Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

leżysz mi w dłoniach
kawałku chleba ojczystego
z nasion wyrosłych
na ziemi czołgami zoranej

nie wiem czy można do ust brać tak to zboże
z ziemi tak krwią ubabranej
co jak gąbka chłonęła
wilgotne od soków życia
ciała

nie wiem czy można tak wziąć
tak po prostu wziąć
owoc ojczysty na mogile wyrosły
zjeść

jedząc chleb w milczeniu oddaję hołd
krwi co ciekła rzekami
ciałom co jak muchy padały
dzieciom które płakały zgłodniałe
i istnieniom w niewolę oddanym
za cenę mojej wolności

Opublikowano

postanowiłem zabrać się po swojemu
wybacz ;)

leżysz mi w dłoniach
kawałku chleba ojczystego
z nasion wyrosłych
na ziemi czołgami zoranej

nie wiem czy można w usta
zboże z ziemi ubabranej krwią
co jak gąbka chłonęła
soki ciał

nie wiem czy można tak wziąć
bez konkretów spontanicznie
owoc ojczysty
na mogile wyrosły zjeść

*

jedząc chleb w milczeniu oddaję hołd
życiu w niewolę oddanemu
za cenę mojej wolności


pozdrawiam T

Opublikowano

Piękny temat. Trudny i nie tak często pojawiający się. Już za to +
Miejscami zrezygnowałabym z inwersji i powtórzeń "tak". Rozumiem, że jest to świadomy zabieg
czyniący tekst bardziej emocjonalym, aczkolwiek uważam, że owe powtórzenia są zbędne. "Ubabranej", "ciała padające jak muchy"... to nieco gryzie i nie do końca komponuje się z resztą utworu. Pozostawiłabym znaczenie, ale może zastąpisz je innymi słowami? Ostatnia część nieco przegadana.
Widzę obraz namalowany przez Ciebie, co oznacza, że wiersz do mnie trafił.
Ogólnie ode mnie +, z niewielkim - za stronę techniczną.
pozdr serdecznie
vera

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...