Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Nie martw się, jeśli w życiu zobaczysz ciemny tunel. To tylko atrament wylany na kartkę z twoim życiorysem – przecież możesz zamalować go biała kredką.
Między starymi książkami w babcinej biblioteczce jest album. W ciemnym pokoju, gdzie zawsze jest ponuro, cicho i szaro, i tylko babcia potrafi tam wznieść radość. Babcia lubi wspominać stare dzieje, a Ania lubi ich słuchać, są one przeznaczone na długie, zimowe wieczory. Dziewczyna wchodzi do pachnącego rumiankiem i herbatą pokoju. Pod oknem stoi wiklinowy fotel, w którym kołysze się babcia. Wzdłuż ściany znajduje się stare, wygodne łóżko, a obok jest biblioteczka babci. Ania spogląda na nią i czegoś jej tam brakuje. Tak, to stary album babci – nie ma go tam, leży na stole. Ania przysiada obok staruszki i mocno się przytula. Później siada na łóżku, pociąga łyk herbaty i czeka, aż babcia zacznie opowiadać historie związane z wybranym zdjęciem.
Tym razem wypadło na piękną, starą, ślubną fotografię babci. Ania bardzo się cieszy, ponieważ to jej ulubiona historia i, chociaż zna ją na pamięć, zawsze słuchała z zaciekawieniem. Babcia zaczyna, nie wolno jej przeszkadzać.
Rok 1942 – trwała wtedy wojna. Ja miałam osiemnaście lat. Mój ojciec, a twój pradziadek Leopold działał w tajnym stowarzyszeniu. Nie wiem jak, ale Niemcy dowiedzieli się o tym i musieli się z tym rozprawić. Pamiętam ten dzień, to była środa 21 czerwca. Przyszli do nas o 4.20 nad ranem. Zapukali mocno w okna i drzwi. Tata im otworzył. Zapytali tatę o imię i nazwisko, adres zamieszkania i wiek. Weszli do domu. Strzelając w górę, obudzili całą rodzinę. Dzieci zaczęły krzyczeć i chować się. Ja stałam cicho przerażona i wpatrzona w oficerów, było ich dwóch. Rozmawiali z tatą po niemiecku, więc ja nic nie rozumiałam. I nagle jeden z Niemców wyprowadził mamę i tatę przed dom. Drugi został ze mną w domu i.... .
Tu babcia przerywa, pije herbatę, zamyśla się i leciutko się uśmiecha, chociaż jej oczy są smutne. Ania siedzi spokojnie i nic nie mówi, wie, że nie wolno pytać ani przerywać, za chwilę babcia będzie opowiadała dalej.
....i kazał zrobić sobie i mnie herbaty, powiedział to czysto po polsku. Ja ze zdziwieniem i trzęsąc się ze strachu wykonałam jego polecenie, podałam mu herbatę. Następnie wzięłam swoją szklankę i usiadłam naprzeciw niego.
Babcia znowu sięga po herbatę i mówi cicho: Jest tak dobra jak wtedy.
Nie wiedziałam, co się dzieje przed domem i bardzo się bałam o rodziców, ale wiedziałam, że nie mogę wyjść, bo ten oficer mnie pilnuje. On tymczasem ściągnął czapkę. Wpatrywałam się w niego i zauważyłam, że jest przystojny. Miał ciemne, krótko przystrzyżone włosy, wysokie czoło i to jego spojrzenie, takie ufne i niewinne, chociaż oczy miał nijakiego koloru, po prostu szare. Jego twarz była blada i widać było na niej przemęczenie. Długo się nie odzywał, przyglądał mi się.
Ania wie, że babcia była bardzo ładna w młodości, wskazywała na to fotografia.
I wtedy zaczął opowiadać, jak to niemieccy oficerowie szukali wśród Polaków mężczyzn, którzy dobrze mówią po niemiecku. Wzięli go więc do Niemiec i tam powiedzieli co, ma robić. On nie chciał chodzić po domach, straszyć ludzi i zabijać swoich rodaków, został do tego zmuszony pod karą śmierci. Wyznał, że zabił tylko jednego człowieka. Później zaczął chodzić po domach z kolegą, który znajdował się w tej samej sytuacji i w ten sposób obaj nie zabijali. W czasie jego opowieści mój strach minął. Do dziś nie wiem, dlaczego właśnie mnie się zwierzył i zaufał. Mówił, że zachwyciłam go swoją urodą i zachowaniem, ale wiem, że to nie był prawdziwy powód.
Babcia mówi: Pij, bo wystygnie i sama bierze do ręki herbatę.
Czas szybko mijał, już nawet nie pamiętam, o czym i ile rozmawialiśmy. Ten drugi zawołał Antoniego i ten szybko wyszedł, zostawiając małą karteczkę, na której widniał jego adres.
Ania widziała tę karteczkę. Babcia cały czas ma ją przy sobie.
Rodzice wrócili do domu. Tata szybko zapytał, co tu robiliśmy. Gdy mu powiedziałam, że rozmawialiśmy, opowiedziałam rodzicom historię Antoniego. Mamę to bardzo poruszyło, ale tata nie uwierzył.
Tamtej nocy nie mogłam spać. Przez cały czas rozmyślałam co dalej. Doszłam do wniosku, że się zakochałam i muszę iść za głosem serca. Wzięłam z domu moje pieniądze i kilka niezbędnych ubrań. Po kilku godzinach dotarłam pod wskazany adres. Bardzo się ucieszyłam na jego widok. Zamieszkaliśmy razem, byłam bardzo szczęśliwa, chociaż cały czas dręczyły mnie wyrzuty sumienia z powodu rodziców. Nie wiedziałam, co o tym wszystkim myślą. No, i po roku się dowiedziałam.
Tu babcia przerywa. Znika radość z jej twarzy i pojawia się smutek, może jakiś żal. Ani udziela się przykry nastrój babci, siedzi cicho z niewyraźną miną.
Pojechaliśmy zaprosić ich na ślub. Ojciec powiedział, że nie jestem już jego córką. Matka popatrzyła na mnie smutno. Wiedziałam, że ona jedna mnie rozumie, ale nie odzywała się. Antoni próbował to jakoś tłumaczyć, ale na nic. Wyszłam z domu z płaczem. Mimo to wzięliśmy ślub.
Babcia z czułością głaszcze fotografię.
Zaszłam w ciążę, bardzo się cieszyliśmy. Antoni się mną opiekował i myśleliśmy, że teraz musi być tylko lepiej… Nie mieliśmy racji. Życie i śmierć przyszły jednego dnia. W ten dzień, w którym przyszła na świat twoja mama, Niemcy dowiedzieli się o zdradzie Antoniego i brutalnie go zabili. Nie obchodziło ich, że w szpitalu leży jego żona i że właśnie urodziła się mu córeczka. Byli bezwzględni i okrutni.
Babcia milknie. Po chwili mówi z żalem. Nawet nie byłam na pogrzebie.
Bardzo to przeżywałam, gdyby nie twoja mama z pewnością odebrałabym sobie życie. Bo co ono jest warte bez ukochanego człowieka.
Po roku czasu wyszłam ponownie za mąż, ale nigdy nie byłam taka szczęśliwa jak z twoim dziadkiem. Sylwester bardzo mnie kochał, wykazał się dużym zrozumieniem i czułością. Jednak nigdy nie przestałam kochać Antoniego. I dodaje cicho: Nawet teraz go kocham.
Babcia uśmiecha się, zamyka album, dopija herbatę, wstaje, odkłada album na miejsce i głaszcze Anię po głowię.

Opublikowano

Bardzo spodobała mi się ta konstrukcja ramowa tekstu. Ambitnie wybrałaś trudny temat i nie było, ani banalnie, ani tkliwie. Historia babci została dość sprawnie opowiedziana, ale jej rama, czyli te momenty, gdy akcja wraca do pokoju, gdzie siedzi Ania z babcią, zostały potraktowane po łebkach np. "Babcia uśmiecha się, zamyka album, dopija herbatę, wstaje, odkłada album na miejsce i głaszcze Anię po głowię.". Nie pasuje mi też czas teraźniejszy. Domyślam się, że zastosowałaś go, by oddzielić przeszłość od teraźniejszości, ale wyszło sztucznie. Słowem, według mnie rama do poprawy.
Pozdrawiam :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Dzisiaj w nastroju na blusik, chociaż jazz też bardzo lubię. Chyba, że coś "zmierzłego" dla ucha sobie zapodam...Kurta Weilla może...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Oglądaj, komentuj i krytykuj...zabronić Ci tego przywileju w stanie nie jestem (ale jak będziesz zbyt wredna to Cię odeślę wraz z dedykacją do jednego z moich, specjalnie stworzonych na taką właśnie okazje, dzieł absolutnych z serii "wiem lepiej" ....żebyś tylko mi się na poziom V nie załapała....straszna wulgara...uffff...) Doszedłem do wniosku, że do pracy nad dalszymi rozdziałami muszę się bardziej gruntownie przygotować. Tak więc zacznę od lektury Twoich książek...którą na początek? (tak, żeby się zachęcić, albo nie zniechęcić ) "Ludzie w biegu" czy "Na krańcach klawiatury"? Szczerze mówiąc tytuł pierwszej już mnie drażni...nie lubię pośpiechu, to raz... a dwa, do gatunku ludzkiego nabawiłem się swojego rodzaju alergii ...ale nie oceniamy książki po tytule...czy jakoś tak Zakładam, że jakieś "wystąpienia publiczne", związane chociażby z promowaniem wydanych przez Ciebie książek, już zaliczyłaś...o co Cię głównie ludzie/fani pytają? (muszę się zapytać, żeby nie dublować tematów w mojej biografii ... w sensie Twojej ) Tak to bywa, że na dnie doliny jest znacznie lepiej na samej górze...człowiek nie rzuca się w oczy,co pozwala na zachowanie własnego ja (w miarę możliwości rzecz jasna, trzeba jeszcze brać pod uwagę presje środowiska pozostałych "doliniarzy" ),  doskonale widać co się dzieje na szczycie , a i upadek mniej boli (przewalając się z doliny w dolinę jeszcze nikt chyba krzywdy sobie nie zrobił ). Dobrej nocy P.S. Bodetré i futbol.....???? ...armagedon się iści....
    • Nieruchomieją w apatycznej formie lirycznej i zastygają w obłokach niedomówień tracą powoli barwy tuląc szarość minionych snów na koniec milkną w dokolnej ciszy prosząc zegary o jeszcze jedną chwilę nasączoną szeptem niewypowiedzianych słów.   Autor fotografii: Mirela Lewandowska  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...