Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Tamtego dnia Mistrz przyszedł po mnie do mojego pokoju. Cały dzień szukał Drugiego, lecz nie mógł go odnaleźć i potrzebował pomocy. Nie było już zbyt wiele czasu do roztrwonienia. Wszak niedługo mieliśmy wspólnie towarzyszyć Mistrzowi w kolejnym niezwykłym dniu. Ale o tym później.
Drugiego zastaliśmy w ogrodzie. Przy stoliku. Pod parasolem. Niczym umęczony filozof spał w dziwacznej pozycji z głową na książce. Mistrz popatrzył na niego z litościwym uśmieszkiem, po czym zwrócił się do mnie;
- Ten to usnąłby nawet na połamanym krześle. – wskazał na śpiącego filozofa, z trudem powstrzymując śmiech. Miał wyjątkowo dobry humor. Zważywszy na to, że przed nim stało nie lada wyzwanie. Ale o tym później.
Stłamszonym śmiechem zgodziłem się z jego słowami. W tym czasie przybliżył się do Drugiego.
– Drugi! – żadnej reakcji. – Drugi! – krzyknął ponownie. Uniosła się jedna powieka. Gdy oko dojrzało twarz Mistrza, a mózg połączył ją z konkretną osobą na efekt nie trzeba było długo czekać. Drugi zerwał się na równe nogi zahaczając głową o parasol.
- Witam Mistrzu – rozcierał miejsce kontaktu głowy z parasolem. - Jak mija dzień? – wyszczerzył zęby w głupawym uśmiechu próbując załagodzić sytuację, ale że uśmiech miał okropny, na nic się to zdało.
Mistrz położył obydwie dłonie na swej drewnianej lasce. Przez chwilę postukiwał nią w czubek swego sandała spoglądając w niebo i pogwizdując jazzowo. W końcu się odezwał.
- Wiesz Drugi, jakoś tam leci. Jedni muszą pracować. – spojrzał na mnie. - By inni mogli odpoczywać. Roześmiał się, a my wraz z nim. Miał wyjątkowo dobry humor.
Wziął każdego z nas pod ramię i spytał:
- Gotowi na swój pierwszy Turniej Mistrzów? – zadziwiające, iż mówił o tym ze stoickim spokojem.
Obaj przytaknęliśmy.

Turniej Mistrzów odbywa się co pięć lat. Najprawdopodobniej gdzieś na południu Szwajcarii, ale nie wiadomo dokładnie, gdyż każdy z uczestników dowożony jest na miejsce specjalna karetą. Ponadto przez całą drogę oczy przesłonięte ma przepaską. Uczestnicy przez dokładnie dwadzieścia jeden dni, dwadzieścia jeden nocy, dwadzieścia jeden godzin, dwadzieścia jeden minut i piętnaście sekund mieszkają w malowniczo położonym zamku. Zmagania odbywają się w najróżniejszych konkurencjach, tj.: spirytystyczne szachy, telepatyczne pojedynki na hipnozę, czytanie z żołądka kaszalota i wiele innych. Ostatniego dnia ma miejsce nie tyle konkurencja, co właściwie pokaz. Każdy uczestnik przedstawia swój unikatowy, oryginalny wynalazek. Ten dzień i ta impreza mają decydujący wpływ na wyniki Turnieju. Mistrz wygrywał już pięć razy z rzędu i w tym roku miał zamiar pobić rekord sześciu wygranych dawnego Mistrza Von Ubernauera.
Teraz Ubernauer zasiadał w Radzie Mistrzów, czyli jury i był serdecznym przyjacielem naszego Mistrza. Największym zaś rywalem miał być, jak co roku, Fun Shui, który jako jedyny miał realne szanse na nawiązanie z nim równorzędnej walki. Emocji nie mogło zabraknąć. W dodatku wraz z Drugim mieliśmy szansę, po raz pierwszy, zobaczyć wszystko na własne oczy.
Czuliśmy wielka presję. Mistrz nie mógł się skupić. Wzrokiem ciągle zmieniał punkt odniesienia. Gdy zmęczyła go filiżanka herbaty jego piwne oczy kierowały się na nas, co tylko wzmagało rosnący niepokój i podniecenie.
Ledwie zdążyliśmy dopić wieczornego earl greya, a rozległ się dzwonek do drzwi. Cisza.
- Mistrzu! To do Pana! – zabrzmiał niebiański głos asystentki.
Mistrz zachłysnął się ostatkiem herbaty.
- Już idę. Niech poczeka! – odparł lekko podenerwowany. Jakby ta chwila nadeszła znienacka. A przecież oczekiwał jej od wielu miesięcy. Niedbale narzucił płaszcz i wyszedł na korytarz. Wraz z drugim wyjrzeliśmy nieśmiało wychylając głowy z gabinetu.
W drzwiach stał ciemnoskóry goniec w eleganckim fraku. Wręczył Mistrzowi zapieczętowaną kopertę z symbolem smoka. Ukłonił się nisko.
- Czekam – na jego twarzy nie było żadnych emocji. Jedynie wymuszony uśmiech.
Mistrz przylizał grzywkę i zaczął otwierać kopertę.
- Tak wiem – ręce trzęsły mu się jak portki nastolatka na randce – piętnaście minut. Wiem. Panowie, bagaże! – krzyknął na nas.

Potykając się o własne nogi i zahaczając o wszystkie dywany w domu pobiegliśmy z Drugim po bagaże. Mistrz w tym czasie udał się do swojego gabinetu. Medytował i nałożył specjalny strój wymagany na Turnieju. Strój barwy złotej (barwa ubiegłorocznego triumfatora) był hybrydą eleganckiego smokingu i sportowego dresu. Mistrz odszykowany i pełen bojowego optymizmu pojawił się na korytarzu. Aparycją zrobił olśniewające wrażenie na wszystkich obecnych. Asystentka pisnęła w wysokiej tonacji, czarnoskóry goniec patrzył na Mistrza, niczym na bożyszcze. Z Drugim w międzyczasie załadowaliśmy bagaże na powóz. Mistrz pożegnał się z asystentką. Wręczył gońcowi przełamaną kopertę. Czarnoskóry chłopak odebrawszy potwierdzenie odebrania wiadomości uchylił drzwiczki karety. Założył wszystkim przepaski na oczy. Mistrz wsiadł pierwszy, a my tuż za nim. Ruszyliśmy.
Mistrz wyciągnął fajkę i zaczął rytmicznie pykać. Zapach waniliowego tytoniu wypełnił wnętrze. Drugi wyjął książkę filozoficzną. Uniosłem lekko opaskę, by dojrzeć tytuł: „Dendrologia, a zachowania godowe samicy komara andaluzyjskiego”. Miał wszystkie klasyki filozofii elitarnej w wydaniu dla niewidomych. Jako, że znał Braille’a nie miał problemów z wypełnieniem sobie czasu. Mistrz wyczuł, że moja przepaska nie jest na swym miejscu i natychmiast zganił mnie zostawiając drewniany zapach swojej laski na mojej ręce. Przesłoniłem oczy i zasnąłem. Sądząc po charakterystycznym ujadaniu wilków obudziłem się, gdzieś w okolicach Transylwanii. Mistrz wciąż pykał fajkę, Drugi zasnął z ręką na dwunastym rozdziale. Powóz gnał na złamanie karku po niezbyt równej, kamienistej drodze.

- Już niedługo – rzekł Mistrz.
Jego zęby coraz mocniej wbijały się w ustnik fajki. Dym wypełniał powietrze z narastającą częstotliwością. Nerwowo przebierałem nogami. Mistrz poklepał mnie po ramieniu.

- Nie przejmuj się. Będzie dobrze – pocieszał mnie nadaremno. Położył dłoń na mojej twarzy i po raz kolejny pogrążyłem się we śnie.

Na miejscu obudził mnie Drugi. Odsłoniłem oczy. Na szczęście przybyliśmy późnym wieczorem, co zmniejszyło cierpienie źrenic. Wyładowaliśmy bagaże, a przed naszymi oczyma zarysował się zamek, bajeczny w swym kształcie i wyglądzie. Wyjęty z innej epoki, zdobił wzgórze gęsto zalesionego szczytu. Najbardziej jednak zastanawiało nas, jak dostaliśmy się na górę karetą, skoro w zasięgu wzroku nie było śladu żadnej drogi, która by tu prowadziła.
Wrota zamku rozwarły trzaskiem kilkusetletnich zawiasów. Mistrz witał się ze znajomymi, a my staliśmy u jego boku i kłanialiśmy się nisko każdemu. Mimo ogólnej sympatii i miłych słów atmosfera była gęsta. Jak dowiedzieliśmy się od Oktawiana Pióropusza kilku uczestników nie wytrzymało presji i doszło do wzajemnego obrzucania się czarami i zaklęciami, co podczas Turnieju było zabronione.
Odpadli głównie początkujący: Calvinius Romus, Eryk z Roztropii, ale także weterani, w tym żywa legenda Hrobak z Silesii. Z jednej strony trochę to Mistrza zmartwiło, zapowiadało bowiem wyjątkowo ostrą konkurencję, z drugiej jednak konkurencja ta znacząco się już wykruszyła.
Nazajutrz Turniej ruszył pełną parą. Prowadzący Charles Strassenburger wypuścił Sowę Mądrości, co oznaczało oficjalną inaugurację rozgrywek. Szare komórki uczestników działały na granicy wytrzymałości neuronów. Sporadyczne błyskawice wydostające się z uszu graczy nikogo nie dziwiły. Mistrz szedł jak burza. Wygrywał kolejne konkurencje: spirytystyczne szachy, telepatyczny pojedynek na hipnozę, wbijanie gwoździ wzrokiem. Jednak Fun Shui cały czas był tuż za nim. W klasyfikacji generalnej zajmował drugie miejsce. Wygrana w decydującej „konkurencji wynalazków” dałaby mu ostateczne zwycięstwo. Mistrz nie mógł do tego dopuścić. Atmosfera była bliska temperatury wrzenia. Komentujący zawody celtycki wróżbita Daryll Starlingate raz po raz wpadał w konwulsyjne spazmy o lekkim zabarwieniu erotycznym. Emocje sięgały wierzchołków drzew, a przypuszczalnie miały jeszcze wzrosnąć.
Ostatniego, dwudziestego pierwszego dnia Turnieju zaczął się konkurs wynalazków. Rywalizacja była zacięta i wielce wyrównana. Każdy z uczestników zasiadał na swoim stanowisku. Jako asystenci wraz z Drugim zajmowaliśmy miejsce za plecami Mistrza, by pomagać mu w prezentacji. Wraz z Fun Shui nie odrywali od siebie oczu. Uśmiechali się jedynie na zasadzie niekontrolowanych tików.
- Zetrę mu z gęby ten miły uśmieszek – wycedził przez zęby nasz Mistrz. – Strzeż się! Bóg wyjechał dzisiaj w interesach. Zostaliśmy tylko my – był gotów sprzedać serce ćpunowi, byle tylko wygrać.

Roland Lutoński zaprezentował swój wspaniały „Odejmator bólu”. Wygrał nim zaściankowy konkurs w zachodniej Burgundii. Na pewno nie można było go lekceważyć. Mistrz zaprezentował swój „Rower na ryby”, który wzbudził, trwającą trzy kwadranse, owację na stojąco. Jednak Fun Shui nie powiedział dotychczas ostatniego słowa. Zaszokował wszystkich „Transcendentalną żniwiarką”. Aplauz był nie mniejszy jak w przypadku naszego roweru. Charles Strassenburger ogłosił przerwę. Rada Mistrzów udała się na obrady. Daryll Starlingate poprosił uczestników, by udali się do swoich pokoi. Odrywając myśli od Turnieju Mistrz położył się na swym łóżku i medytował.
Wraz z Drugim próbowaliśmy skupić się na partyjce utylitarnego pokera, który nie dał nam szczęścia, gdyż temat Turnieju wypłynął od razu.
- Jak myślisz? Mamy szansę? – Drugi najwyraźniej obawiał się o wynik.
- Żartujesz? – podzielałem jego obawy, ale chciałem podbudować morale zespołu. Tak jak i Mistrz zdawałem sobie sprawę z technologicznej doskonałości żniwiarki Funa. – Oczywiście, że wygramy. Nasz „Rower na ryby” jest bezkonkurencyjny.
- Skoro tak mówisz – Drugi przyjął moje słowa jako prawdę objawioną.
- Tu nie ma co gadać. Wygramy bezdyskusyjnie! – zamknąłem temat.

Rozległo się pukanie do potężnych, dębowych drzwi apartamentu. Drugi otworzył. Goniec, tym razem o latynoskich rysach, zapraszał nas na dół.
Zapadł werdykt!
Pomogliśmy Mistrzowi nałożyć smoking, po czym udaliśmy się na nasze stanowisko. Salę wypełniały szepty publiczności i harmider domysłów. Charles Strassenburger, z mikrofonem w ręku, wyszedł na środek sali. Bardziej od mikrofonu uwagę wszystkich absorbowała jednak wielka koperta z wynikami. Rada zajęła swoje miejsca na loży. Mistrz Von Ubernauera zajmował w niej centralne miejsce. Spojrzał na Mistrza. Wymienili się koleżeńskimi uśmiechami.
- Proszę o ciszę – apelował Strassenburger.
Rozległ się gong oznajmiający decydujący moment. Jego mosiężny dźwięk zasiał grobową ciszę na sali.
- Decyzją szacownej Rady Mistrzów – kontynuował prowadzący – trzecia nagroda w konkursie wynalazków pozostaje nierozstrzygnięta – rozległa się konsternacja.
To mogło oznaczać, iż Mistrz i Fun podzielą się pierwszym miejscem. Choć nie było to po myśli Mistrza dałoby mu jednak rekord.
- Spokojnie. Proszę zachować spokój. – Strassenburger tracił kontrolę nad tłumem. - Drugą nagrodę, a zarazem Srebrną Sowę Turnieju Mistrzów zdobywają, ex equo, mój serdeczny przyjaciel, Mistrz oraz Fun Shui!
Sala zamarła. Burzliwa owacja przemieszana z konsternacją zaczęła nieśmiało przebijać się przez ciszę. Te słowa były jak kopniak w brzuch. Mistrz ukrył twarz w dłoniach. Mnie zakręciło się w głowie, a potem w żołądku. Drugiemu brakowało rękawów, by ocierać łzy z policzków.
Jednak przegraliśmy. Mistrz odetchnął głęboko, uniósł głowę. W drodze na podium uśmiechał się, ale tak naprawdę chciał teraz dorwać Funa, Strassenburgera i Ubernauera, by się z nimi rozprawić. Odebrał nagrodę, wymienił się uściskami ze Strassenburgerem oraz Funem. Konferansjer wręczył im medale i pamiątkowe dyplomy, po czym wielcy przegrani tej edycji zajęli swoje miejsca na podium.
Pozostała już tylko formalność w postaci wręczenia Złotej Sowy Rolandowi.
Strassenburger nabrał w płuca tyle powietrza, ile był stanie tam zmieścić i zaczął wydzierać się do mikrofonu, który wkrótce był cały opluty.
- Pierwsze miejsce w konkurencji wynalazków jak i zwycięstwo w Turnieju Mistrzów odniósł...Rooooland Luuuuutoński i jego „Odejmator bólu”!
- Roooland Luuuuuuutoński zwycięzcą! – wtórował mu w brazylijskim stylu Starlingate. – Awans z trzeciego na pierwsze miejsce! Roland wygrywa rzutem na taśmę! Proszę Państwa. Cóż to był za Turniej! Nie mieliśmy takich emocji od czasów Emmerycha Wileńskiego, który to w 1878 wygrał pierwsze miejsce swoim niezapomnianym „Szybkowarem jajecznym” – w tej chwili Starlingate nie znał granic ekstazy – a przypomnę Państwu, iż miał do odrobienia tylko jedną pozycję. Tym większe brawa dla Mistrza Rolanda!
Te słowa, prawie godzinne owacje i gratulacje dla zwycięzcy niemal odebrały Mistrzowi chęć życia.

Droga powrotna była niezmiernie długa i niemiłosiernie milcząca. Myśli kotłowały się w naszych głowach. Mistrz wydawał się już pogodzony z porażką, choć niedawno był gotów rzucić na wszystkich jakąś straszliwą klątwę. Ja też w miarę możliwości uporałem się z werdyktem Rady. Drugi był jednak młody i żywiołowy.
- Jak to się mogło stać? – siorbał nosem połykając łzy.
Mistrz odłożył fajkę. Zdjął przepaskę z oczu, po czym wyjął z kieszeni kaszubskie cygaro, które zamierzał zapalić po zwycięstwie. Złamał je i wyrzucił przez okno.
- To tylko życie, nie pomogą reklamacje i gęsto siane tłumaczenia. Cudowne barwy i uroki należą jedynie do trywialnych, wrażeń wizualnych. Być może właśnie turniej ten symbolizuje jedynie taką iluzję, głębsze marzenie? A czyż marzenia nie są najpiękniejsze, gdy są niespełnione?

Nic nie odpowiedzieliśmy. Na subiektywne pytania są tylko subiektywne odpowiedzi, a takie rzadko kiedy bywają prawidłowe.

Opublikowano

Uffff, dobrnęłam do końca, choć miejscami trudno było się skupić. Wymyślne nazwiska i niesamowite tytuły książek oraz wynalazków, choć z początku dowcipne, potem swoim nakładem zaczęły utrudniać czytanie. Masz wyobraźnię, niewątpliwie. Czasem dobrze po szeregu poważnych opowiadań trafić na taką bajkę. Bajkę, która jednak płytka nie jest i swoje przesłanie ma.
:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • II.
      Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!)

      Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach,
      Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie!
      Rama mnie bach, spodnie w piach,
      Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził!

      Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB,
      Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg…

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub.
      A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób!
      Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha!
      Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha),
      kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub!

      Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić!
      Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić!

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny!
      Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny!

      Wujku Wołodia, d dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, d, dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud,
      Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi!

      Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub!
      Wujku Wołodia, kręć aż po sam....
      Grób!

      III.
      [...]
      „To minie, jak nad Moskwą majowa burza”

      Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa
      Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy,
      Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach!
      Jak korytarze ponure Łubianki,

      Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr,
      Jak niesforna sfora federalnych majorów,
      Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz,
      Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu...

      To na pewno minie,
      Minie jak zły sen!

      Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb,
      Ślady na dłoni rażonej paralizatorem,
      Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora!

      W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los?
      Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko
      Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb...

      Uwierz mi, to też minie!

      Jak swastyka Ruskiego Mira,
      I dym pożarów niesiony przez wiatr,
      Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera,
      I policyjna suka nabita dziećmi po dach!

      I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow,
      Paragraf 228 i kocioł o piątej,
      I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący,
      Gazując kobiety, chłopców i brzdące...

      To wszystko minie jak inne miesiące:
      Jak grudzień, styczeń, luty, maj…
      Minie, bez wątpienia minie!
      Na razie w to im graj
      Ale to ich już ostatnie pląsy!

      Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb,
      Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora,
      Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora!

      Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz!
      Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę;
      Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp,
      A dziś milczy jak grób:
      Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup !
      Wszystko kiedyś minie!

      I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram,
      A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu,
      Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak,
      I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg…

      W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los?
      Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę
      Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd!

      Uwierz mi, to też minie!
      To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie,
      Za godzinę, za chwilę…
      To wszystko minie!

      IV.
      Hm                                            H7
      Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:
                  Em                                  F♯7
      Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,
                 Hm                  A7               G
      Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…
                  Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm
      Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat.

      Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu,
      Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu,
      Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad.
      Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw

      Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść:
      Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu...
      Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest:
      Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu –

      Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu?
      I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu?

      Edytowane przez Michał Pawica (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Ken, a na baby dasz? Sadyba "Bananek"  
    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu?
    • @andrew dziękuję serdecznie

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...