkowych Etykiet zawsze służyła bezinteresowną pomocą. W przeciwieństwie do kolejnych stopni schodów nigdy nie zadawała głupich pytań. Skromna z natury i wychowana w zaciszu przydomowej stolarni pana Janka w żadnym momencie swej egzystencji nie myślała, że mogłaby zostać wykorzystana do innych celów. Zawsze lepiej być balustradą niż na przykład zapałką czy wykałaczką – mawiała nieraz do trzeciego stopnia schodów na półpiętrze, z którym miała niegdyś przelotny romans.
Aż nagle tego ranka przeraźliwie natarczywy dzwonek jak terrorysta wstrząsnął całym domem.
Odgłos bosych stóp w sypialni na piętrze zabrzmiał jak werbel na wojskowym apelu. Stefan w świeżej koszuli i wczorajszych dżinsach ale już z przyszłotygodniowym błyskiem w oku stanął na krawędzi schodów. Każdy kto znał go chociaż w minimalnym stopniu, na załączonym obrazku dostrzegał resztki marzeń sennych. Wcale nie trzeba było nazywać się Zygmunt Freud aby zgadnąć czego, a właściwie kogo dotyczyły. Nie wspominając, że na twarzy wspomnianego osobnika rysowało się przekonanie, że to marzenie stoi tam za drzwiami i raz za razem wciska przycisk dzwonka. Wzrok Stefana przeniósł się od szczytu schodów do drzwi tonących gdzieś tam w półmroku, a mózg próbował poddać analizie wszystkie czynniki, współrzędne, zmienne oraz prędkość wiatru i zamienić je na suche dane dotyczące czasu, potrzebnego na przebycie tej ogromnej przestrzeni. Niestety wydruk ciągle nie pojawiał się w ręce naszego delikwenta, który nagle, olśniony mocą drzemiącą w sile swojej wyobraźni zamienił balustradę w rwący górski potok. Rzucił się w ten spieniony żywioł nie zwracając uwagi na starannie dobrane przed momentem ubranie, kompletnie nie przejmując się butami, ponieważ już wczoraj zniknęły gdzieś w chaosie wielkiej globalnej wioski jaką był dom przy Siedemnastej ulicy.
Zapinając pasy wydmuchnął przez nozdrza resztki swego snu, który z obłoczka unoszącego się nad głową przeniósł się teraz prosto na jego wycieraczkę. Ale właśnie ta bezmyślnie wydmuchnięta resztka nocy zakończyła działanie zaklęcia. Cała magia, w postaci srebrzysto – różowego pyłu opadła z szelestem na dywan w przedpokoju.
Lądowanie było twarde. To jednak nie było w stanie popsuć takiego momentu. Zamaszystym ruchem otwarł drzwi, zamknął oczy i czekał, aż słodki głos przeszyje mu serce.
- Dzieńdobrybardzo, w naszej dzisiejszej ofercie możemy zaoferować szanownemu panu ten oto doskonały odkurzacz w niesamowitej cenie – jedyne... Jęk drzwi – które zamknęły się jeszcze bardziej zamaszyście niż otwarły – przerwał panu akwizytorowi w najciekawszym momencie. Zamiast ceny tego jakże przydatnego urządzenia usłyszeliśmy związek wyrazowy, z którym Stefan zapoznał się zapewne w czasach gdy jego ulubionym reżyserem był Pasikowski. W dobrym teatrze po takich skokach akcji, aby dać widzowi odpocząć opuszczono by kurtynę i zarządzono przerwę. Pozbawieni takiej możliwości ograniczymy się tylko do linijki przerwy, aby za chwilę z wyrównanym poziomem adrenaliny wrócić do Stefana szukającego ukrytego znaczenia lub zupełnie oczywistej symboliki w zaistniałej przed momentem sytuacji.

Drzazgi w dłoniach pachniały lasem. To sosna – stwierdził zbliżając zadrapane ręce do nosa – Las w północno-wschodniej Polsce, liczba słoi około 34. – Prowadząc dalsze rozważania na temat jakości gleby, na której owo drzewo rosło udał się do kuchni aby ten cudownie rozpoczęty dzień uczcić filiżanką kawy. Aromat sączący się z kubka działał jak podpórka na ciężkie jeszcze powieki i jak wbijane igły na procesy myślenia znajdujące się ciągle w stanie głębokiej zapaści. Kiedy przetransportował się do salonu, na kanapie ujrzał porzucone w czasach permanentnego – trudne słowo – braku zajęcia książki, których tematyka wzdłuż i w poprzek opiewała zagadnienia estetyki. Umiejętność logicznego myślenia, którą nasz bohater niewątpliwie posiadał, nasunęła Stefanowi na myśl błyskotliwe skojarzenie, dotyczące prawdopodobieństwa, jakie określało jego obecne życiowe zajęcie.
- Jestem studentem? – oto werbalne przetworzenie skomplikowanych procesów analitycznych rozegranych w mózgu człowieka, który śmiał się teraz głośno stojąc przed lustrem i podziwiając to swój niewątpliwie narcystyczny wizerunek, to podrapane dłonie, uświadamiał sobie bezmiar własnej głupoty. Po chwili głębszej refleksji, uznał, że dzień i tak jest stracony, a ból głowy uniemożliwia podjęcie kroków mających na celu realizację jakichkolwiek celów. Szerokim łukiem ominął balustradę i schody, rzucił się na kanapę, spędzając resztę czasu, którą normalni ludzie nazywają całym dniem, pogrążony w półśnie, prowadząc rozważania dotyczące spraw mających absolutnie najwyższą wagę dla dalszego istnienia świata.

Po tak upalnym dniu, nawet w cieniu zmierzchu buty lepiły się do asfaltu. Godzinę temu Stefan zakończył poszukiwanie teorii mających zamienić jego życie w pasmo nieustających sukcesów, wziął szybki prysznic i gnany życiowym mottem „pijesz, więc żyjesz” wyruszył na poszukiwanie oazy, czyli inaczej przystanku dla utrudzonego pielgrzyma życia. Denucjacja (kolejne trudne słowo) potrzeb żywieniowych sprowadziła dwa tosty do roli obiadu. Zresztą ten obiad równie dobrze mógłby nosić miano śniadania lub kolacji, kto zaprzątałby sobie przecież głowę takimi błahostkami. Największym zmartwieniem naszego reprezentanta młodzieży myślącej było zlokalizowanie zaprzyjaźnionych przedstawicieli bohemy artystycznej tego miasta. Członkowie wspomnianego nieformalnego stowarzyszenia, zafascynowani życiem i twórczością dawnej cyganerii byli dumni z takiego właśnie ich określania. Przyglądając się bliżej tej barwnej zbieraninie odnajdziemy i niezrównoważonych poetów i statecznych prozaików, wirtuozów strun głosowych oraz psychodelicznych muzyków, malarzy obdarzonych fotograficzną pamięcią i fotografów z iście malarską wizją zatrzymywanego w kadrze świata. Nieliczne jednostki, nazywające się same nie wiadomo czemu aktorami parały się trudną sztuką wydeptywania desek w miejscowym domu kultury. Bliższy rys charakterologiczno-psychologiczny wspomnianych postaci grozi utratą wiary w przyszłość narodu, a co najmniej jego i tak podupadłej kultury wysokiej. Podarujmy więc sobie stany zniesmaczenia i wróćmy do Stefana. Ten natomiast, z nieodpalonym papierosem w ustach przemierzał miejskie arterie chodników układając w głowie wersy poematu dotyczącego swego marzenia. Nie dane mu było jednak zacząć trzeciej strofy bowiem wstrząsnęły nim szaleńcze wibracje telefonu komórkowego, w przypływie przezorności umieszczonego przed opuszczeniem domu w lewej kieszeni. Treść krótkiej wiadomości tekstowej ze względów cenzury niech zostanie owiana tajemnicą, wystarczy napomnieć, że dzięki jej niezakamuflowanemu przekazowi Stefan w końcu dowiedział gdzie skierować swe kroki aby zaspokoić metafizyczny głód inteligentnych dyskusji i zupełnie fizyczne pragnienie wlania w siebie cieczy o bliżej nieokreślonym smaku, zapachu i kolorze.

Na szczęście dla zmęczonego artyzmem swego życia Stefana, następny poranek nie zaczął się od gwałtownej pobudki. Spokojnie dospał do południa, co oznaczało pełne podziwiania marzenia, które pod koniec snu cudownie się rozdwoiło, nie mógł jednak rozdwoić się Stefan, który otwarł oczy z wyraźnym grymasem niezadowolenia na twarzy. Jak zwykle zbuntowany przeciw ogólnie przyjętym normom, wstał, opuszczając na dywan najpierw lewą nogę. Podśpiewując pod prysznicem uznał, że dzisiejszy dzień trzeba poświęcić na porządkowanie domu i ogólne rozplanowanie działania na najbliższy okres, co oznaczało wybiegnięcie w odległa przyszłość, czyli do dnia następnego. Posprzątał w salonie, przekładając książki z kanapy na półkę. Ta zmiana wystroju wnętrza podziałała addatywnie (znów trudne słowo) na jego nastrój i wniosła powiew świeżości do tego oryginalnie urządzonego wnętrza. Zawiesił na chwilę wzrok na reprodukcjach Picassa, które nijak miały się do sąsiadujących z nimi kolaży. Te arcydzieła możliwości komputera, które wyszły spod ręki Stefana w przypływie wizji metaforycznego odbierania bodźców sensorycznych zdecydowanie przyćmiewały śmiałe formy wielkiego mistrza abstrakcji.
cdn.

Opublikowano

Nie wiem czemu najbardziej spodobało mi się poniższe zdanie. Może dlatego, że jest neutralne, niezabarwione ironią i nie zmusza czytelnika by utożsamiał się z autorem. Wolę przyglądać się światowi a nie by autor nachalnie sterował moimi wrażeniami. Brutalnie mówiąc nie obchodzą mnie poglądy autora, podane w zbyt widoczny sposób:

"Przyglądając się bliżej tej barwnej zbieraninie odnajdziemy i niezrównoważonych poetów i statecznych prozaików, wirtuozów strun głosowych oraz psychodelicznych muzyków, malarzy obdarzonych fotograficzną pamięcią i fotografów z iście malarską wizją zatrzymywanego w kadrze świata." - gdyby całość była podana w takim reportażowo-oświatowym stylu, to dla mnie byłaby rewelacja.

Nie wiem po co na początku ten banalny opis z punktu widzenia balustrady? Zdecydowanie zniechęca do czytania.

Imię Stefan bardziej mi pasuje do robola z budowy niż "artysty". Ja bym zmienił na bardziej wyszukane.

Tekst w sumie miły i klimatyczny, chcociaż cały czas na granicy kiczu, niektóre zdania mocno przesolone.

A i jeszcze jedno, ten Stefan jakiś taki mało ludzki mi się wydaje, papierowy, sztuczny, na dłuższą metę to może być nieznośne.

  • 2 miesiące temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...