Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Biegła. Dostała polecenie, więc musiała biec, chociaż serce tłukło się w piersi ze strachu. Brat powiedział, że im szybciej dobiegnie, tym szybciej skończy się wojna. Więc pędziła, na ile tylko mogły jej pozwolić jej chude, dziecinne nóżki. Mijała znajome zaułki, dobrze znane budynki. Tyle razy pokonywała z mamusią drogę z domu do babci, na Mokotowską. Ale wtedy wyglądało tam zupełnie inaczej. Nie było pyłu, gruzu, śmieci, szczątków mebli, drewnianych krzyży na środku drogi. Teraz w kamienicy babci stacjonowała podobno znajoma Stacha ze swoim oddziałem. Ma przysłać erkaem i granaty na Starówkę, na ich posterunek. Brat tłumaczył jej to długo. Miał wyjątkowo zakłopotaną minę, kiedy się dzisiaj rano odmeldowała. Bała się, że będzie chciał ją zatrzymać... Nie chciał, więc pobiegła.
Przytrzymała ręką beret, zeskakując z muru na bruk szerokiej ulicy Mokotowskiej. „Mama nie byłaby zadowolona, gdyby mi beret teraz spadł i gdzieś tu się zagubił.” – pomyślała z niepokojem, ruszając biegiem w kierunku kamienic. Mamę i młodszego brata zostawili w piwnicy trzy dni temu. Mama płakała. Dziewczynka niepokoiła się o nią. Taka była smutna, wcale nie mogła się uśmiechnąć, nawet, kiedy pomachała jej na pożegnanie. Staszek nie chciał powiedzieć, czemu mama ciągle płacze. Kazał siostrze uważać na apteczkę i nie zadawać głupich pytań. Chyba spodziewał się, że wie. Ale nie wiedziała.
Dostrzegła w chmurze pyłu sylwetki ludzi. Gasili pożar. Co się paliło, nie widziała z powodu dymu. Wiedziała jednak, że gdzie ogień tam najpewniej i kłopoty. Chciała się cofnąć. Zrobiła nawet kilka kroków w tył. Pomyślała jednak, jak Staszek pożałuje, że ją wziął do Powstania, jeżeli teraz wróci nie wykonawszy zadania. Przeżegnała się i ruszyła w kierunku płomieni.
***
- Jestem łączniczką batalionu „Miotła” ze Starówki! – zameldowała dziewczynka pierwszej napotkanej wśród dymu osobie. Żołnierz zmierzył ją spojrzeniem i otarł rękawem oczy. – Mam meldunek dla pani porucznik Czarnej, gdzie ją znajdę? – wyprężyła się i zasalutowała służbiście. Żołnierz uśmiechnął się drapieżnie.
- Czarnaaa! – krzyknął w dym. – Wiadomość ze Starówki!
Pani porucznik Czarna okazała się młodziutką dziewczyną, młodszą chyba nawet od brata łączniczki. Była brudna, poharatana na twarzy, miała kompletnie podarty mundur. Pod warstwą brudu i pyłu kryła się jednak twarz wyglądająca ładnie i dość przyjaźnie. Tylko oczy w poszarzałej twarzy błyszczały groźnie. Pani porucznik przeszyła małą wzrokiem.
- Co ten dzieciak tu robi, Jacek? – zapytała, niespodziewanie nieprzyjemnym, chropowatym jakby głosem.
- Jestem łączniczką. – dziewczynka znów zasalutowała. – Mam dla pani wiadomość ze Starego Miasta!
Pani porucznik roześmiała się zimnym, ostrym, nieprzyjemnym śmiechem.
- Kto by pomyślał. – prychnęła. – Niedługo mi tu przyślą granatniczy oddział niemowląt. No już się nie obrażaj łączniczko. – dodała, już przyjaźniej, na widok urażonej nieco miny dziewczynki. – Jak się nazywasz?
- Brat mi mówił, żebym nie ujawniała swojego nazwiska. – odpowiedziała dumnie mała. – Jestem łączniczka „Jaskółka”. To mój pseudonim konspiracyjny.
- Brat ci mówił... Jesteś siostrą Staszka Witkowskiego? – skojarzyła pani porucznik. – Poczekaj chwilkę mała! KRZYSIEK, NADZORUJ GASZENIE, JA MUSZĘ COŚ ZAŁATWIĆ! – wydała rozkaz, widząc zamieszanie wywołane jej odejściem.
- Ta jest! – usłyszała zduszoną odpowiedź. Wzięła małą łączniczkę za ramię i schroniła się z nią za mur. Zdjęła hełm z głowy. Niesfornie wymknęły się spod niego kosmyki jaśniutkich włosów. Dziewczynka patrzyła na młodą panią porucznik z zazdrością. Gdzie do tych szlachetnych rysów i pięknych włosów jej zadartemu nosowi, piegom i popielatym mysim ogonkom? Gdzie jej piskliwemu głosikowi do ostrego, metalicznego altu?
- To jesteś siostrą Staszka? Irenka Witkowska? – powtórzyła pytanie pani porucznik Czarna.
- Skąd pani wie... Ups! – dziewczynka chwyciła się za usta. Pani porucznik uśmiechnęła się krzywo. –Tylko niech pani oficer nie mówi w karnym raporcie... – przestraszyła się nie na żarty.
- Słowo, nie powiem. – roześmiała się pani porucznik. – Daj spokój z oficerem. Jak już ujawniamy nazwiska – jestem Baśka Czarnecka. – podała dziewczynce rękę w dziurawej rękawiczce bez palców. Irenka uścisnęła ją bez wahania. Jakie twarde były ręce żołnierza. A jakie chude dłonie dziecka wychowywanego w czasie okupacji.
- To z czym przychodzisz mała łączniczko?
- Mój dowódca prosi o pomoc, pani porucznik! Na Starym Mieście brakuje nam broni. Prosimy o erkaem i kilka granatów.
- Kurwa. – zaklęła porucznik Czarna, krzywiąc się. – Powiedz bratu, że mi właśnie spalili kwaterę i granatów nie mam żadnych, a moi genialni żołnierze zepsuli erkaem, bo nie mieli pojęcia jak go naładować. Niech, cholera, łączy się ze mną w żalu, że dostałam takich kretynów pod dowodzenie.
Irenka spuściła głowę. Nie wyszło. Misja się nie udała. Pociągnęła nosem. Staszek stwierdzi, że się do niczego nie nadaję. Każe wracać do piwnic. A mi się tam siedzieć nie chce...
- Cicho, nie rycz. – syknęła pani porucznik, trochę na wyrost. – Kto to widział, żeby się łączniczka mazgaiła? Dostaniesz broń dla brata. – dziewczyna odpięła klamrę od karabinu i przewiesiła go Irence przez ramię. – Co prawda to nie erkaem, ale w dobrych rękach rzadko chybia.
- Dziękuję pani porucznik. – dziewczynka stuknęła bucikami, zasalutowała i chciała odejść. Czarna zatrzymała ją jednak.
- Gdzie masz hełm? – spytała ostro.
- Nie dostałam.
- A opaskę?
- Zgubiłam po drodze.
Pani porucznik Czarna, znana z przywiązania do symboli, włożyła Irence na głowę swój hełm i oddała swoją opaskę.
- Uciekaj mała. – powiedziała nienaturalnie ciepłym głosem. – Uważaj na siebie.
Hełm zjeżdżał Irence na oczy gdy biegła z powrotem do brata, z przyciężkim karabinem na plecach.
***
Pani porucznik Czarna po kilku godzinach zmuszona była ewakuować kanałami swój oddział z Mokotowskiej na Starówkę. Inne przejścia były na tyle niebezpieczne, że nie mogła ryzykować. Postanowiła przy okazji zajrzeć do Stacha, sprawdzić jak ma się mała „Jaskółka”. Długo wyrzucała sobie, że nie dała dziewczynce eskorty na drogę powrotną. Miała nadzieję, że mimo wszystko nic się jej nie stało.
***
Czarną zaskoczyły gruzy trzech kamienic, które jeszcze wczoraj widziała całe. Kazała oddziałowi przeszukać ruiny w poszukiwaniu broni, jedzenia czy prowizorycznych opatrunków. Sama powoli i niepewnie zbliżyła się do leżących w pobliżu ciał. Co chciała zobaczyć? To jasne, że trupy „trupich główek”, parszywych szkopów z cholernego SS. Nie zobaczyła.
Cywile. Wyraźnie widać było – troje starszych ludzi, niemowlę i mężczyzna – inwalida bez nogi. Parę kroków dalej ciało dziecka. Na oko dwunastoletniego.
- Kurwa mać. – zaklęła zimno. Nienawidziła takich widoków. Podeszła bliżej. Nie wiedziała co ją pchało tam, gdzie iść teraz nie powinna. Oblał ją zimny pot. Na bruku leżała Irenka Witkowska.
Podbiegła do niej szybko. Dziewczynka podniosła głowę. Żyła. Twarz miała poszarzałą z bólu, nogę zdruzgotaną pod gruzem, ale żyła.
- Irenka! Boże, co się stało?!
- Nie wiem, pani porucznik. – odpowiedziała słabo dziewczynka. – Tak jakoś wyszło.
- Ciii, nie mów bo się męczysz. SANITARIUSZKA! ŻWAWO MARYSIA, cholera jasna, nie wygląda to dobrze...
- Jakoś tak się złożyło... – odezwała się cichutko Irenka. – Ale doniosłam karabin. Staszek się ucieszył.
Panią porucznik coś złapało za gardło. Daremnie walczyła z napływającymi do oczu łzami. Daremnie tłumaczyła sobie, ze Marysia coś jeszcze zaradzi. Wystarczająco wiele razy widziała ludzi umierających, żeby zauważyć, jak koszmarnie powolnieją ruchy i mowa „Jaskółki”.
- Proszę nie płakać, pani porucznik. – szepnęła Irenka z uśmiechem. – Kto to widział, żeby się żołnierz mazgaił.
Nadbiegła sanitariuszka. Miała wylęknione oczy.
- Marysia, jesteś wreszcie, rzuć na to okiem, noga jest zdruzgotana, ale może jakoś... – wyrzuciła z siebie Czarna, łapiąc Irenkę za rękę. Dłoń dziewczynki była zimna, pani porucznik nie zwróciła jednak na to uwagi. Sanitariuszka pochyliła się nad piersią dziewczynki. Pokiwała smutno głową.
- Pani porucznik...
- NO ZRÓB COŚ DO CHOLERY!
- Pani porucznik, ona nie żyje.
Pani porucznik Czarna po raz pierwszy zwątpiła w sens Powstania. Irenka Witkowska „Jaskółka”, łączniczka batalionu Miotła uśmiechała się słodko.

Opublikowano

"Basik" jednoznacznie kojarzę z jedną z moich ulubionych książek - "Kolumbowie". zgadłem? :)

jeśli chodzi o samo opowiadanie, trudno się wypowiadać. nie stanowi ono jakiejś całości, wygląda raczej jak wyrwany fragment z większego tekstu. tutaj można tylko zobaczyć feministyczne nastawienie autorki (nie oceniam, tylko stwierdzam).

Opublikowano

Zgadłeś. Dostałam po niej imię i sama przyjęłam pseudonim.
Nastawienie feministyczne... Hmmm... Mogłabym dyskutować, ale łatwiej się "wczuć" w osobę tej samej płci:).
To jest większa część całości. Może zamieszczę jeszcze inne jej części:). Dzięki.

  • 4 tygodnie później...
Opublikowano

Podziwiam. Naprawdę. Wzruszyłam się, jak zresztą przy większości Twoich tekstów. Czuć, że na temat II wojny światowej mogłabyś pisać, pisać i pisać... A ja czytać, czytać i czytać... Nastrój, klimat są po prostu wspaniale zbudowane.
Czekam ze zniecierpliwieniem na więcej Twoich opowiadań :)

Opublikowano

Swietne opowiadanie z zakonczeniem powalajacym na kolana i dlugo trzymajacym w tej niewygodnej pozycji...
Taka tematyka ewidentnie Ci pasuje, ale nie daj sie zaszufladkowac.
Czy nie sadzisz, ze "Pani porucznik" pojawia sie zbyt czesto??

Opublikowano

Porucznik, Czarna, Baśka, Czarnecka itp. Trzeba kombinować

Baśka w rękawiczce bez polców... - Ciekawa postać. Samo tak wyszło, czy było to zamierzone utozsmanienie sie z bohaterką?

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Benjamin Artur Ciekawe odniesienie do najwyższej góry, walka z sumieniem- sędzią moralnym takim indywidualnym. Te powtórzenia robią robotę
    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...