Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Tytuł nie do końca integralny z opowiadaniem. Można go interpretować na wiele sposobów.

*************************************************************************

Nad Warszawą zachodzi słońce. Szare bloki parują nazbieranym w ciągu dnia ciepłem, poddając się niechętnie zasadom i prawom fizyki. Nawet te niegościnne budynki – wieżowce - królowie miasta, niechętnie oddają głodnemu powietrzu swe zdobyczne ciepło. Ono pożera je jak ochłap, bez dźwięku, zachłannie. Wciska się w najmniejszą szczelinę. Powiększa swój teren żerowania.
Ludzie przeciskają się przez gęstą masę powietrza. Wszyscy spieszą do swych małych królestw lub biegną do sklepów, by beztrosko wydać pieniądze zarobione samodzielnie, przez współmałżonków, rodziców.
Tłum biegnie nieustannie, każdy w inną stronę, jak drobna organella miotająca się w obrębie błony komórkowej, której nigdy nie przekroczy. Wakuole – te nieożywione części – zasiądą na tronach, by rządzić pilotem jak berłem. Dzielne rybosomy ruszą, by całą noc produkować białko. Chloroplasty – rozkwitające pod wpływem światła wystaw, kawiarni, sklepów – dążą do jego źródła. Wszystko to kisi się w rozgrzanej upalnym dniem cytoplazmie stołecznego miasta – Warszawy.
Jacy oni żałośni, myśli jądro komórkowe. Spogląda na swych rodaków i myśli, że pracuję, bo ktoś musi to zrobić, by chronić cenny materiał genetyczny.
Jądro komórkowe ma na imię Alicja. Jak Alicja z krainy czarów – żyje we własnym, bajkowym świecie.
Alicja czuje się lepsza od innych. A w każdym razie powinna, tak mówi jej matka. Alicja jest poetką i jest z tego dumna. Musi być, tak uważa jej ojciec. Jest artystką. Nie potrzebuje innych ludzi, ale ludzie potrzebują jej. Jej poezji.
Alicji nie udało się wydać swoich poezji? Nie szkodzi, niech napisze jeszcze więcej. Jest przecież wyjątkowa.
Alicja chciałaby pójść z koleżankami do kina? Koleżanki nie są potrzebne, rozmawiają o głupotach, mogą przewrócić w głowie naszej Alicji. Niech lepiej poświęci ten czas na pisanie.
Alicja chce się bawić z dziećmi w piaskownicy? Te nieokrzesane, agresywne bachory mogą zrobić jej krzywdę, nie może się do nich zbliżać. Nie są jej warci.
Alicja chce już pojawić się na świecie? Witamy z otwartymi ramionami, bo od początku wiedzieliśmy, że ona będzie poetką, pisarką, kimś wyjątkowym, kimś, kto wzniesie nas i siebie na wyżyny, że będzie idealna. I nawet jeśli czasem wydawało się jej, że chce być kimś innym – zwykłą nastolatką, lekarką, żoną: „my wiemy lepiej, Alicjo. Chcemy twojego dobra. Kiedyś nam podziękujesz. Tylko nie oddalaj się od nas. Dopóki my jesteśmy, ty jesteś bezpieczna. Nie odchodź od nas. Upadniesz. Nie idź tam. Tam jest niebezpiecznie. To nie dla ciebie. Na chłopców, koleżanki nie warto tracić czasu. Pamiętaj, jaka jesteś wyjątkowa. Rówieśnicy nie dorastają ci do pięt. Tylko my jesteśmy ciebie godni” – słyszała zawsze.
Teraz Alicja dumnie unosi podbródek, mimo upału odziana jest w elegancką czerń. Na jej rękach więdnie żałobny wieniec.

„Mamo, tato, ja się boję. Nie zostawiajcie mnie. Gdzie jesteście? Mówiliście, że zawsze będziecie przy mnie, że będę z wami bezpieczna... Tu jest tak ciemno, nic nie widzę.”
Alicja siedzi w swoim pokoju. Po raz pierwszy od dawna zasłony są zasunięte. Jej mieszkanie musi być jasne i radosne, by dawało jej natchnienie.
Na biurku rozrzucona sterta papierów. Jej niedokończone poezje. Spod łóżka wystaje oskarżycielsko, jak zakrwawiony dowód zbrodni, książka – „Alicja w krainie czarów”. Niedorosła – według matki i niegodna dojrzałej poetki – według ojca. Skąd się tu wzięła?
Alicja jest smutna, ale nie wie dlaczego. Co tu robi ten dziwny wieniec? Czemu zasłony są zaciągnięte? Czemu jest ubrana na czarno?!
Zrywa się i biegnie do telefonu. Wykręca znany sobie numer, znany tak dobrze, że wygrywa go na aparacie jak pianista swój ukochany koncert. Tuut. Tuut.
„Ach, mamo, miałam straszny sen. Proszę, powiedz, że to nic,”
„To nic, kochanie. Zjadłaś coś nieświeżego. Nie jedz na mieście, jesteś zbyt delikatna, Następnym razem przyjdź do nas. Przygotuję żeberka, lubisz żeberka, prawda? O, słyszysz jak brzęczą garnki? Słyszysz tykanie zegara w przedpokoju? Czujesz zapach pasty do podłóg, unoszący się w korytarzu? O, słyszysz? To twój ojciec naprawia stół...”
Stuk, puk...
Stuk, puk...
„Mamo, zaśpiewaj mi coś.”
„Oczywiście, kochanie.”
Matka śpiewa. Wydaje z siebie najwyższe i najniższe nuty, byle dać pociechę córce. Schodzi do g. G, g, g... Jej głos brzmi mechanicznie. Alicja z trudem odrywa ucho od słuchawki, w której kiedyś rozbrzmiewał głos matki. G, g, g, g, tuut, tuut, tuut, tuut...
Alicja odkłada słuchawkę I idzie zrobić jajecznicę, ale kiedy jedzenie jest gotowe, nie chce jeść. Siedzi i patrzy, jak danie oddaje swój zapach, swoje ciepło nienasyconemu powietrzu. Po kilku minutach jedzenie jest zimne.
„I takie już pozostaniesz” – mówi na głos Alicja i obserwuje krzepnący tłuszcz. Jedzenie uległo drugiej zasadzie termodynamiki. Oddane ciepło już nie wróci. Jedzenie wystygło. Umarło. Tak samo będzie ze wszystkim. Tak samo jest z rodzicami Alicji. Tak samo będzie z Alicją.
Nie, to JUŻ się stało z Alicją! Jej ciepło, ciepło wynikające z bezpieczeństwa – zgasło kilka dni temu. Śmierć rodziców.
Pod wpływem impulsu chwyta nóż i przeciąga nim po wewnętrznej stronie nadgarstka. Krew wypływa gładko, bezboleśnie razem z ciepłem. Alicja ma ochotę przekonać się, czy naprawdę jest taka wyjątkowa, czy ona też...?
Jej imię wydaje się jej teraz nietrafione... Alicja z Krainy Czarów – przeżywała, Alicja z Warszawy – przepuszczała przez palce. Zamiast podążać za białym królikiem, ona złapała go i zamknęła w złotej klatce. Ale on i tak uciekł, bo wiecznie spóźnionego czasu nie da się zatrzymać.
Alicja dalej intensywnie przeciąga nożem po ręce. Bez fascynacji czy odrazy, z dystansem, nawet obojętnie patrzy na krew. Siada wygodnie pod ścianą, pod plecy podkłada sobie poduszkę.
„Zaraz bezpowrotnie stracę swoje ciepło”, mówi do siebie. „zaraz będę zupełnie zimna.” Uśmiecha się do siebie. Widzi kolorowe plamy światła, czy to Kraina Czarów?...
Śmierć cieplna nadchodzi, wymachując kosą stworzoną z lodu-9.
„Nie spiesz się” mówi Alicja i łapie przemykającego białego królika zdrową ręką. „Mamy teraz mnóstwo czasu.”

Opublikowano

ja mam to nieszczęście, że muszę być bardzo blisko biologii, ze względu na kierunek jaki wybrałem. Tak mi to zbrzydło, że kiedy wspomniana została organella, już miałem przestać czytać. Jednak w miarę brnięcia dalej zaczęło mi się podobać i logicznie układać. Jak ja nie znoszę dobrych zakończeń!! Za zakończenie właśnie sypię dodatkowe punkty, bynajmniej nie z kapelusza. Zwróciłem też uwagę na motyw poezji - interesujący, zawsze mnie zastanawiało dlaczego inni ludzie nie mogą pojąć chęci samotności.

pozdr.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...